Koszykarski Śląsk – meldunek 7: twierdza Wrocław zdobyta, zadebiutował Humphrey, ale obwodowi zagrali fatalnie

Śląsk rozpoczął piątka Kamil Łączyński, Dovoe Joseph, Maciej Wojciechowski, Aleksander Dziewa i Michał Gabiński. To już trzeci kolejny mecz z taką piątką, co pokazuje hierarchię w zespole i styl gry. Być może się to zmieni, bo w składzie po raz pierwszy pojawił się Michael Humphrey i docelowo powinien grać obok Dziewy. Mecz zaczął się nerwowo – najpierw trafił Dziewa po zagraniu z Łączyńskim, ale spudłował w trzech kolejnych akcjach w konfrontacji z Adamem Łapetą. W Kingu mocno zaczął Paweł Kikowski – trafił z osobistych, po indywidualnej akcji i podawał do Bena McCauley’a. Śląsk grał nieskutecznie z daleka, grę przełamał Chrabascz, ale drużyna zdobyła sześć punktów w prawie siedem pierwszych minut – tyle samo co McCauley. Pod koniec zobaczyliśmy dobre zagranie tyłem do kosza Chrabascza i klasykę kontrataków Śląska – przyspieszenie z piłką coast to coast Wojciechowskiego. W drugiej kwarcie szybko Olek Dziewa poprosił o zmianę, trudno się 21-latkowi broniło Łapetę i McCauley’a, a w jego miejsce pojawił się Humphrey. W pierwszej akcji obronnej wyszedł pomagać koledze, ale nie wrócił w porę za przeciwnikiem i nie dostał pomocy pod koszem, tak jak z Dąbrowa Górniczą mieliśmy problem z grą pod bronioną tablicą. Najlepszy strzelec wrocławian, Joseph swoje pierwsze punkty zdobył pod koniec drugiej kwarty z trudnej pozycji, chwilę poniżej trafił ponownie, poprawił Wojciechowski i mieliśmy na zegarze rekordową przewagę 36-27. Niestety rywale trafili kolejnych pięć punktów i na przerwę schodziliśmy z prowadzeniem 36-32. Druga kwarta wygrana 21-15, była dużo lepsza niż pierwsza. Do przerwy Wojciechowski zdobył 12 punktów, 9 Chrabascz, a 7 Dorn grając w swoim tylu na sile. Dla przeciwników 10 punktów zdobył Cleveland Melvin, a 8 McCauley. Na minus postawa naszych liderów – Aleksander Dziewa trafił 1/7 z gry i miał cztery zbiórki, Kamil Łączyński nie miał punktu i zaliczył jedną asystę.

Trzecia kwarta była popisem gości, którzy grali zbilansowanym atakiem – trafiał kolejno Kikowski, Dustin Ware, Thomas Davis i McCauley. My odpowiedzieliśmy przez ten okres trójkami Josepha, Chrabascza i Gabińskiego, po której wynik brzmiał 47-48 dla gości. Od tego momentu przegraliśmy cztery ostatnie minuty kwarty 2-13 po niecelnych rzutach i bledach kozłowania (Dorn i Custer). Co ciekawe, całą kwartę na ławce przesiedział Adam Łapeta, a wrocławianie grając pod koszem Humphreyem, Gabińskim i Hrabasczem (dwójką z ich) przegrywali zbiórkę i obronę. W czwartej kwarcie bardzo dobre momenty miał Dorn, jak się okaże najlepszy zawodnik wrocławian, który rzucił pierwsze sześć punktów (w kwarcie 13), nie tylko wejściami na siłę, ale i rzutami z półdystansu. Nie potrafiliśmy zatrzymać przeciwników w obronie, znowu szalał Kikowski (w meczu 24 punkty) trafiający z każdej pozycji. Szczytem słabej gry wrocławian było nietrafienie Łączyńskiego (po przechwycie) kosza sam na sam, zresztą nasz kadrowicz pierwsze punkty zdobył na dwie minuty przed końcem meczu! Druga połowa to momentami festiwal rzutów słabych, niewykreowanych. Były momenty, gdy po dwóch kolejnych trafieniach można było nadrabiać straty, ale kończyło się to rzutami nieprzygotowanymi.
Wynik trzymał Kikowski, który utrzymywał mniej więcej 10 punktowe prowadzenie (maksymalnie 15) oraz Cleveland Melvin (19 pkt., 9 zb.), którego faulowaliśmy aż siedem razy.

