Odszedł od nas Króla życia, Diego Maradona

Argentyński dziennik Clarine i CNN Brasil podały, że nie żyje Diego Armando Maradona geniusz piłki. Dla wielu najwybitniejszy piłkarz, ale także człowiek, który czerpał z życia, ile się da, nie zatrzymywał się ani na krok. Umarł na własnych warunkach, robiąc to co kocha, mimo, że to go zabijało każdego dnia. Żył zaledwie 60 lat, ale dla organizmu bardzo wyeksploatowanego przez kokainę to był za wiele. Miał podobno tysiąc kobiet, z tą jedyną Claudią Villafan rozstał się po 15 latach. Villafan urodziła mu dwie córki, a młodsza wyszła za mąż za Kuna Aguero. Dodam, że miał tez syna urodzonego w 1986 roku, do którego początkowo się nie przyznawał. Lekarze kilka razy go ratowali, ale uzależnienie od narkotyków zwyciężyło.
Zmarł 25 listopada 2020 na zawał serca, organizm nie wytrzymał trybu życia jaki prowadził, w tym samym dniu co George Best (59 lat) piętnaście lat wcześniej, w podobnym wieku. Geniusz i oszust zarazem, co pokazuje niezapomniany mecz z Anglią na Mistrzostwach Świata w 1986 – najpierw strzelił gola ręką, ewidentne oszustwo, ale autor sprytnie nazwał je w wywiadzie „ręką boga”, a trzy minuty później przedryblował sześciu zawodników strzelając najpiękniejszą bramkę w historii Mistrzostw Świata. Dzisiaj w erze VAR, w erze kamer, świetnie wyszkolonych arbitrów mógłby dostać za pierwsze zagranie żółtą kartkę. Byłby też bardziej chroniony przez arbitrów, aby piłkarze formatu „Rzeźnika z Bilbao” (Andoni Goikoetxea) nie połamali mu kostki. W Serie A także trwało polowanie na jego nogi, bo tylko tak można było go zatrzymać. Choć historia pokazała, że najlepszym defensorem Diego został on sam.
Ciekawe jakby wyglądałaby jego kariera, gdyby prowadził się jak Cristiano Ronaldo, choć oczywiście Argentyńczyk nie nadawał się na taki reżim. Zdrowy, silny, długowieczny piłkarz z takim talentem? Bez reżimu i tak stał się piłkarzem z innej planety. Wygrał Mistrzostwo Świata 1986 ze słabą Argentyną, a najczęściej porównywalny z nim Leo Messi z mocną Argentyną był zaledwie w finale. Czy był najlepszym piłkarzem w historii? Na pewno najlepszym piłkarzem turniejowym. Co ciekawe był także selekcjonerem najlepszego piłkarza, bo spotkali się z Messim cztery lata wcześniej na Mistrzostwach Świata w RPA. Maradona przegrał w ćwierćfinale 0-4 z Niemcami mając niesamowity potencjał w kadrze wygrywając wcześniej wszystkie spotkania. Skład z tamtego meczu:
Sergio Romero – Nicolas Otamendi (70. Javier Pastore), Martin Demichelis, Nicolas Burdisso, Gabriel Heinze – Maxi Rodriguez, Javier Mascherano, Angel Di Maria (75. Sergio Aguero) – Lionel Messi, Carlos Tevez, Gonzalo Higuain.
Maradona nie był moim piłkarskim idolem, ale był idolem moich idoli. Pamiętam jak przez mgłę Mundial 1994 i jego bramkę z Grecją, chociaż mało kto pamięta, że hat-tricka w tamtym meczu strzelił wtedy Gabriel Batistuta. Notabene tamta Argentyną też była niesamowita:
Luis Islas – Jose Chamot, Roberto Sensini, Oscar Ruggeri, Fernando Caceres – Fernando Redondo, Diego Maradona (83. Ariel Ortega), Diego Simeone – Claudio Caniggia, Gabriel Batistuta, Abel Balbo (80. Alejandro Mancuso)
Tacy zawodnicy jak Diego fascynują ludzi, którzy często początkowo z ciekawości zakochują się w futbolu. Był najlepszym zawodnikiem w latach 80-tych, ale w klubie nie czarował tak, jak na największych imprezach. Dwa mistrzostwa Włoch i dwa wicemistrzostwa dla biednego Neapolu było wszystkim, zwłaszcza, że Serie A była zdecydowanie najlepszą ligą świata. Indywidualne raz był królem strzelców z 15 bramkami, co jest nieporównywalne przy osiągnieciach w latach lat 10-tych Cristiano Ronaldo i Messiego. W europejskich pucharach zdobył Puchar UEFA, czyli lepszy odpowiednik dzisiejszej Ligi Europy. Przegrywał też dwukrotnie w pierwszej rundzie i dwukrotnie w 1/8 finału z Werderem i Spartakiem Moskwa. Przez pięć lat w pucharach strzelił zaledwie pięć bramek (!).
Nie osiągnął też sukcesów w FC Barcelonie, choć miał znakomite wejście do ligi zdobywając Puchar Króla i Puchar Ligi Hiszpańskiej zostając czwartym piłkarzem świata 1983 w plebiscycie World Soccer (największe plebiscyty długo klasyfikowały jedynie Europejczyków; wtedy za Zico, Michelem Platinim i Falcao). Po kontuzji w 1985 był trzeci (za Platinim i Prebenem Elkjaer-Larsenem), 1986 pierwszy, 1987 drugi (za Ruudem Gullitem), 1988 szósty (za Marco van Bastenem, Gullitem, Frankiem Rijkaardem, Ronaldem Koemanem, Oleksiym Mykhaylychenko), 1989 czwarty (za Gullitem van Bastenem i Bebeto), 1990 trzeci (za Lotharem Matthausem i Salvatorem Schillacim). Czy kolejno był: 4,-,3,1,2,6,4,3. Dla porównania brazylijski Ronaldo od 1996 był kolejno 1, 1, 3, -, -, -, 1, 6, a Ronaldinhio od 2002: 10, -, 1, 1, 4, 10; nie wspominając o Leo Messim i Cristiano Ronaldo. Oczywiście, gdyby nie piętnaście miesięcy dyskwalifikacji w 1991 za posiadanie pół kilograma kokainy… A kontakt z nielegalnymi substancjami zaczął w Barcelonie w sezonie 1982/83, gdy kontuzje i brak treningów przyciągnęły go do imprez i narkotyków. Gdy rok później trafił do siedziby Camorry był już zupełnie uzależniony. Zaskakujące, że przez sześć lat uzależnienia, osiągnął w piłce tak dużo – to najbardziej świadczy o skali jego talentu.
W Argentynie po śmierci legendy prezydent kraju ogłosił trzy dni żałoby. Świat piłki płacze, po być może najbardziej utalentowanym piłkarzu w historii, a na pewno najlepszym zawodnikiem Mistrzostw Świata. Stylem gry najbardziej przypomina go Messi, który prowadzi się zupełnie inaczej. Argentyńczycy Maradonę traktowali jak boga w przeciwieństwie do Messiego, neapolitańscy także. Kontrowersyjny, wybitny, wyjątkowy. Odeszła legenda.
Fot. AP

