Podsumowanie transferów – top6 Premier League 2019

Zastanawiałem się, kto wygrał okienko transferowe w Anglii. Czołowe drużyny chciały przede wszystkim utrzymać kadrę – w końcu zdobyli albo 97/98 punktów, albo grali w finale Ligi Mistrzów. Dla wielu wszystko idzie zgodnie z planem, dlatego spodziewałem się, ze Manchester United i Arsenal, czyli odpowiednio 6 i 5 drużyna poprzedniego sezonu poczyni najlepsze transfery. Z gry automatycznie odpadła Chelsea, choć powrót kilku zawodników z wypożyczenia i transfer zimowy Christiana Pulisicia, który zadebiutuje dopiero teraz, jest jakimś wzmocnieniem.

Analizując okienko, trzeba zweryfikować także straty. Czołowa szóstka dysponuje ogromnym budżetem i niewiele jest klubów w Europie, których stać na transfery bezpośrednio od nich. Takim klubem jest Real Madryt, ale przejście Edena Hazarda nikogo nie dziwi. Owszem to ogromna transakcja, top3 transferów nie tylko względem ceny ale i ważności w lecie 2019. Mowa o zawodniku top10 na świecie, którego ciężko zastąpić. Widzieliśmy to w zeszłym sezonie w.. Realu Madryt, w którym brak zastępstwa Cristiano Ronaldo oznaczał spory spadek. I tak niestety dla fanów The Blues będzie to wyglądać.

Poza Hazardem, z czołowych drużyn poprzedniego sezonu odeszli dobrzy zawodnicy, którzy nie łapali się do w pierwszego składu: Danilo (Manchester CIty -> Juventus), Danny Ings Liverpool -> Southampton, Kieran Tripper Tottenham -> Atletico Madryt). Dużą stratą jest odejście po dwóch latach z Manchesteru United Romelu Lukaku do Interu Mediolan. Lukaku nie spełnił ogromnych oczekiwań, które mieli kibice i szefowie United i można go dołączyć do grona zawodników zdecydowanie lepiej występującego w reprezentacji (81 występów, 48 goli) niż klubie. Od odejścia z Anderlechtu osiem lat temu, grał kolejno w Chelsea (zawiódł), West Brom (dobrze), Evertonie (bardzo dobrze, ostatni sezon 25 goli!) i ManU (zawiódł) i trudno określić, jak odnajdzie się w Interze Mediolan. To jednak strata United, bo traci swojego potencjalnie top2 zawodnika.

Najwiecej działo się w Arsenalu, który wreszcie idzie w dobrym kierunku. Owszem, odejście Laurenta Kościelnego było zaskakujące – kapitan Kanionierów nie dogadał się w kwestii finansowej, co przerodziło się w bunt i rezygnacje z wyjazdu na zgrupowanie do Stanów Zjednoczonych. Do tego darmowe odejście Aarona Ramsey’a do Juventusu, ale o tym wiedzieliśmy od dawna. Ramsey także nie przedłużył kontraktu i jego odejście było (niestety dla Kanonierów) wkalkulowane. Odejście dwóch liderów drużyny Arsene’a Wengera, to nowe otwarcie. Tym bardziej, że w zamian sprowadzono klasowych zawodników: Daniego Ceballosa na środek pomocy, trójkę obrońców za 65 mln euro: Williama Salibę, Kierana Tierney’a i Davida Luiza oraz przede wszystkim prawego napastnika Nicolasa Pepe za 80 mln euro z Lille. Ten ostatni, dołączył dość nieoczekiwanie, bo w grze byli m.in. Bayern Monachium i Napoli kusząc występami w Lidze Mistrzów. Arsenal był wielkim przegranym poprzedniego sezonu – w lidze zajął piąte miejsce (jeden punkt straty), przegrał też w finale Ligi Europy. To, co działami w zeszłym sezonie to duet Pierre Emerick Aubameyang (22 bramki, 5 asyst), Alexandre Lacazette (13 bramek, 10 asyst) mając trzecią ofensywę. Przyjście Pepe, który zanotował w Ligue 1 22 bramki i 11 asyst prawdodpobnie pozwoli wrócić Arsenalowi do Ligi Mistrzów.