Znowu było widać w Śląsku brak zagrywek, indywidualne akcje, brak zawodnika, który zabezpieczy obręcz. Wprowadzony przez trenera Mindaugasa Budzinauskasa McCauley (15 punktów i 8 zbiórek) był bardziej mobilny od Łapety, trafiał z dystansu, co także pokazało słabość naszych wysokich. Oczywiście, mamy nowy zespół po awansie z pierwszej ligi, głównie młodych zawodników, ale po runie 2-13 byli oni pogodzeni z porażką. Słabo grał Łączyński (4 pkt., 4 as.), Wojciechowski zdobył po przerwie dwa punkty, Custer żadnego, a Joseph grając prawie 28 minut zdobył 10 punktów i cztery straty, a przecież jest kreowany na lidera i najbardziej doświadczonym zawodnikiem. Bez zmian personalnych nie ma możliwości grania o najlepszą ósemkę; przykład Stali Ostrów jest radykalny (zmieniono trenera Jacka Winnickiego i zwolniono połowę składu), ale bez combo-guarda i twardego środkowego Śląsk (mamy drugą najsłabszą zbiórkę w lidze, jedynie przed HydroTruckiem) będzie częściej przegrywać niż wygrywać. 11 asyst na 73 zdobyte punkty, tylko 38% z gry (28/73) wobec słabo dysponowanych za trzy rywali (2/14) skończyło się przegraną dziesięcioma punktami u siebie.

Śląsk Wrocław – King Szczecin 73:83
Śląsk: Torin Dorn 22 (1), Maciej Wojciechowski 14 (1), Andrew Chrabascz 12 (1), Devoe Joseph 10 (2), Aleksander Dziewa 6, Kamil Łączyński 4, Michał Gabiński 3 (1), Michael Humphrey 2, Clayton Custer 0

Relacje z pozostałych spotkań Śląska:

Koszykarski Śląsk – meldunek 6: z Dąbrowy Górniczej na tarczy

Koszykarski Śląsk – meldunek 5: ostre rzucanie na inaguracje (z Hydrotruckiem)

