Moje podsumowanie sezonu 2019/20 #plkpl

Zaskakująco zakończył się sezon 2019/20 w Energa Basket Lidze. Koronawirus zaprzepaścił wszystkim plany – klubom, zawodnikom i kibicom. Decyzja Prezesa PLK Radosława Piesiewicza o zakończeniu rozgrywek z punktu widzenia zdrowia zawodników (i pracowników klubów) była właściwa, ale pozbawiła ona wszystkim emocji. A ich w bieżącym sezonie nie brakowało.

Anwil Włocławek szedł po swoje three-peat niczym legendarny Śląsk 98-02, Prokom 04-12 i Stelmet 15-17, a raczej dopiero się rozpędzał celując z formą w play-offy. Wcześniej priorytetem była Europa, czego efektem było szóste miejsce z bilansem 5-9. Niby słabym, ale pięć ostatnich porażek zakrywa obraz wcześniejszej dobrej gry. Gdy pod koniec stycznia Joventut Badalona wykupił kontrakt Tony Wrotena, jasne było, że pokazywanie się w pucharach zostało zakończone i wraca kurs na ligę. Doszły kontuzje McKenziego Moore’a i Shawna Jonesa, ale ofensywna siła Anwilu w piątce Dowe, Simon, Ledo, Sokołowski (Freimanis) i Jones była ogromna, co pokazali w Pucharze Polski. A rozstawienie w przypadku Anwilu w ostatnich latach nie miało żadnego znaczenia.

2018/19 – 4 miejsce, mistrzostwo
2017/18 – 1 miejsce, mistrzostwo
2016/17 – 1 miejsce, ćwierćfinał
2015/16 – 3 miejsce, półfinał

Ostatecznie skończyło się na trzecim miejscu, które powinno stawiać Anwil w gronie przegranych sezonu. Celowanie w Europę, największy budżet, duet Ledo i Wroten, a personalnie najsilniejszy skład. Zdrowy Anwil w półfinale i finale byłby faworytem każdego zestawienia. Byłby.

Mistrzem Polski został (Eko) Stelmet Zielona Góra, drużyna w przeciwieństwie do poprzednich sezonów zbudowana z mniejszym rozmachem, gdzie główną rolę pełnił najlepszy trener sezonu Zan Tabak. Ściągnięty ze Startu Lublin Joe Thomasson, znakomity rozgrywający Ludde Håkanson, (spad) z Włocławka Jarosław Zyskowski i jedyny zarabiający o ponad 50000 PLN miesięcznie Drew Gordon, plus kilku zadaniowców (Ivica Radic – najlepszy rezerwowy, Tony Maier, Marcel Ponitka) i doświadczeni Łukasz Koszarek i Przemysław Zamojski byli zdecydowanie najlepszą drużyną w sezonie regularnym. Na play-offy zatrudnili George’a Kinga, który w ostatnim spotkaniu z MKS Dąbrowa Górnicza zdobył 19 punktów na dobrej skuteczności (64%) i 9 zbiorek. Był spory potencjał kadrowy, niesamowicie rozwinął się Zyskowski (także w roli lidera, średnie 15,7 pkt, 54% z gry, 3,5 zb., 1,6 as., 47% za trzy), a w przeciwieństwie do Anwilu – skład był bardzo zbilansowany. Szkoda, że nie doczekaliśmy się wielkiego finału, ale w sezonie regularnym było jednostronnie.

Stelmet – Anwil 101:77
Anwil – Stelmet 79:95

Największą sensacją jest srebrny medal Startu Lublin. Po latach śledząc medalistów z poszczególnych lat z zaskoczeniem będziemy czytac o drużynie Davida Dedka, która została świetnie zbudowana – każdy z czterech obcokrajowców był znaczącym zawodnikiem ligi i mógł być brany w pierwszych piątkach sezonu (Brynton Lemar, Tweety Carter, Martins Laksa, Jimmie Taylor). Do tego wysocy Kacper Borowski i Roman Szymański oraz Mateusz Dziemba z nagrodą największego postępu. Choć moim zdaniem bezapelacyjnie Zyzio ze Stelmetu.

Brak medalu dla Asseco Arki i Polskiego Cukru to także niespodzianka. Gdynianie przegapili moment na wzmocnienie składu, gdy kontuzji doznał Phil Greene. Łączenie pucharów z ligą, z 35-letnim Krzysztofem Szubarga na rozgrywaniu, względnie każąc rozgrywać Joshowi Bosticowi to nie były dobre decyzje. Podobnie jak ściągnięcie Adama Hrycaniuka, który na fali udanych mistrzostw Europy powrócił po sześciu latach do trójmiasta, ale indywidualnie był największym rozczarowaniem sezonu. A gdy wspomniany Greene doznał kontuzji zakontraktowano Armani Moore’a, który dawał sporo w obronie i mógł w decydujących momentach rozszerzyć ustawienie trenerowi Frasunkiewiczowi, ale potem skorzystał z większych pieniędzy w EWE Baskets Oldenburg. Duet Greene/Leyton Hammonds zawiódł, podobnie jak Ben Emelogu, który dawał wiele w obronie, ale w ataku Bostic nie miał odpowiedniego wsparcia. Te miał dać Kyndall Dykes sprowadzony za Emelogu, ale podobnie jak King w Stelmecie czy Moore z Anwilu nie miał okazji do pokazania się w decydujących meczach.