Tottenham bardzo wysoko postawił poprzeczkę w okienku transferowym i pozyskał aż trzech zawodników, którzy wzmocnią (być może już w tym sezonie) jedenastkę: Tanguy Ndombélé (60,00 mln € Olympique Lyon), Ryan Sessegnon (27 mln € FC Fulham), Giovani Lo Celso (16 mln euro za wypożyczenie z Betisu Sevilla). I właśnie w ten sposób powinniśmy oceniać okienko transferowe danego klubu – ilu piłkarzy nowych wzmocni pierwszą jedenastkę minus ubytki z jedenastki. Po roku przerwy, w którym Spurs nie robili transferów, obecne lato wygrali. Podobnie Mistrz Anglii – Manchester City. Szeroki skład, który pozwala na grę, na wielu frontach został istotnie wzmocniony tam, gdzie miał największe braki. Z tymi brakami to oczywiście przenośnia, jeśli w jednym zdaniu zestawiamy „braki kadrowe” i „Manchester City”. 198 punktów w dwóch ostatnich sezonach sprawia, że mamy do czynienia z jedną z najlepszych drużyn w historii Premier League. Pep Guardiola co sezon dokonuje drobnych korekt, a tym razem prawy obrońca Danilo został zamieniony wraz z gotówką do Juventusu za João Cancelo. To nie mogło sie udać, jeśli Danilo w dwóch sezonach poprzedzających grę w Obywatelach, w barwach Realu Madryt zagrał w 41 meczach w La Liga. Z kolei Fabian Delph z chwilą transferu był zagadką i piłkarzem nie tego kalibru, co przełożyło się na 57 spotkań w cztery sezony. Zastępuje go Rodri, którego talent po jednym sezonie w Atletico Madryt eksplodował z 25 mln euro (tyle zapłacili Villareal CF) do 70 mln euro (City). Jeśli do Manchesteru City przychodzi nowy Busquets, może to być najważniejszy transfer w Premier League.

Takich z kolei nie zrobili włodarze Manchesteru United. Apetyty były ogromne: Christian Eriksen (Tottenham), Paulo Dybala (Juventus TUtryn), Bruno Fernandes (Sporting Lizbona), Sergej Milinkovic-Savic (Lazio Rzym) mieli wzmocnić klub po odejściu Paula Pogby, którego chciał Zinedine Zidane (Real Madryt). Oprócz wspomnianego Lukaku odeszli doświadczeni Antonio Valencia oraz Ander Herrera, w dodatku bez kwoty odstępnego. Za tego pierwszego przyszedł z Crystal Palace Aaron Wan-Bissaka (55 mln euro), razem z rekordowym transferem obrońcy Harry Maguire (Leicester City, 87 mln euro). Przyszedł także Daniel James ze Swansea, w której strzelił 4 bramki w Championship. Zaskakujące, że Ed Woodward nie planowal kupienia napastnika, jeśli z klubu cały czas może odejść Pogba. To dwóch najlepszych strzelców poprzedniego sezonu:

13 Paul Pogba
12 Romelu Lukaku
10 Marcus Rashford, Anthony Martial
4 Jesse Lingard 3 Juan Mata

Z kolei transfer Maguire’a to próba załatania dziurawej obrony, która w zeszłym sezonie zajęła 11 miejsce względem straconych bramek. I jeśli do tego wszystkiego liderem ma nadal być niezadowolony Pogba, to nie będzie sezon Czerwonych diabłów. Na koniec ranking top6 względem okienka transferowego:

1. Manchester City
2. Arsenal Londyn
3. Tottenham Londyn
4. Chelsea
5. Manchester United

Dodam, że Jurgen Klopp (Liverpool) po aktywności rok temu (Alisson, Naby Keïta, Fabinho, Xherdan Shaqiri) tym razem nie dokonał żadnego transferu.

Trzech tenorów Jürgena Kloppa

Wczorajszy mecz zapamiętamy na zawsze. Nie tylko dlatego, że Liverpool zdeklasował Barcelonę. Ale także dlatego, że odrobił trzybramkową (!) stratę z pierwszego meczu i pozbawił złudzeń Leo Messiego na piąty triumf w lidze mistrzów. W wyścigu nadludzi Cristiano Ronaldo ma pięć triumfów, a z obecnej edycji odpadł w ćwierćfinale. Barcelona była gigantycznym faworytem także dlatego, że podopieczni Jürgena Kloppa pozbawieni byli dwóch (Mohamed Salah i Roberto Firmino) z trzech członków magicznego trio, a jak się później okazało, ten trzeci, czyli Sadio Mane nie zanotował ani bramki, ani asysty.