Koszykarski Śląsk – meldunek 4: co wiemy po memoriale Adama Wójcika

Koszykarski Śląsk – meldunek 3: dwa sparingi z Pardubicami i trzech debiutantów

Koszykarski Śląsk – meldunek 2: sparingi ze Spójnią i Stalą

Koszykarski Śląsk – meldunek 1: nowy trener, nowy lider i pierwsi Amerykanie

Koszykarski Śląsk – meldunek 6: z Dąbrowy Górniczej na tarczy

Drugi mecz sezonu regularnego Śląsk zaczął piątką: Kamil Łączyński, Devoe Joseph, Mathieu Wojciechowski, Aleksander Dziewa i Michał Gabiński, Dla Wojciechowskiego i Gabińskiego był to powrót do Dąbrowy Górniczej, w której grali w poprzednim sezonie. Dąbrowa Górnicza podobnie jak Śląsk, rozpoczęła sezon od zwycięstwa – po dogrywce zwyciężyli GTK Gliwice, a w meczu zdobyli 105 punktów tracąc 102. To zapowiadało nam ostre strzelanie i dobre widowisko. Na początku było słabo – przeciwnicy grali indywidualnie, trafiali dużo rzutów z daleka – nawet z dziewięciu metrów, było widać, ze Gabiński nie potrafi przejmować po zasłonach, za dużo daje miejsca, z kolei gdy wychodzi na obwód, nikt je przejmuje i są łatwe punkty. Jego zmiennik, Andrew Chrabaszcz dobrze broni pod tablicą, jednak nie potrafi rozegrać pick-and-rolla (nie ścina pod kosz), a taką akcje rozegrał choćby Clayton Custer z Gabińskim. Pomysł z rozciąganiem gry widać było od początku, co prawda Łączyński potrafi sobie wykreować pozycję, ale szuka partnerów na sile. Był moment, kiedy co trzy posiadania Śląsk mógł rzucać za trzy punkty wysokimi, którzy oddawali piłkę kolegom, a czasem Aleksander Dziewa wchodził dynamicznie pod kosz, co zwykle kończyło się punktami lub faulem przeciwnika. Niestety zarówno Gabiński jak i Chrabaszcz, nie dają mu zasłon przy wejściach, często stoją wtedy pasywnie na obwodzie, co przekreśla szanse na zbiórkę w ataku. Z drugiej strony Maciej Wojciechowski znakomicie czuje się w szybkich wejściach, więc podkoszowi rozciągając grę, robią mu miejsce. W pierwszej kwarcie Robert Johnson zanotował 9 pkt., 3 zb. i 3 as. i był wyraźnie lepszy od kryjącego go Devoe Josepha, który podobnie jak koledzy zagrali słabo. Znakiem rozpoznawczym była nieudana akcja Śląska czterech na dwóch z kontrataku, po której przeciwnicy zdobyli siedem punktów z rzędu. Na szczęście dla Wrocławian, w tym fragmencie lider gospodarzy Dominic Artis nie zdobył punktu, grał samolubnie, w przeciwieństwie do pierwszego meczu z GTK, kiedy zaliczył 32 punkty, 7 asyst i 4 zbiórki. MKS cały czas zdobywała punkty po rzutach z dystansu (8/11 za trzy w pierwszej połowie, nawet 20-letni Konrad Dawdo trafił dwukrotnie), zdecydowanie za dużo miejsca zostawiali na obwodzie wysocy, którzy przejmując zawodnika po zasłonie dawali za dużo miejsca – Chrabaszcz lepiej radzi sobie przy obronie obręczy, niż trójki, a zgodnie z taktyką trenera Andrzeja Adamka dwóch z trzech wysokich gra zawsze, przy dobrze dysponowanych rywalach Śląsk stracił w pierwszej połowie 49 punktów. W drugiej kwarcie zaczęli zdobywać punkty Amerykanie – Joseph trafiał z dystansu, a Torin Dorn zagrał kilka skutecznych akcji na siłę – obecność tej dwójki oznacza siedzenie na ławce Wojciechowskiego – obecnie nie ma pomysłu na tą trójkę razem na parkiecie. Po raz kolejny okazało się, że Custer to raczej dwójka niż jedynka, bo podwajany traci piłkę na rozegraniu, a z kolei wykreowany trafia za trzy punkty. Połowę przespał Łączyński, bo 3 punkty zdobyte efektownym step back oraz dwie asysty to za mało. Ogółem mało otwartych pozycji, mało zespołowej gry – Śląsk przegrał połowę 44-49.

