Trzy lata temu odszedł od nas Paweł Zarzeczny

Trzy lata temu odszedł od nas Pawel Zarzeczny, niezwykle oryginalny dziennikarz, który w ostatnich latach swojego życia bawił nas barwnymi opowiadaniami w programie „One Man Show”. Codziennie na kanale Weszło opowiadał o tym co się dzieje w piłce, choć często sprowadzał dyskusje na tematy życiowe. Zarzucano mu, że przeinacza fakty, że zmyśla, niepotrzebnie prowokuje, ale robił to w sposób ciekawy, barwny. Słychać było w jego wypowiedziach, że jest wykształcony i niezwykle oczytany, choć najbardziej pasowałoby mu błyskotliwy. Można powiedzieć także, że chamski i bezczelny. Jednym imponował, drugich wkurzał. Ci drudzy chętnie dementowali jego wypowiedzi, używając Twittera do wskazywania pomyłek, ale był także przedmiotem wyzwisk od świń. Zarzeczny tym się nie przejmował, bo wychodził z założenia, że najważniejsze, aby się o nim mówiło. To jedna z najważniejszych maksym, które głosił w programie.

Pamiętam, że wiele razy mówił, że dziennikarze piszą banałami, bo kogo interesuje, że pies pogryzie człowieka? News jest wtedy, gdy człowiek pogryzie psa. Potrafił w programie Stan Futbolu prowokować gości, którzy często pod wpływem emocji powiedzieli coś, co chętnie szło do Twittera. Trudno uwierzyć, że wtedy Twitter raczkował, a na YouTube nie było Michała Pola i Romana Kołtonia. Większość dziennikarzy pracowało w telewizjach lub w Przeglądzie Sportowym, a Stan Futbolu leciał w Sport Klubie. Dziennikarze wtedy zamknięci w ramach redakcyjnych opisywali mecze, wyniki. On już wtedy twierdził, że to wszyscy wiedzą, że tak się gazet nie robi.

Szkoda, że nie ma Pawła Zarzecznego z nami z wielu powodów. Pomijając najważniejsze, to dzisiaj przyszły zupełnie inne czasy w social mediach. Wyobrażacie sobie dzisiaj Zarzecznego w Kanale Sportowym? Przecież on kilka lat temu zjadał konkurencje swoimi monologami. Był bohaterem 500 odcinków OMS w formacie on i widz, czasem wspomagany Karolem, z którym w zabawny sposób dyskutował jak z kolegą. Jak wielu z nas rozmawia z kolegami – czasem szyderczo, czasem przekomarzając się, szydząc, a czasem po prostu szczerze?

Przez kilka lat przysłuchiwałem się tym rozmowom codziennie po pracy. Nie było pakietów internetowych, nie było YouTube Premium, więc słuchałem ich dopiero w domu, często do kotleta. Pamiętam, że wiele razy zatrzymywałem suwak i w drugim pokoju puszczałem żonie jego myśli, które często kwitowała, że ma racje. Miał zupełnie inny światopogląd, czasem przerysowany, ale na pewno różny niż poklepywanie się po plecach w programach telewizyjnych.

Pawel imał się kilku zadań, pod koniec był bohaterem OMS, pisał na weszlo.com co poniedziałek teksty, był prowadzącym programu „Bul Głowy”, w którym można było z nim porozmawiać. Wiele lat przed Kanałem Sportowym! Jego poniedziałkowe teksty często były chaotyczne, aż dziwne, że wychodziły z jego klawiatury. Bo pisać to on umiał jak mało kto, ale żył własnym życiem, często pogrożonym w nałogu. Bywały treści także genialne, do przesłania ludziom dalej, niekoniecznie związanym ze sportem, które chętnie publikowałem na Facebooku.

Pamiętam 500 odcinek, który nakręcił przed Stadionem Narodowym z gościnnym udziałem Zbigniewa Bonka i Przemysława Rudzkiego. Pamiętam także szok, gdy następnego dnia rano rozeszły się wieści o jego śmierci. Pierwszy raz poczułem, że odszedł mi ktoś bliski, kogo nie znałem. Było mi bardzo przykro, bo dzieliłem z nim prywatny czas, w którym mnie zarazem bawił i uczył. Tak, Pawel Zarzeczny nauczył mnie kilku rzeczy. Pokazywał inną perspektywę czytając „Superaka” w przeglądzie prasy, gdzie omawiał zwykłe ludzkie historie, czasem absurdalne, jak to w brukowcu. Prowokować ciekawe rozmowy, które po zakończeniu zostają nam w głowie. Prawdopodobnie wtedy pomyślałem, że warto założyć bloga i zaciekawiać znajomych swoimi rozkminami.