Jürgen Klopp wczoraj tenorów miał trzech – każdy z nich to wybór zaskakujący, ale już przed meczem kazał wszystkim zawodnikom się bawić. Oczywiście w piłce nic nie jest pewne, a szczególnie pokazuje to obecny sezon ligi mistrzów, jednak zawodnicy gospodarzy byli przed meczem przytłoczeni. Najpierw po doskonałej grze, przegrali na Camp Nou 3-0 (TUTAJ), a następnie Vincent Kompany strzałem życia numer dwa (numer jeden to bramka z West Hamem dająca mistrzostwo Anglii 2014), dał zwycięstwo Manchesterowi City z Leicester 1-0. We wtorek i w niedzielę Liverpool miał przegrać wszystko. Fantastyczny sezon miał zakończyć się niczym, co mocno podkreślali przeciwnicy Jürgena Kloppa.

Najpierw zaczął Divock Origi, w siódmej minucie. Wieczny rezerwowy, wypożyczony do Wolfsburga w poprzednim sezonie i jeden z pierwszych, którzy opuszczą w lecie drużynę. Jedyna opcja na tamten wieczór dla The Redds, czyli szybko zdobyta bramka stała się faktem. Po straconej bramce Barcelona zdobyła przewagę, mogła wyrównać ale do przerwy wynik się nie zmienił. Po przerwie wszedł Georginio Wijnaldum, jak się okazało współbohater, drugi z tenorów. 54 i 56 minuta zmroziła cały świat. Dwa ciosy. Pach, pach i Barcelona na kolanach. Już po drugiej bramce wróciły demony z ubiegłego sezonu z dwumeczu z As Roma (4-1 i 0-3). Barcelona sparaliżowana, Barcelona na kolanach. Każda piłka zagrywana zostaje do Leo Messiego, który umiejętnie kryty i wypychany często jej nie otrzymuje lub dostaje w okolicach środka boiska. Kiwanie dwóch, trzech zawodników to od tego momentu jedyne rozwiązanie dla faworyta edycji.

W Barcelonie w najważniejszym meczu nie sprawdził się Philippe Coutinho za 135 mln, w kadrze meczowej nie był Ousmane Dembélé za 125 mln, a pozyskany przed sezonem za darmo Arturo Vidal najlepsze lata ma za sobą. Barcelona była bezradna – czekała na cios, który ich znokautował. Cios nadszedł od nieoczekiwanego duetu Trent Alexander-Arnold / Divock Origi. Ten pierwszy sprawnie wykorzystał rzut rożny (druga asysta w meczu) do wybicia piłki pod nogi Belga, który zupełnie niekryty, umieścił piłkę w siatki. Barcelona odpowiedziała zmianą Malcolma, dla którego to było trzecie spotkanie w tym sezonie. Malcolm nie okazał się Wijnaldumem, bo okazać się nie mógł. Jürgen Klopp ograł Ernesto Valverde tak brutalnie, że ten mimo drugiego mistrzostwa kraju nie może być pewien pracy w nowym sezonie.

BRITAIN-SOCCER-UEFA-CHAMPIONS-LEAGUE.jpg

Leo Messi na zapętleniu

Po dobie od zakończenia meczu Barcelona – Liverpool, nie milkną komentarze odnośnie meczu. Barcelona ostatecznie zdeklasowała rywali 3-0, którzy zagrali bardzo dobry mecz, ale nieskuteczny. Tematem numer jeden jest oczywiście Messi, zwłaszcza jego drugi gol z rzutu wolnego każdy kibic piłki nożnej widział na zapętleniu dziesięć razy. Deklasacja to odpowiednie określenie na porażkę Liverpoolu, stawianego przed pojedynkiem jako underdoga, choć glosy ekspertów były podzielone. Nie mieliśmy ‚Rock and rolla’, bo finalista ostatnich rozgrywek i być może przyszły mistrz Anglii nie potrafił powstrzymać Leo Messiego. Już przed meczem reklamowano starcie jako pojedynek najlepszego zawodnika Ligi Mistrzów z najlepszym obrońcą Premier League Virgilem van Dijkiem, a przecież kilka tygodni temu miał to być pojedynek rywali z reklamy Peppsi Max – Messiego i Mo Salaha. Im bliżej do meczu, tym bardziej zmieniała się narracja, który zawodnik czy pojedynek będzie decydujący. Ostatecznie Messi pogrzebał Liverpool, a dziennikarze zapomnieli o peanach dla Jurgena Kloppa, bo zaczęli wypominać mu brak trofeów. Znamienne jak percepcja dziennikarza, eksperta i  kibica się zmienia – jedna akcja lub jeden mecz może zmienić optykę o 180 stopni.