Druga połowa zaczęła się bardzo dobrze, widać było, że Łączyński chce grać z Dziewą, a w obronie zaczęliśmy odcinać strzelców, choć przebudził się Artis. Odpowiedział Łączyński rzutem za trzy z rogu boiska i dwójką przed Artisem, podobnie jak Joseph zaczął grać jak lider i także trafił z mocnym kryciem. Śląsk zaczął gonić wynik, pomogły w tym trzy faule Bryce`a Douviera i posadzenie go na ławce. Dalej świetnie grał Dziewa, który zbierał, blokował, przechwycił – imponująco jak na debiutancki sezon w Tauron Basket Lidze. Gdy Wojciechowski trafił za trzy, było 67-65 dla WKS, a po wejściu Custera nawet 69-65. Jednak po dwóch głupich stratach Śląska, kwarta skończyła się wynikiem 69-72. Wspomniany Artis na koniec trzeciej kwarty miał 6 punktów i 3 asysty, w porównaniu do meczu GTK czy sezonu 2017–2018 (grał do stycznia) w barwach Czarnych – średnio 15 pkt., 5 zb., i 6 as. słabo. Czwartą kwartę otworzył Łączyński rzutem za trzy, ale przebudził się Artis trafiając dwa razy za trzy punkty. Czwarta kwarta to był koncert gry tego zawodnika, potrafił zabrać piłkę Josephowi, zdobył osiem punktów z rzędu, co oznaczało dużą kontrolę gry. Joseph zmniejszył prowadzenie trójką na pięć punktów, przebudził się także Wojciechowski, który imponuje grając w kontraktach, ale np. za rzadko rzuca za trzy punkty. Gry Joseph w obronie zabrał piłkę Artisowi, z ośmiu punktów przewagi zrobiło się trzy. Gdy chwilę później trzecią trójkę w meczu Bryce Douvier (20 pkt. w meczu), na tablicy wyników było 84-88 i niespełna cztery minuty do końca. Widać było, że Gabiński nie nadaje się na długie granie i pod koniec nie ma siły , zmienił go Dziewa, który zdobył (jak się okaże) osiem z ostatnich dziesięciu punktów Sląska, świetnie wyglądając w pick and rollach z Łączyńskim i Wojciechowskim. Gdy wynik brzmiał 92-94 piłkę stracił Artis (18 pkt. w meczu), którą przechwycił.. Dziewa i od razu podał do Dorna, który chciał zagrać kontratak z Josephem, ale podał wprost w ręce Tavariusa Shine`a na 12 sekund do końca. Sfrustrowany Wojciechowski faulował niesportowo Shine`a (15 pkt. w meczu) i po dwóch trafionych rzutach dalej piłka była po stronie MKS. Po dwóch celnych Roberta Johnsona (20 pkt. w meczu), w odpowiedzi Dziewa ustalił wynik na 94-98.

MKS Dąbrowa Górnicza – Śląsk Wrocław 98:94
Śląsk: Devoe Joseph 18 (4), Aleksander Dziewa 18, Maciej Wojciechowski 14 (1), Kamil Łączyński 13 (3), Clayton Custer 11 (2), Torin Dorn 9, Michał Gabiński 6, Jakub Musiał 3 (1), Andrew Chrabascz 2

Relacje z pozostałych spotkań Śląska:

Koszykarski Śląsk – meldunek 5: ostre rzucanie na inaguracje (z Hydrotruckiem)

Koszykarski Śląsk – meldunek 4: co wiemy po memoriale Adama Wójcika

Koszykarski Śląsk – meldunek 3: dwa sparingi z Pardubicami i trzech debiutantów

Koszykarski Śląsk – meldunek 2: sparingi ze Spójnią i Stalą

Koszykarski Śląsk – meldunek 1: nowy trener, nowy lider i pierwsi Amerykanie

Koszykarski Śląsk – meldunek 5: ostre rzucanie na inaguracje (z Hydrotruckiem)