Boniek vs Rokuszewski, czyli starcie w #stanfutbolu zainspirowało mnie do refleksji na temat stanu polskiej piłki

Sobotni odcinek Stanu Futbolu był jednym z najciekawszych tego typu programów w ostatnich latach. Samo zaproszenie do programu Zbigniewa Bońka jest zawsze sporym handicapem, bo Prezes PZPN zwykle dominuje programy i świeci zawsze najmocniej. Ale tym razem zupełnie (dla mnie) nieoczekiwanie trafił na wymagającego rywala. Znane są powszechne sympatię czołowych dziennikarzy z Prezesem PZPN, tym bardziej byłem zaskoczony, że w programie Krzysztofa Stanowskiego, w którym jego goście zwykle otaczani są parasolem ochronnym zaczęło się strzelanie.

Zbigniew Boniek nic nie świadomy odpowiadał na pytania w swoim stylu, nie dawał rozwinąć skrzydeł innym, skakał wielowątkowo, a na trudne pytania odpowiadał celnymi pytaniami. Przyzwyczajony jestem do tego typu scenariuszy, które szczególnie mi nie przeszkadzają. Zawsze mogę przecież wyłączyć. Bonka nie wyłączam, bo od zawsze był jakiś. Charyzmy miał za kilku, dlatego lubię go słuchać. Choć od pewnego czasu zauważyłem, że Polska piłka idzie w bardzo złym kierunku.

W programie znalazł się w końcu ktoś, kto potrafił zapytać i odpowiedzieć. Czekałem na taki scenariusz od dawna, ale szczególnie w Cafe Futbol, częściej mieliśmy poklepywanie Bonka po plecach. Ze najlepszy, że zmienił postrzeganie, że zarabia. Tylko, że te argumenty można było mówić już po roku, dwóch pierwszej kadencji, a nie w ostatnim. Nie przesadzajmy, że w czasach dużej transparentności w mediach, prowadzenie największego sportowego związku lepiej od Grzegorza Laty to sukces. To nie jest sukces, to normalność.

I właśnie Mateusz Rokuszewski, redaktor naczelny weszlo.com był tym, który nie szczypie się w język. Który punktuje i odpowiada. I to bardzo skutecznie, bo wymiana zdań przeniosła się po programie do Twittera via weszlo.com, dzięki wpisowi Jakuba Olkiewicza. Jeśli kilka dni później temat dalej grzeje, musiało się stać coś wyjątkowego.

Roki już na początku poprosił o nieprzerywanie, co było sygnałem, że ktoś chce coś powiedzieć będąc przy jednej scenie z Bońkiem. Potem formowanie tezy o kondycji polskiej piłki, również nie spotkała się z zadowoleniem. Żonglowanie Prezesa nazewnictwem polska piłka i PZPN okazała się mało skuteczna, bo o ile nie mam wątpliwości odnoście sprawnego prowadzenia wielkiej korporacji, to jednak pewne rzeczy zostały ewidentnie zlekceważone, zamiecione pod dywan. I te zganianie na ekstraklasę także jest mało eleganckie, bo jeśli mówimy o liczbie drużyn, reformie ESA37 to chętnie się Zibi wypowiada, ale w kwestii wyników w pucharach to on nic nie może. Pewnie, bezpośrednio nie, ale poziom jest dramatycznie słaby, odpadamy w przedbiegach z piłkarskimi ogórkami i nie gramy w europejskich pucharach. Dudelange wyprzedziło nas o długość, a wszyscy zdolni są wyprzedawani do przeróżnych lig.

Poszło też o MLS, że piłkarze (Przemysław Frankowski, Kacper Przybyłko, Przemysław Tytoń, Adam Buksa, a za chwilę także Jarosław Niezgoda) wybierają Stany Zjednoczone, a nie Europę. Na pewno mając propozycje jak Boniek z Juventusu wybraliby Serię A. Takowych nie mają, więc jadą gdzie lepiej płacą. Skończmy się okłamywać, że piłkarze grają z pasji. Grają dla pieniędzy. A jeśli przy okazji będzie sprawnie działający klub i liga, to chętnie mówią o rozwoju. Dzisiaj pozostawanie w ekstraklasie to cofanie się, co wynika z rezultatów w eliminacjach europejskich pucharów i rankingów.