12974852-6984855-Liverpool_keeper_Allison_was_left_helpless_as_Messi_scored_his_6-a-5_1556806449028.jpgPodobnie wygląda rywalizacja nadludzi – Messiego z Cristiano Ronaldo. W ostatnich latach, głownie za sprawą Ligi Mistrzów triumfował w wyścigu CR7, nieco przykrywając fakt, że Argentyńczyk zwyciężył w 8 z 11 ostatnich mistrzów La Liga. Dla kibiców liczy się przede wszystkim Liga Mistrzów, dlatego regularne odpadnięcia Barcelony w ćwierćfinale wykorzystywał Portugalczyk, dorzucając po drodze triumf w Mistrzostwach Europy. Mistrzostwach wygranych, jednak po latach trudno przypomnieć sobie jakiś wybitny mecz Portugalczyka – od biedy mógłby być nim spotkanie z Węgrami (!) zremisowane 3-3 i jego dwie bramki. Jednak po finale, maszyna marketingowa ruszyła na dobre, a Cristiano Ronaldo najlepszy występ zanotował w finale… pełniąc od 25 minuty role (nie)grającego trenera.

Dzisiaj liczy się tu i teraz, Argentyńczyk przejął miano najlepszego piłkarza świata – prowadzi w klasyfikacjach strzelców (La Liga i Liga Mistrzów) i asyst (La Liga, w Lidze Mistrzów jest ósmy), wygrywa La Ligę, za chwile Puchar Hiszpanii i być może Ligę Mistrzów. Jest na ustach całego świata. Do niedawna piąty piłkarz na świecie wrócił na tron, przypomnę klasyfikacje za 2018:

Luka Modrić
Cristiano Ronaldo
Mohamed Salah
Kylian Mbappé
Leo Messi.

Dzisiaj prawdopodobnie mamy trojkę Messi, Cristiano Ronaldo i Mbappé, ale wtedy sugerowano się (podobno) wynikami na mundialu. Przypomnę, miejsca na turnieju wymienionej piątki:

finał
1/8 finału
runda grupowa
zwycięstwo
1/8 finału

Zatem, czy na pewno wyniki były kryterium? Pamiętam, że po ostatecznych wynikach plebiscytu, eksperci doprecyzowywali ocenę zawodników na mistrzostwach. Czyli idąc tym samym kryterium – jeśli w lecie b.r. odbywałaby się kolejna impreza rangi światowej, to także byłaby nadrzędna w stosunku do całego sezonu ligowego? Niestety tak – piękne bramki w lidze mistrzów i ew. w niej triumf byłby niżej oceniony. Przypomnę tutaj to, co wyprawiał rok temu Cristiano Ronaldo:

rozgrywki grupowe, 9 goli
1/8 z PSG, 3 bramki w dwumeczu
1/4 z Juventusem, 3 bramki, w tym ostatnia w doliczonym czasie gry (98 minuta) dająca bezpośredni awans
1/2 i finał, brak bramek

Ostatecznie zdobył w całej edycji 15 bramek i tytuł najlepszego zawodnika, co okazało się mniej istotne niż niespodziewane wicemistrzostwo świata Chorwacji. Do dziś ostateczna piątka za 2018, to jedno z największych zaskoczeń w wielkiej piłce, bo o zwycięstwie nie decydowało zwycięstwo w finale (Mbappe, Grizmann, Varane), La Liga (Messi), Premier League (Salah) tylko wielka niespodzianka, do której doklejano Modrićowi sukces w Lidze Mistrzów (trudno nazywać Real drużyną Luki, w przeciwieństwie do CR7 czy Sergio Ramosa). Jestem fanem talentu Chorwata, przez lata wymieniałem go jako piłkarz najbardziej pasujący do Barcelony, jednak co nadludzie to.. nadludzie.

Po losowaniu ćwierćfinałów mieliśmy mieć w finale gwiezdne wojny z Cristiano Ronaldo i Leo Messim w roli głównej. Krążyły nawet teorie, że losowanie było ustawione, aby najbardziej dokręcić wielką maszynę z kasą. Oczywiście, były tez inne możliwości wielkich finałów:

Pep Guardiola vs FC Barcelona
Real Madryt vs Liverpool
Manchester City vs Liverpool
Manchester City vs Manchester United

ale żaden nie elektryzował, jak pojedynek nadludzi. Być może ostatni w ich wielkiej formie, bo dotychczas odbyło się pięć, ale tylko ten z 2009 zapamiętamy szczególnie:

2008.04.23 FC Barcelona – Manchester United 0-0
2008.04.29 Manchester United – FC Barcelona 1-0; Scholes
2009.05.27 FC Barcelona – Manchester United 2-0; Eto’o, Messi
2011.04.27 Real Madryt – FC Barcelona 0-2; Messi 2
2011.05.03 FC Barcelona – Real Madryt 1-1; Pedro – Marcelo

Cristiano Ronaldo starał się o triumf w tej edycji wyjątkowo, był jedynym strzelającym bramki w fazie pucharowej zawodnikiem Juventusu (hat-trick w rewanżu z Atletico, w którym odrobili dwubramkową stratę w pierwszym meczu i po jednej bramce w ćwierćfinałach) ale to było za mało na Ajax. O dziwo po pierwszych półfinałach, tylko Ajax może zatrzymać Barcelonę. Oczywiście, przed nami rewanże, ale na dzisiaj trudno wyobrazić sobie, aby nie awansowali do finału pogromcy Realu Madryt i Juventusu oraz FC Barcelona. Leo Messi lubi grac z Ajaxem (zresztą, z która drużyną nie lubi):

2013.09.13 dom, 3 bramki
2014.10.21 dom, 1 bramka i 1 asysta
2014.11.05 wyjazd, 2 bramki

I wielce prawdopodobne, że znowu będziemy oglądać jego bramki na zapętleniu. A na koniec roku, po raz 11 w ostatnich 12 latach zwycięży jeden z nadludzi.

Bayern z Liverpoolem, czyli pojedynek filozofii transferowych

Największy szlagier 1/8 finału Ligi Mistrzów, czyli mecz Bayernu z Liverpoolem będzie miał kilka podtekstów, ale też ogromne znaczenie dla obu klubów. Odpadnięcie na tym etapie byłoby dla jednych i drugich katastrofą, dlatego mówimy tutaj o absolutnie największym szlagierze tego etapu rozgrywek. Smaczku dodaje osoba trenera Liverpoolu, Jurgena Kloppa, który przez kilka lat z powodzeniem rywalizował z Bayernem Monachium zdobywając m.in. dwa mistrzostwa Niemiec. Wydaje się, że ten najważniejszy mecz przegrał, w finale ligi mistrzów 2013 i cały piłkarski świat będzie spoglądać na tę rywalizację. Ponadto, od zakończenia pracy z Dortmundzie mówi się, że Klopp to przyszły trener Bayernu i przy każdej zmianie trenera jest faworytem numer jeden. Ponadto, Xherdan Shaqiri przez dwa i pół sezonu był zawodnikiem Bayernu. Trafił jednak do bawarskiego klubu w młodym wieku i najczęściej siedział na ławce u Pepa Guardioli.

Wydaje się, że większym podtekstem tej rywalizacji jest podejście do polityki transferowej. Liverpool kupuje Kloppowi zawodników, których potrzebuje. Symbolem zakupów jest Virgil van Dijk kupiony rok temu za 78,80 mln € – transferowy rekord obrońcy na świecie dla wielu piłkarza anonimowego. Dzisiaj van Dijk daje spokój z tyłu, czego brakowało w poprzednich sezonach. Daje go także bramkarz Alisson, dzięki czemu Liverpool stracił w 22 meczach zaledwie 10 goli. Czołówka rekordowych transferów klubu, to czasy Jurgena Kloppa (jest trenerem od 8 października 2015):

Virgil van Dijk 78,8 mln €
Alisson 62,5 mln €
Naby Keïta 60 mln €
Christian Benteke 46,5 mln €
Fabinho 45 mln €
Mohamed Salah 42 mln €
Sadio Mané 41,2 mln €
Roberto Firmino 41 mln €

Oczywiście, Liverpool też potrafi drogo sprzedać, choćby Philippe Coutinho za 130 mln € czy Raheema Sterlinga za 63,7 mln €, jednak rozmach transferowy Liverpoolu jest imponujący. Nie wszyscy piłkarze z listy się sprawdzają, ale trio Salah/Mane/Firmino zostało kupione za 124,2 mln € jest majstersztykiem. Przy dzisiejszych sumach transferowych, 124 mln € jest kwotą za jednego, maksymalnie dwóch dobrych piłkarzy. Zresztą sam Mo Salah przebiłby tę kwotę odchodząc np. do Realu Madryt. W przypadku odpadnięcia na tym etapie Liverpoolu, właściciele spoglądaliby na ligę, której nie wygrali od 1990 roku. Kolejny sezon bez trofeum Jurgena Kloppa stawiałby pod znakiem zapytania jego status topowego trenera.