W El Clasico znowu triumfuje Zidane, a bohaterem Ramos

Zapowiadane jako najsłabsze El Clasico od lat okazało się niezłym widowiskiem, oczywiście nie przesadzałbym z zachwytami, bo bez wielkich postaci nie ma wielkich spektaklów. Mieliśmy momentami dobre tempo, a przez indywidualne błędy dużo się działo. W ósmej minucie było już 1-1, choć, gdy wcześniej padła bramka po strzale Fede Valverde wydawało się, że Barcelona się nie podniesie. Były kontrowersje na VARze, bo ewidentna podcinka Casemiro na Leo Messim nie została zakwalifikowana jako karny, a gdy Barcelona grała lepiej od rywala, Clement Lenglet pociągnął za koszulkę Sergio Ramos, który sprytnie się przewrócił w polu karnym. Dla jednych był karny, dla drugich nie był, ale ja od meczu Polska – Austria na Euro 2008 i ciągnięcia za koszulkę Sebastiana Proedla przez Mariusza Lewandowskiego uważam, że tak się nie robi. Po meczu Casemiro i Lenglet dostali słusznie najsłabsze noty.

A jakie były pozytywy? Wspomniany Ramos to zawodnik meczu i to nie tylko za spryt i gola po faulu na nim. Świetnie kierował obroną Realu i poza jedną akcją trio Lionel Messi – Jordi Alba – Ansu Fati, nie popełniła ona więcej błędów. Fajnie, że niespełna 18-tek Fati strzela gola, a ponadto przypomniał o sobie Luka Modrić, który dobił rywali w 90 minucie. Chorwat przegrywa rywalizacje o jednastke z bardzo dobrymi tego dnia Tonim Kroosem i Valverde.

Po meczu znowu przypomniano o problemach Barcelony, zapomniano natomiast o możliwej dymisji Zidane. Znowu Messi nie strzelił bramki w klasyku, a dokładniej od 900 dni. Probował on ryblingów, ale po stracie drugiej bramki przesłało mu się chcieć. Zidane z kolei jako trener nie przegrał z odwiecznym rywalem.

Barcelona czeka na cud, wielu zawodników jest bez formy i zwycięstwo z Ferencvarosem 5-1 nic nie znaczy w starciu z silniejszym rywalem. Problemem jest słaby Lenglet, nienadążający za Valcerde Sergio Busquets i brak napastnika. Okres transferowy został przespany, ale bliżej prawdy jest określenie, że ogromne długi nie pozwoliły wzmocnić kadry. Dembele z Griezmannem zagrali 16 minut a kosztowali razem 250 mln euro. To także kosztowna porażka Ronalda Koemana, który w takich meczach może przekonać do siebie kibiców, z którymi ma pod górkę. Na pewno obraz gry uległby zmienie, gdyby sędzia wskazałby rzut karny na Messim. Ale on nawet nie sprawdził VARu. Zidane z kolei prosił po ostatnim meczu z Szachtar Donieck o czas. Trzy dni i nikt nie pamięta wpadki z Ligi Mistrzów.

Europa odjechała najlepszym klubom z Hiszpanii, a przed nami najsłabsze #ElClasico od lat #FCBREA

El Clasico tuż za zakrętem – to pierwsze starcie najbardziej utytułowanych klubów bez kibiców i niestety nie z tą magia, co kiedyś. Przede wszystkim forma obu drużyn jest daleka od tej, do której Barcelona i Real Madryt przyzwyczaiły przez lata. Obecne drużyny mają liderów za górką i nie do końca wychodzi im przebudowa. Transfery młodych zawodników okazały się nie trafione (Ousmane Dembele, Rodrygo, Luka Jović) i mimo upływu lat nadal Leo Messi, Gerard Pique, Karim Benzema i Sergio Ramos znaczą w szatni najwięcej, z mocno nierówną formą.

Real i Barcelona przypominają mi schyłek wielkiego Milanu Carlo Ancelottiego, gdzie nie wprowadzono w odpowiednim czasie młodych zawodników i upadek był bolesny. Milanu dzisiaj na wielkiej Europejskiej scenie nie ma, a po odejściu Carlito zespół miał jeszcze chwilowy szczyt w pierwszy sezonie Massimiliano Allegriego (mistrzostwo 2010/11) ale potem przestał się liczyć w grze o Ligę Mistrzów, z której zniknął sześć lat temu. Daleki jestem od wieszczenia końca obu klubów, ale historia pokazuje, że po czasie dominacji kluby później cieniują. Na potwierdzenie tego, kluby z Hiszpanii nie są po raz pierwszy od lat stawiane w gronie faworytów Ligi Mistrzów – Premier League uciekła, mamy wielki Bayern absolutnego faworyta, a także hegemonów w swoich krajach PSG j Juventus. Barcelona i Real nie są w stanie grać w takim rytmie i intensywności jak Bayern, Liverpool, nawet Atalanta, momentami City i PSG. Fizyczność, pressing, skrzydła, wejścia z II linii i „wertykalność” futbolu jest dziś trendem i ten trend odjechał klubom z Hiszpanii. W Realu problemem są spasione koty, w Barcelonie zaskakująco słaba kadra. Przez lata El Clascio to to rywalizacja najlepszych piłkarzy i najlepszych trenerów, ze szczytem przy rywalizacji Pepa Guardioli z Jose Mourinho, a przede wszystkim Leo Messiego z Cristiano Ronaldo. Dzisiaj trudno reklamować to starciem Messiego z Benzema, a na plakaty Ansu Fatiego i Viniciusa jeszcze za wcześnie.