Niestety exodus piłkarzy zbiegł się z zastępczą dyskusją o kształcie ligi. ESA taka, czy śmiaka, dodatkowa runda czy nie. Fajnie, że nie mówimy o dzieleniu punktów. Mam wrażenie, że zastanawiając się latami nad piłkarskimi duperelami, uciekła nam Europa. Cala para w gwizdek. Przecież piłkarz ma przede wszystkim grać. Najlepiej, aby sprawiało mu to przyjemność, bo wtedy entuzjazmem zarazi innych, a w dalszej kolejności także kibiców. Dyskusja kiedy mamy rozpoczynać sezon to kolejna ‚dyskusja żart’. Meczów naszej ligi nie da się oglądać, szlagiery zawodzą, a pojedynki zespołów z dołu tabeli nie interesują nawet koneserów. Rozszerzenie o drużyny klasy Chojniczanki, nie da nic polskiej piłce. Do słabych drużyn dołączą słabsi. A dzisiaj trzeba konkurować o widza z najlepszymi i najlepiej pokazywanymi ligami. A my co pół roku dostarczamy wcale nie najlepszym ligom to, co najlepsze, w zamian wzmacniając się słabymi Słowakami czy innymi oldboyami. Przecież za chwilę transferem przerwy zimowej będzie 36 letni Igor Angulo z Górnika Zabrze do Legii Warszawa.

Boniek się pomylił i ESA37 się nie udała. To akurat mi się bardzo podobało, bo dziennikarze rzadko się mylą, a raczej rzadko przyznają rację. Najbardziej znaczącej osobie w polskiej piłce wyciąga się wszystko, to rzeczywiście słabe. Choć z drugiej strony, rozliczajmy za łatwo idące tezy, które każdy może rzucić. Bardzo przydałoby się to wielu dziennikarzom.

Rokuszewski oprócz samej postawy zaimponował mi także tym, ze jasno deklarował nie pompowanie balonika. Bo na fali sukcesu, pod parasolem można przebimbać pół roku potem euro. Może się uda, a może wytrzymamy krytykę. Byle do października. Wtedy zmieni się kadencja i słabe jest to, że żaden z kandydatów jasno nie zadeklarował chęci bycia prezesem. Zakulisowe gierki, to znamy z naszego piekiełka, zamiast przyjść i mieć plan. Reformować. Tym razem nie wizerunek i wynik finansowy, bo Zbigniew Boniek z ekipą wycisnął maksa w tym temacie i za to wielkie brawa. Teraz czas na pracę u podstaw, zrzucenie garniturów, założenie dresów i trenowanie. Pokazywanie. A na koniec wyprowadzenie z czwartej dziesiątki ligi do drugiej. Chorwacja, Serbia, Grecja – właśnie te ligi zamykają dwudziestkę, to nie są dzisiaj ligowe tuzy, a przecież mamy najlepszą infrastrukturę w Europie. Tak powiedział Boniek, na co szybko odpowiedział Roki, że Niemcy na pewno mają lepsza. I brawo, skończmy z rzucaniem populizmów. Poza tym, jeśli za państwowe, czyli podatników pieniądze nie potrafimy wypełnić stadionów, bo kluby prowadzą ludzie w większości bez pomysłu.. Nie wszystkie, czego dowodem było mistrzostwo Piasta Gliwice. A rok wcześniej byli 14 drużyną ligi, czyli podobno lepszą niż trzecia w pierwszej Chojniczanka. Spieranie się, kto by wygrał, kto z pieniędzmi z telewizji by nie zrobił lepiej nie ma sensu. Ale to także mieliśmy na antenie.

Pieniądze są przejadane niczym w najlepszych ligach. Brakuje inwestycji, znowu pomysłu i kierunku. Symbolem jest Artur Jędrzejczak, któremu co jakiś czas wypomina się ogromne pieniądze w kontrakcie. Jakby to była jego wina, jakby ktoś z pistoletem przy skroni kazał Dyrektorowi/Prezesowi podpisywać kontrakty, na które klubów nie stać. A co, stać! Tylko potem trzeba z czegoś ścinać. Tym symbolem jest podpisywanie ugody, aby utrzymać promocje na kolejny sezon. Przepraszam licencje. Kółko sie zamyka, bo brak licencji to upadek, a to z kolei brak kasy dla piłkarzy. Więc piłkarze podpisują, a kluby wydają. Bo telewizja płaci.