Z kolei Bayern Monachium nigdy nie brał udziału w wyścigach transferowych, a najdroższym zawodnikiem klubu jest francuz Corentin Tolisso za 41,50 mln €. Przez lata Bayern kupował (lub pozyskiwał za darmo jak Mats Hummels i Robert Lewandowski) najlepszych piłkarzy Bundesligi, jednak od kilku sezonów wyjeżdżają oni do Anglii (np. Leroy Sane, wymienieni wyżej Keita i Firmino, w lecie do Chelsea przejdzie Christian Pulisic). Prezydent Bayernu Monachium, Uli Hoeness dotychczasowy przeciwnik wydawania dużych sum transferowych w przypadku porażki w 1/8 finału będzie musiał zmienić politykę i głęboko sięgnąć do portfela. Od zwycięstwa w 2013, Bayern czterokrotnie odpadał w półfinale i raz w ćwierćfinale.

Superliga? trzymam kciuki, ale mam sporo wątpliwości

Bomba od dziennikarzy Der Spiegel – jedenaście klubów w Europie chce utworzyć zamkniętą Superlige:

Real Madryt
FC Barcelona
Manchester United
Bayern Monachium
Juventus Turyn
Chelsea Londyn
Arsenal
PSG
Manchester City
Liverpool
AC Milan

Drużyny te, jako współwłaściciele mają nie spadać z ligi oraz mają gwarancję występowania w niej przez 40 sezonów (!). Ponadto, kluby chcą zaprosić do ligi na pięć pierwszych sezonów, pięć drużyn: Atletico Madryt, Olympique Marsylia, Inter Mediolan, AS Roma i Borussia Dortmund, a liga w sumie 16 zespołowa ma ruszyć od sezonu 2021. Według jednego z założeń, drużyny mają opuścić swoje rodzime ligi i rozgrywać mecze we wtorki, środy i soboty, a rozgrywki maja trwać 34 tygodnie. Motorem pomysłu jest Bayern Monachium, który przy powodzeniu projektu chce opuścić rodzimą ligę. To byłby wielki cios dla kibiców i tradycji, a w samej Bundeslidze o mistrzostwo rywalizowałby Schalke 04 oraz RB Lipsk. Podobnie sytuacja wyglądałaby w Anglii – Tottenham rywalizuje z Evertonem, Włoszech – Napoli z Lazio oraz Hiszpanii – Valencia z Sevillą.

Projekt na miarę europejskiego NBA ma jasny kierunek – grają najbogatsi i ewentualnie najlepsi, a wszystko odbywałoby się kosztem Champions League, mimo trzykrotnie zwiększonych przychodów w ostatnich dziesięciu latach. Kluby miałyby zarabiać ok. 500 mln euro, a nie jak teraz od UEFA maksymalnie 80 mln. Z tym, że do Champions League trzeba się zakwalifikować, co w ostatnich latach kilku klubom – założycielom, się nie udawało (Manchester United, AC Milan, Liverpool). Gwarantowana gigantyczna kasa przemawia do każdego. Oczywiście, przełożyłoby się to na kontrakty i sumy transferowe za piłkarzy (i docelowo trenerów). Transfer Neymara za 222 mln euro zapłacone przez PSG na nikim nie robiłoby wrażenia.

Reforma Ligi Mistrzów i zapewnienie gwarantowanych czterech miejsc topowym ligom był ukłonem w stronę bogatych, aby rozgrywać więcej klasyków/top meczów, które generują zainteresowanie kibiców i przychody. Najlepsze kluby nie powinny często grać ze słabymi, bo mecze Bayernu z AEK Ateny czy Juventusu z Young Boys nikogo nie interesują. Czy to ma sens? z perspektywy elitarności tak, dzisiaj w Bundeslidze, Serie A i Ligue 1 przed sezonem wiadomo kto wygra, jedynie w Premier League czy La Liga są emocje, choć każde inne rozwiązanie niż triumf Manchesteru City i FC Barcelony byłby niespodzianką.

Sprzeciwić się temu mogą tylko rodzime ligi, które stracą sportowo i wizerunkowo. One wiedza, ze idea Superligi musi się kiedyś ziścić, ale nacisk rodzimych federacji może dać consensus, w postaci startu w nowej lidze oraz krajowej, kosztem np. nikomu nie potrzebnych krajowych pucharów. Najlepsze kluby już dzisiaj mają duże kadry, a po zmianie taki 12 czy 17 zawodnik topowego klubu, miałby pewny plac swojej drużyny co tydzień, choćby w rozgrywkach krajowych, które traktowane byłyby jako obowiązek. Obowiązek wynikający z tradycji, a także z problemów prawnych (np. podpisane kontrakty lig z wielkimi gwiazdami, które przy wyjściu w/w klubów uległyby rozwiązaniu). Składy Juventusu, PSG czy Bayernu są tak mocne, że nawet przy rotacji, zwyciężyłby w rodzimych ligach, grając pierwsze skrzypce w Super League.