Gdy kilka lat temu Barcelona wystawiała trio Messi, Luis Suarez, Neymar, Real prężył się z Cristiano Ronaldo, Benzema, Angel Di Maria i Gareth Bale. Starcie gigantów. Sprowadzone gwiazdy mundialu Antoine Griezmann i Eden Hazard zupełnie się nie sprawdziły, a po ostatniej porażce z Szachtarem Donieck, Zinedine Zidane gra o posadę. Przegrana na inauguracje Ligi Mistrzów z osłabionym z powodu covid19 rywalem (jedynie 13 zawodników z kadry było zdrowych), z którym do przerwy było 0-3, to wstyd dla (do niedawna) najlepszego klubu w Europie. Do tego Messi także jest jedną nogą poza klubem, gdy w pewnym momencie lata wydawało się, że odejdzie do Manchesteru City. Real jest w tabeli trzeci a Barcelona dziesiąta (i jeden mecz mniej) – to już nie ta sama magia co kiedyś i zapowiada się najsłabsze El Clasico od lat.

Braithwaite z 9, czyli coś poszło nie tak

Martin Braithwaite z numerem 9 to jedna z najdziwniejszych rzeczy jakie widziałem w Barcelonie. Od dzieciństwa śledzę ten klub, który miał lepsze (więcej) i gorsze (mniej) momenty. Były sukcesy i rozczarowania, głośne transfery i spektakularne wtopy, ale coś niedobrego stało się w klubie ze stolicy Katalonii. Ja rozumiem, że budżet się nie spina, że z uwagi na niegospodarność, ale oficjalnie powiedzą „covid” klub zanotował rekordowe straty. I w konsekwencji nie kupił zastępstwa za Luisa Suareza schodząc jedynie z kontraktów Suareza, Rakiticia, Vidala i Rafinha, w sumie na 70 milionów. Miał być Lautaro Martinez z Interu, później (głównie z uwagi na holenderski paszport nowego trenera Ronalda Koemana) nawet Memphis Depay z Lyonu, ale nie wypaliło.

Antoine Griezmann, Ousmane Dembele, Ansu Fati i Lionel Messi na papierze nie wyglądają źle, ale w praktyce to kolejno: spory zawód, pierwszy do sprzedaży, 17-latek i piłkarz czekający na koniec kontraktu. Wszystko pod wodzą nowego trenera, który znany jest z silnej ręki i tego, że nie idzie na kompromisy. To mi się nawet podoba, porządek z gwiazdorami. Chciałem Koemana do Barcelony 13 lat temu, przed trenowaniem Valencii, ale potem coś poszło nie tak z karierą trenerską holendra. A dzisiaj brak elastyczności przy kontakcie z piłkarzy może wysadzić drużynę od środka. I gdzieś tam pomiędzy wymienioną czwórką, z numerem 9 biegać będzie Duńczyk Braithwaite. Pięć lat temu z tym numerem grał Luis Suarez, a z jedenastką Neymar, dzisiaj jest Braithwaite i Dembele. Coś poszło ewidentnie nie tak.

Quique Setién za Ernesto Valverde, czyli jak porażka w najmniej ważnym Pucharze zmienia wszystko

Superpuchar Hiszpanii 2020 w Arabii Saudyjskiej okazał się dobrym kierunkiem, choć razi oczywiście dodawanie meczów w trakcie sezonu, bo dotychczas grano o to trofeum przed sezonem, gdzie nie zawsze były pełne składy i pełna motywacja. Fajnie, że w małym turnieju występuje Real z Barceloną, do tego Atletico i w uzupełnieniu Valencia, bo przecież ten ostatni klub obok Blaugrany wygrał grupę Ligi Mistrzów (drużyny z Madrytu były drugie). Niefajnie, że pomiędzy olbrzymią dawką spotkań w weekend, także w tygodniu mamy dodatkowe rozgrywki, przez co trzeba wybierać pomiędzy szlagierami.