Nie płaci za to Lechia Gdańsk, którą dwa/trzy lata temu widzieliśmy jako realnego rywala Legii Warszawa. Do lepszej ligi potrzebujemy silnej Legii, Lecha, Lechii, Wisły itd. Kluby mają wygrywać seryjnie, rywalizować, a potem przekładać to na puchary lub na początku eliminacje do pucharów. Dzisiaj jednak z Lechii ucieka Artur Sobiech, dobry ligowiec, po którym na pewno spodziewano się więcej, ale to zawsze ktoś, kto bywał na większych i mniejszych salonach. Z Lechii do drugiej ligi tureckiej! Niestety nie każdy ma oferty z MLS.

Brzęczek nie spełnił oczekiwań kibiców i pewnie Prezesa. Rozumiem, że nie może on krytykować otwarcie selekcjonera, ale ten najbardziej oberwał za zupełnie nietrafione tezy. Zresztą zupełnie niepotrzebne i jak w przypadku Bońka, chętnie wyciągane. A to Błaszczykowski w wywiadzie dla zagranicznych mediów ma mieć miejsce w kadrze, a to Zielińskiemu musi się coś przestawić. Słabi rywale i słabe wyniki, a pierwszy najlepszy mecz to jednak nienajlepsza ocena selekcjonera. Jeśli Prezes uważa, że Izrael, że chcieliśmy zremisować z Austrią to znaczy, że zadowalamy się byle czym. Bo w tym wieku właśnie meczem wizytówką potrafimy odróżnić sensownego selekcjonera (Engel Norwegia, Janas Włochy, Beenhakker Portugalia, Nawałka Niemcy) od przeciętniaka. Dlatego pompowania balonika przez Rokuszewskiego nie będzie. A mit o analizie jednostek treningowych, aby ocenić jakość selekcjonera będzie wyciągany tak samo chętnie, jak tekst o Zielińskim. Brawo Olkiewicz, analogia z brakiem wiedzy na temat wypieku pysznej bułki zaorał system.

Jeszcze ten młodzieżowiec. Dla mnie dobry kierunek, ale słabe rozwiązanie. Prywatnym klubom każemy wystawiać piłkarzy, bo taki regulamin. A potem się dziwimy, że jest jak jest. Ja bym wrzucił połowę kasy z kontraktu telewizyjnego w program typu pro junior system. Połowę! I wtedy panowie prezesi nic nie musicie, ale na starcie dostaniecie połowę. A czy jeden czy dwóch, przecież to niewiele zmieni. Tutaj brawa znowu dla Rokiego, który uważa, że przez to najlepsi juniorzy zamiast być wypożyczani, to kiszą się na ławce, na wypadek, gdyby ten z jedenastki miał kontuzje. Prawdą jest też stwierdzenie, że wystawianie młodzieżowca to okno wystawowe i docelowo właśnie ci piłkarze będą wyjeżdżać regularnie, bo dla wielu klubów na świecie dwa czy trzy miliony to nic w kontekście młodego zdolnego piłkarza. A MLS płaci cztery-pięć milionów euro.

A na koniec o licencji. Upieranie się Prezesa, że Raków Częstochowa zdąży do kolejnego sezonu, a jak nie zdąży to nie będzie grać, było rzeczywiście słabe. Wyrzucenie klubu, który ma pomysł i trenera za brak stadionu vs dopuszczanie klubów, którym się nie płaci, jest dziwne. Raków ma karę za brak prawdziwych dni meczowych, nie może budować w pełni swojej marki w swoim mieście. Wrzućmy po prostu do podziału pieniędzy z telewizji milion za posiadanie stadionu. I tyle. Dużo lepiej to będzie wyglądać niż grożenie palcem jak z procesem licencyjnym, a potem szukanie wymówek. Przez lata przymykanie oczu na pewne rzeczy skutkuje słabym rankingiem i słabym poziomem. Nie wszystko można przykryć na razie średnią reprezentacją.