Inauguracja sezonu Tauron Basket Liga 2019/20 miała miejsce we Wrocławskiej Orbicie, mieście szczególnym dla koszykówki w Polsce – mowa przecież o 17-krotnym mistrzu Polski, który po trzech latach wraca do najwyższej klasy rozgrywkowej. Mecz transmitowała telewizja Polsat, która w tym sezonie na kanwie sukcesu koszykarzy, będzie miała po cztery transmisje (TUTAJ). Śląsk przystępował do spotkania niepewny swoich umiejętności – w sparingach było rożnie przegrywali z Pardubicami (TUTAJ), Ostrowem (TUTAJ), a w Memoriale Adama Wojcika dwukrotnie ulegli rywalom (TUTAJ). Od Memoriału minęło cztery dni, a trener Andrzej Adamek do gry przeciwko Hydrotruckowi Radom desygnował zupełnie nowa piątkę – Kamil Łączyński, Devoe Joseph, Maciej Wojciechowski, Aleksander Dziewa i Michał Gabiński. Piątka eksperymentalna, na ławce został m.in. Torin Dorn, lider zespołu w sparingach, a w piątce wystąpił Devoe Joseph, który dotychczas najbardziej zawodził. Zaczęło się bardzo mocno, Śląsk grał niczym w transie – 80% skuteczności z gry i 59 punktów w pierwszej połowie – nikt z 1948 kibiców nie marzył nawet o takiej grze Wrocławian. Śląsk grał koncertowo – trafiał za trzy (w całym meczu 11/20) dominował na tablicach (31 vs 21), co nie zmieniło się także po przerwie. Odpalił Michał Gabiński, który wykorzystując pasywna grę w obronie i brak obrońcy na obwodzie, trafił dwie trojki i dwie prawie trojki, taz za trzy trafił nawet Andrew Chrabascz, co pokazuje, ile WKS miał miejsca. Wśród przeciwników jedynym zagrożeniem był Obie Trotter – 21 punktów z tego 5/7 za trzy, 5 asyst, a po przerwie dołączył do niego Carl Lindbom autor 22 punktów z tego 3/4 za trzy. Śląsk w drugiej połowie dalej dominował i trafiał, co prawda Kamil Łączyński grał mało (do przerwy najlepszy zawodnik), a Clayton Custer miał problemy z wyprowadzeniem piłki (5 strat w 17 minut), jednak ciężar zdobywania punktów wzięli na siebie – Dorn i Joseph. W sumie aż siedmiu zawodników Śląska trafiło dziesięć i więcej punktów. Śląskowi wychodziło w tym meczu wszystko, czasem trafia się mecz, w którym siedzi wszystko – 89% za jeden, 77% za dwa i 55% za trzy. Świetnie zagrali także Aleksander Dziewa oraz Maciej Wojciechowski, a Torin Dorn zaliczył double-double. Na minus – rozgrywanie Custera, kontuzja kolana w czwartej kwarcie Chrabascza i zaledwie sześc zbiorek w ataku (6 vs 10). Pasywnie w obronie graliśmy przy rzutach z daleka, być może to rozluźnienie, bo największe prowadzenie wynosiło w tym meczu 27 punktów. Finalnie Śląsk stracił 95 punktowi z drużyną, która w tym sezonie nie będzie bić się o play-offy, dlatego ostrożnie należy podchodzić do szans w tym sezonie. Dodam, ze Michael Humphrey w dalszym ciągu nie gra, choć pod koniec mecz trener Adamek dał pograć Tomaszowi Żeleźniak i Jakubowi Musiałowi.

Śląsk Wrocław – Hydrotruck Radom 111:95
Śląsk: Devoe Joseph 18 (3), Torin Dorn 17, Aleksander Dziewa 16, Maciej Wojciechowski 15 (2), Kamil Łączyński 15 (2), Michał Gabiński 12 (2), Andrew Chrabascz 10 (1), Clayton Custer 5 (1), Michał Jodłowski 3, Tomasz Żeleźniak 0, Jakub Musiał 0.

Koszykarski Śląsk – meldunek 4: co wiemy po memoriale Adama Wójcika

Koszykarski Śląsk – meldunek 3: dwa sparingi z Pardubicami i trzech debiutantów

Koszykarski Śląsk – meldunek 2: sparingi ze Spójnią i Stalą

Koszykarski Śląsk – meldunek 1: nowy trener, nowy lider i pierwsi Amerykanie

Startuje sezon 2019/20 #EBL – trzy powody, dla których to będzie najlepszy sezon od lat

Suzuki Superpuchar Polski 2019 inauguruje sezon 2019/20 w Energa Basket Liga. Sezon wyjątkowy, bo od dawna nie mieliśmy takiego zainteresowania w EBL/TBL/PLK. Niesamowity boom na koszykówkę, który przyniosły mistrzostwa świata i występ Polaków – po raz pierwszy od 22 lat się nie wstydziliśmy ich występów. Kibice zainteresowali się koszykówką na nowo, część odświeżyła sobie nazwiska, bo wielu skończyło się interesować, gdy na parkietach występowali Maciej Zieliński czy Andrzej Pluta. Fanatycy koszykówki przez lata czekali na kopa dla tej dyscypliny, mieli dość bycia w cieniu siatkówki czy piłki ręcznej, czekali przede wszystkim na pokolenie, które zapewni sukces. EBL w tym sezonie reklamuje się jako ligę, w której występuje aż siedmiu zawodników z kadry Mike’a Taylora. Z tego powodu ci, którzy kibicowali naszym w meczach z Chinami czy Rosją, sprawdzą pierwsze kolejki, aby zobaczyć jak sobie radzą reprezentanci:

Adam Hrycaniuk (Arka)
Damian Kulig (Polski Cukier)
Karol Gruszecki (Polski Cukier)
Aaron Cel (Polski Cukier)
Michał Sokołowski (Anwil)
Łukasz Koszarek (Stelmet)
Kamil Łączyński (Śląsk)

Blisko kadry byli także Lukasz Kolenda (Trefl) oraz Maciej Wojciechowski (Śląsk), którzy niewykluczone zagrają w meczach eliminacji mistrzostw europy w lutym. Siedmiu Polaków to lokomotywa transmisji w telewizji, których będzie aż cztery w kolejce na kanałach Polsatu oraz cztery w serwisie emocje.tv, to także lokomotywa do hal, bo Polacy kochają zwycięzców i chętnie sprawdza jak maja się ich ulubieńcy.

Nowy sezon przynosi dwie nowe gwiazdy, które nie zagrały jeszcze minuty na parkietach EBL – Tony Wroten i Ricky Ledo mają zostać najlepszymi obcokrajowcami nowego sezonu, dominować niczym para James Florence/Josh Bostic w poprzednim sezonie w Arce Gdynia. Anwil na papierze ma niesamowity skład, jest to najlepsza drużyna od czasów wielkiego Prokomu Sopot. Dwukrotni obrońcy trofeum stracili kilku zawodników (m.in. Ivan Almeida, Jarosław Zyskowski, Kamil Łączyński, Aaron Broussard, Josip Sobin), ale przyjście zawodników wyróżniających się w Eurolidze (Ledo) czy NBA (Wroten), plus przyjście najlepszego polskiego zawodnika ligi – Michała Sokołowskiego oraz wyróżniającego się w Legii Jakuba Karolaka to prawdziwe hity. Oprócz wspomnianych zawodników, z kadrowiczów barwy zmienili Adam Hrycaniuk, który trafił do Arki, a z szerokiego składu do Anwilu trafił jeszcze Krzysztof Sulima, a Maciej Wojciechowski do Śląska.

Powrót Śląska Wrocław to także wydarzenie, choć od ostatniego mistrzostwa minęło 17 lat i nikt nie wspomina… 18-tki. Polska koszykówka potrzebuje silnych ośrodków w dużych miastach, ale należy zaznaczyć, że powrót do ekstraklasy Legii Warszawy nie zmienił układu sił. Od kilku sezonów liczą się mniejsze miasta, jak Zielona Góra, Ostrów Wielkopolski, Gdynia, Toruń czy Włocławek. Śląsk pozyskał dwóch zawodników szerokiej kadry reprezentacji Polski, ale ciężko im będzie powalczyć o ósemkę. Drużynę buduje się latami, liczy się budżet i kontynuacja, wiec najprawdopodobniej o najwyższe laury powalczą ponownie Anwil i Polski Cukier, Arka wydaje się zespołem numer trzy, a o czwarte miejsce powalczą Stelmet i Stal Ostrów. Jedna i druga drużyna zmieniła trenera i dzisiaj szkoleniowcy tych zespołów odpowiednio Zan Tabak oraz Jacek Winnicki wydają się największymi atutami. Zwłaszcza, że obie drużyny przeszły spore przemeblowania – Stelmet upuścili Sokołowski i Hrycaniuk, a Stal Mateusz Kostrzewski, Mike Scott (trafił do Utah Jazz!) i Shawn King (2 liga Francji).

Wiele transmisji, kadrowicze i gwiazdy w Anwilu – to maja być lokomotywy wzrostu zainteresowania Energa Basket Ligi, która dawno nie miała się tak dobrze.