Pierwszy mecz Barcelony z Atletico zakończył się zaskakująco, przede wszystkim dlatego, że najważniejsze rozegrało się po końcowym gwizdku sędziego. Barcelona dominowała praktycznie całe spotkanie, w pewnym momencie sędzia nie uznał bramki na 3-1 i stało się coś dziwnego. Nie po raz pierwszy Barcelona oddała wygrany mecz, przeciwnicy wyrównali po faulu Neto w polu karnym na Vitolo, a chwilę później w akcji sam na sam Ángel Correa pokonał Neto. Mistrz za burtą! Co ciekawe, mimo, że mamy do czynienia z najmniej ważnym z pucharów, to jednak porażka w półfinale wywołała piekło nad trenerem Barcelony. Mimo, że po meczu bronili go Leo Messi i Luis Suarez, mówiąc, że to oni przegrali, ale dla szefów klubu to było za dużo. Przypominano dwie porażki w Lidze Mistrzów w dość dziwnym stylu z Roma (4-1 i 0-3) oraz z Liverpoolem (3-0 i 0-4), które na nowo bolały, jak zerwanie strupa z głębokiej rany. Barcelona nie potrafi wygrywać ważnych, zwycięskich meczów, uchodzi z niej powietrze, a stracone gole wytrącają z równowagi. A przecież w nieco ponad dwa sezony Valverde poprowadził klub do zwycięstwa:
– dwa razy w La Liga (100%),
– Pucharze Króla,
– superpucharze.
Nieźle jak na przegranego trenera. Ale przecież nie wygrał Ligi Mistrzów. Zaskakująco podobnie wygląda porównanie z Pepem Guardiolą w Manchesterze City, który przez 3,5 roku wygrał:
– dwa razy w Premier League (66% ale za chwilę 50%),
– FA Cup,
– EFL Cup (2x),
– Tarczę dobroczynności.

Dlatego też, aby nie tracić kolejnego sezonu Barcelona po raz pierwszy od 17 lat zmienia trenera w trakcie (wtedy Louisa van Gaala zmienił Radomir Antić głównie dlatego, że Barca była 12sta w tabeli). Ma skończyć przegrywać w dziwny sposób, a przede wszystkim gra ma cieszyć oko. Bo brak stylu też był problemem Ernesto Valverde. Piękna gra jest ponad zwycięstwami, a przecież były one osiągane w czasach Zinedine Zidane’a. Francuski trener trzykrotnie triumfował w Lidze Mistrzów i zaledwie raz wygrał Mistrzostwo Hiszpanii. Motywował drużynę tylko na najważniejsze mecze, które były zwycięskie, czasem w samej końcówce.

Właśnie Zidane był trenerem, który w trakcie sezonu został zatrudniony w Realu w miejsce Rafy Beniteza 4 stycznia 2016. Już w pierwszym niepełnym sezonie wygrał najważniejsze z europejskich pucharów i właśnie takim bodźcem ma być dla piłkarzy nowy trener Quique Setién. Grający pięknie, nie zawsze wygrywający, ale wierny za wszelką cenę filozofii Johana Cruijffa, prawdziwy Barcelonista. W dodatku wielbi obecnych piłkarzy jak Busquetsa (poprosił rok temu o koszulkę z autografem) czy Messiego:

Powiedziałem Messiemu, by nie przechodził na emeryturę, dopóki będę żyć. Niesamowicie się go ogląda. Dałbym sobie uciąć palec, by grać w Barcy Cruyffa. Ten zespół zdefiniował mnie jako trenera. Dzięki Johanowi zrozumiałem, o co chodzi w futbolu i co mi się podoba.

To wszystko mówił, gdy był trenerem Betisu Sevilli. Tam było ofensywnie, co pamiętają także kibice… Barcelony. Setién w listopadzie 2018 wygrał na Camp Nou 4-3. Zawodnikom Barcy pod jego rządami będzie się grało lepiej i ofensywniej, Oczywiście istnieje zagrożenie, że trener, który wcześniej trenował co najwyżej w Las Palmas i właśnie Betis nie prowadzi sobie z wielkimi: gwiazdami, oczekiwaniami i presją. Ale czy tak nie mówiono, gdy ster przejmował Guardiola albo Zidane? Dzisiaj debiutuje z Granadą – rywalem niezbyt wymagającym, idealnym na przetarcie. Ale za tydzień na Estadio Mestalla będzie pierwszy test. Valverde zostawił drużynę na pierwszym miejscu i jak widać, nie będzie tolerancji na przegrane. Kontrakt z nowym trenerem został podpisany na 2,5 roku i wydaje się, że to optymalny czas przekonać się, czy najładniej grający trener w La Liga podoła zadaniu. Szczęścia od początku nie ma, bo kilka dni po przegranej z Atletico gruchnęła wiadomość, że Luis Suarez nie zagra do końca sezonu. Taki jest efekt pierwszego z półfinałów Superpucharu Hiszpanii.