Format nowej ligi byłby podobny do koszykarskiej Euroligi – 16 drużyn gra każdy z każdym, w sumie 30 meczów, a następnie faza pucharowa. Podobieństw jest więcej, bo koszykarska Euroliga swój główny produkt utrzymuje niezależnie od FIBA, ze specjalnymi zaproszeniami dla wybranych klubów (założyciele grają stale), ale trwa to na tyle długo, że nikogo nie dziwi kolejny pojedynek Realu z Barceloną.

Piłka nożna wymaga zmian – ogromna ilość meczów o nic, rozdmuchany kalendarz i stawianie autobusów przez drużyny teoretycznie słabsze, zabija widowiska. Pomysł elitarnej ligi da nowy tlen i mimo sporych wątpliwości, trzymam kciuki za ten projekt. Kibice już dzisiaj chętnie płacą za futbol, który stał się świetną rozrywką telewizyjną, a nowe rozgrywki przesunie kolejne granice praw telewizyjnych, które na chwilę obecna sięgnęły sufitu. O tym wiedzą nie tylko w Bayernie.

Liverpool i Chorwacja to tylko jednorazowe akcje

Za nami niesamowity mundialu w Rosji oraz zaskakująca edycja ligi mistrzów. Mieliśmy wiele niespodzianek, ale też wyjątkowo nie objawiły nam się nowe nazwiska (trudno określić takim np. Kyliana Mbappé), które zmieniłyby układ sił w europie. Mieliśmy co prawda nowych finalistów – reprezentację Chorwacji oraz Liverpool, ale wydaje się to jednorazowy lot drużyn, które wykorzystywały słabość innych. Bo w ostatnich rozgrywkach zawodzili faworyci. Nie chcę oczywiście umniejszać sukcesów Chorwacji i Liverpoolu, ale pierwszym i drugim ewidentnie służyła drabinka:

1/8 Dania/FC Porto
1/4 Rosja/Manchester City
1/2 Anglia/AS Roma

Oczywiście, ze słabszymi też trzeba umieć wygrać, ale robi się to jednak łatwiej niż z tuzami futbolu. Brak awansu Niemców i Atletico Madryt z grupy, dość zaskakujące odpadniecie Brazylii i FC Barcelony w ćwierćfinałach, to nie zdarza się często. Zresztą prześledźmy drogę ich rywali:

1/8 Argentyna/PSG
1/4 Urugwaj/Juventus Turyn
1/2 Belgia/Bayern Monachium

Trudno o trudniejszą drabinkę dla Francji oraz Realu Madryt, co oznacza, że drużyny te zasłużenie wygrały mecze finałowe. Oczywiście, piłka nożna się zmieniła, co własnie było widać po reprezentacji Chorwacji, która zawziętością, zaangażowaniem, walą walki oraz jednak szczęściem przeszła szczęśliwie trzy dogrywki. Liverpool poszedł inną drogą – kontratakami trio: Mohamed Salah, Roberto Firmino i Sadio Mane zdobywał po prostu więcej bramek od rywali (w dwumeczach odpowiednio:  (5-0, 5-1, 7-6). Jürgen Klopp stworzył drużynę, która grała ofensywnie niczym jego Borussia Dortmund z sezonu 2012/13 z trio: Marco Reus, Robert Lewandowski, Mario Goteze .

W tym sezonie, nikt tez nie stawia Liverpoolu na szczycie faworytów do mistrzostwa Anglii oraz ligi mistrzów. W przerwie letniej znacząco się wzmocnili wydając 182 mln euro wydane na kwartet:

Alisson (Roma, 62,5 mln euro)
Naby Keita (RB Leipzig, 60 mln euro)
Fabinhio (Monaco, 40 mln euro)
Xherdan Shaqiri (Stoke, 14,7 mln euro)

ale Manchester City wydaje się być poza zasięgiem kogokolwiek (TUTAJ). Podobnie jak Chorwacja nie zostanie nagle faworytem ligi narodów czy euro 2020. W lidze narodów grają z Hiszpania i Anglią (TUTAJ grupy), wiec po największym sukcesie w historii chorwackiej piłki mogą zostać brutalnie sprowadzeni na ziemie.