Odejście Jamesa Florence`a to duża strata nie tylko dla Arki Gdynia

James Florence po trzech imponujących sezonach w Energa Basket Lidze, opuszcza Polskę i przenosi się do Libanu. Niestety dzisiaj najlepsze polskie drużyny nie są w stanie rywalizować z pensjami nie tylko z zachodnią Europą, ale także krami leżącymi w Azji, które nie kojarzą się jednoznacznie z koszykówką.

Florence zaczynał przygodę z PLK grając w Stelmecie i długo nie grał najważniejszych ról. Odpalił dopiero w finałach PLK 2017 zdobywając mistrzostwo i nagrodę MVP Finałów. Wcześniej nie spełniał oczekiwań i często nie mieścił się w pierwszej piątce drużyny Artura Gronka. W finałach zdobywał średnio 16,4 punktu i 3,2 asysty na mecz, ponadto w jednym z meczów trafił osiem trójek (wyrównując rekord finałów), a w całej serii finałowej 17 trójek przy 50 procentowej skuteczności. W kolejnym sezonie już jako zawodnik pierwszej piątki, najlepszy mecz rozegrał w półfinałach play-off z Anwilem rzucając 34 punkty w tym siedem trójek, którą ostatecznie Stelmet przegrał. To taki typ zawodnika, który najlepiej gra w najważniejszych meczach, dlatego po sezonie sięgnęła po niego Arka Gdynia mająca mistrzowskie ambicje wracając także do europejskich pucharów. Z perspektywy sezonu być może był to błąd, ponieważ w EuroCup zaprezentowała się fatalnie, wygrywając zaledwie jeden z dziesięciu meczów (z Limoges u siebie)  W sezonie regularnym niespodziewanie zdobyła pierwsze miejsce, przed Polskim Cukierem Toruń, Stelmetem Enea BC Zielona Góra i Anwilem Włocławek. James Florence w sezonie regularnym grał świetnie, wizytówką było spotkanie wyjazdowe z King Szczecin, w którym zdobył 35 punktów trafiając 10 trójek, był szóstym strzelcem ligi i zdobył tytuł MVP sezonu regularnego.

Play-offy dla Arki zaczęły się planowo – od dwóch zwycięstw z Legią Warszawa, jednak później zaczęło się coś dziwnego. Być może zmęczenie, rozkojarzenie, ale Legia wygrała dwukrotnie i tylko w tej parze grano decydujący piaty mecz, ostatecznie zwycięski dla Arki. W półfinale z Anwilem, Arka także wygrała dwa pierwsze mecze, ale na początku trzeciego meczu, kontuzji stawu skokowego doznał Robert Upshaw – kluczowy środkowy Arki. Arka przegrała mecz numer trzy, a 38 punktów Jamesa Florence`a w czwartym meczu także nie dało zwycięstwa. Drugi raz musiała grać piąte spotkanie, a w nim Florence zawiódł. Zakończył spotkanie z dziewięcioma niecelnymi rzutami i ośmioma asystami (wszystkie w pierwszej połowie), co finalnie oznaczało przegraną i odpadnięcie, mimo 37 punktów Josha Bostica. Z perspektywy całego sezonu, duet James Florence/Josh Bostic to jedno z najciekawszych zjawisk w lidze od co najmniej dziesięciu lat, co widać w głosowaniu na MVP sezonu regularnego:

James Florence (Arka Gdynia) – 53 głosy,
Josh Bostic (Arka Gdynia) – 38,
Michał Sokołowski (Stelmet BC Zielona Góra) – 21,
Robert Lowery (Polski Cukier Toruń) – 17,
Cleveland Melvin (MKS Dąbrowa Górnicza) – 8,
Aaron Cel (Polski Cukier Toruń) – 5,
Markel Starks (Stelmet Enea BC Zielona Góra) – 1,
Joe Thomasson (TBV Start Lublin) – 1.

Z Gdyni odchodzi zawodnik, który przez trzy lata zdobył mistrzostwo, MVP sezonu i MVP finałów. Ostatnim jego spotkaniem był rewanżowy mecz o trzecie miejsce ze Stelemetem, w którym rzucił 33 punkty. Aby zdobyć medal, Arka musiała odrobić 18 punktów straty z pierwszego spotkania, zwyciężyła 25 punktami.