Po finale LM

Za nami najdziwniejszy finał w historii, w którym po raz trzeci z rzędu, a jednocześnie czwarty w pięciu ostatnich edycjach, zwyciężył Real Madryt. Zwyciężył zasłużenie, jednak nie po golach swoich liderów Tony Kroosa, Luki Modricia czy Cristiano Ronaldo, ale wyszydzanego Karima Benzemy i pierwszego do oddania, Gareth Bale`a.

Zaczęło się planowo – od ataków Liverpoolu, który po drodze do finału pokonał m.in. Manchester City oraz Romę (która wyeliminowała wcześniej Atletico Madryt i FC Barcelonę). Dla przypomnienia, Real miał trudniejszą drabinkę eliminując kolejno PSG, Juventus Turyn i Bayern Monachium. Pierwszą dziwną sytuacją, było zagranie niczym z MMA Sergio Ramosa, który przy upadku trzymał Mohameda Salaha pod pachą i spowodował uraz barku. Salah, najlepszy piłkarz Premier League i pierwszy na liście transferowej Florentino Pereza (sorry Robert Lewandowski) musiał zejść po 30 minutach gry. Chwile potem boisko opuścił kontuzjowany Dani Carvajal i przy obu zachodzi ryzyko opuszczenia mundialu. UEFA ciągle wstrzymuje się z wprowadzeniem VARu, ale zamiast czerwonej kartki za ewidentny faul Ramosa, hiszpański obrońca nie obejrzał nawet żółtej. Do zejścia Salaha, Liverpool oddał dziewięć strzałów (w całym meczu 13).

Po przerwie, pierwszy wielbłąd Lorisa Kariusa dał prowadzenie Realu i kolejną pewność, że Karim Benzema zostanie w klubie (TUTAJ). Chwilę później wyrównanie i gol Sadio Mane, który dał oddech Liverpoolowi, ale wydaje się, że przede wszystkim wpędził w zakłopotanie naszych rodaków przed pierwszym meczem mundialu. Zaczął się mecz. Jednak za chwilę się skończył, bo wprowadzony z ławki Gareth Bale strzelił bramkę – marzenie. Nie wiem w jaki sposób trenują Cristiano Ronaldo i Gareth Bale, ale Walijczyk skopiował uderzenie z poprzedniego finału Portugalczyka i strzelił fenomenalnie z przewrotki.

Pod koniec meczu, po drugiej asyście krytykowanego za nierówną formę Marcelo, potężną bombę Bale`a, Karius wpuszcza do bramki. Nie wiem czy nie był to jeszcze większy błąd, niż przy pierwszym golu – bramkarz Liverpoolu stał dobrze ustawiony, a strzał w środek bramki broni 10 na 10 bramkarzy na poziomie finału ligi mistrzów.

Cristiano Ronaldo w swoim szóstym finale bramki nie zdobył, ale zwyciężył po raz piąty:

2008 zwycięstwo; gol i niewykorzystana jedenastka
2009 porażka
2014 zwycięstwo; gol
2016 zwycięstwo; wykorzystana jedenastka
2017 zwycięstwo; dwa gole
2018 zwycięstwo

dla porównania, bohater Realu zwyciężył po raz czwarty w czwartym występie:

2014 zwycięstwo; gol
2016 zwycięstwo; wykorzystana jedenastka
2017 zwycięstwo;
2018 zwycięstwo; dwa gole

Szkoda kontuzji Egipcjanina, jestem przekonany, że trio Mohamed Salah, Sadio Mané, Roberto Firmino strzeliłoby coś więcej niż jeden gol. Zresztą w/w trio było wymieniane jako rywalizacja z Cristiano Ronaldo, co pokazuje też tabela strzelców tego sezonu:

Cristiano Ronaldo 15 bramek
Mohamed Salah
Sadio Mané
Roberto Firmino po 10 bramek

Dla Liverpoolu, finał LM jest zapowiedzią kolejnych świetnych sezonów. Muszą wzmocnić przede wszystkim obsadę bramkarza, bo Loris Karius sprawił, że mieliśmy dziwny finał. Real wygrał po raz kolejny, a siłę tej drużyny oprócz Cristiano Ronaldo, stanowią m.in. Bale, Benzema czy Marcelo, którzy najlepiej grają w decydujących meczach. Dlatego też bukmacherzy, dzień po finale typują ich do faworyta kolejnej edycji.