Polski Cukier jest najbardziej pokrzywdzoną drużyna, jeśli chodzi o przyjęte rozwiązanie. Mająca lepszy bilans procentowy niż Arka, a tyle samo porażek co Start i Anwil, z uwagi na mniejszą liczbę meczów usytuowano ich na miejscu piątym. A do pewnego momentu byli najlepszą drużyną ligi, w której duet Chris Wright & Keith Hornsby grał na poziomie MVP rozgrywek. Potem przyszły trzy porażki z rzędu z BM Slam Stal Ostrów, Anwil Włocławek i Legia Warszawa, które wyhamowały entuzjazm, mimo debiutu w tym sezonie Karola Gruszeckiego w tych meczach, bo reprezentant polski pierwsze występy w tym sezonie zanotował dopiero pod koniec grudnia. W lutym jeszcze w półfinale Pucharu Polski wygrywali ze Stelmetem po niesamowitej trojce Bartosza Diduszko. Z perspektywy sezonu mogło być zdecydowanie lepiej.

Największym rozczarowaniem sezonu jest sposób jego zakończenia. Bez wcześniejszych konsultacji, kluby postanowiły nie płacić zawodnikom za kontrakty. Z dnia na dzień zawodnicy zostali na ludzie, a jeśli nowy sezon zacząłby się w połowie września to oznacza półroczną przerwę w płatnościach. Zawodnicy zostali winni temu, że kluby są źle zarządzane, płacą z dnia na dzień, często z opóźnieniem, a decyzje argumentowano także brakiem wpływu z dnia meczowego. Z Amerykanami się udało, bo w dobie koronawirusa zgadzali się na rozwiązywanie kontraktów i powrót do USA. Co ciekawe, kluby dogadały się na jednogłośny komunikat:

Każdy z klubów Energa Basket Ligi poniesie duże straty finansowe. Równoznaczne jest to z brakiem możliwości wypłacenia pełnych kontraktów zawodników i trenerów za cały, wstępnie planowany, sezon 2019/2020.

Bardzo słabe rozwiązanie, które będzie miało swoje konsekwencje – nastąpią przetasowania kadrowe oraz będą ciągnęły się sprawy w BAT, czyli koszykarskim sądzie. Na pewno zmieni się sposób finansowania klubów – miasta będą miały inne wydatki, a firmy prywatne będą dwa razy oglądać wydane na promocje pieniądze. Ale skoro PZKosz pozwolił na funkcjonowanie klubów które ledwo dychają, nie wypłacają kontaktów na czas, a jeden/dwa miesiące bez meczów oznacza zupełny brak pieniędzy. Koszty funkcjonowania sa zbyt wysokie, zapewne najwięcej wydaje się na kontakty, bo zawodnicy są przepłacani. A jak widać, nawet te kontakty nie sa wypłacane. Dlatego najlepsi obcokrajowcy odejdą z EBL i być może przedsezonowa reforma, czyli rezygnacja z przepisu o dwóch Polakach w kolejnym sezonie sprawi, że będziemy grać swoimi.

Moje nagrody:

MVP – Jarosław Zyskowski – najlepszy zawodnik najlepszego zespołu.

Najlepszy Polski zawodnik – Jarosław Zyskowski.

Największy postęp – Jarosław Zyskowski.

Obrońca roku – Jimmie Taylor.

Trener – Zan Tabak (wyróżnienie: David Dedek).

Rozczarowanie roku indywidualnie – Adam Hrycaniuk (wyróżnienie: Kyle Weaver).

Rozczarowanie roku – sposób zakończenia sezonu klubów z zawodnikami (wyróżnienie: Stal Ostrów Wielkopolski).

Rezerwowy – Ivica Radic.

Najlepszy młody zawodnik – Adrian Bogucki.

Najlepszy polski debiutant – Aleksander Dziewa.

Robert Horry – Przemysław Zamojski 10 mistrzostwo.

Najlepsze piątki sezonu:

  1. Ludde Håkanson, Josh Bostic, Ricky Ledo, Jarosław Zyskowski, Jimmie Taylor.
  2. Tweety Carter, Michał Michalak, Chase Simon, Ben McCauley, Shawn Jones.
  3. Brynton Lemar, Keith Hornsby, Tony Wroten, Damian Kulig, Drew Gordon.

Polska:

  1. Kamil Łączyński, Michał Michalak, Jarosław Zyskowski, Paweł Leonczyk, Damian Kulig.
  2. Marcel Ponitka, Michał Sokołowski, Aaron Cel, Mateusz Kostrzewski, Adrian Bogucki.

Śląsk basket #4: co wiemy po memoriale Adama Wójcika

Drugi memoriał imienia Adama Wójcika zaczął się z wielką pompą, bo imprezę otworzyła wdowa Krystyna Wójcik i Prezydent Wrocławia Jacek Sutryk, mieliśmy także przemówienie Macieja Zielińskiego i Lidera PO Grzegorza Schetyny, tort z okazji 80 urodzin Mieczysława Łopatki, a imprezę prowadził Waldemar Kasta, który przedstawiał drużyny i na koniec oczywiście Śląsk. Kibice zobaczyli wiele nowych twarzy, w porównaniu do poprzedniego sezonu, bo wcześniejsze sparingi były zamknięte dla publiczności, chwilę wcześniej brawa otrzymali reprezentanci Polski Adam Hrycaniuk (Arka) i Kamil Łączyński (Śląsk), ale wszystko przyćmił fenomenalny film ze wspomnieniami Adama Wójcika. Dla kibiców to był czas szczególny i z perspektywy całego memoriału, było to fenomenalne. Chwilę później do wyszli zawodnicy.
Bardzo szybko okazało się, że przeciwnicy Śląska, czyli Filou Oostende, to nie są ogórki, tylko mistrzowie Belgii, lepszej ligi niż nasza. Świadczy o tym choćby transfer najlepszego polskiego zawodnika Mateusza Ponitki, który kilka lat temu zamienił Asseco Prokom Gdynia na Telenet Oostende, aby dalej się rozwijać, a przecież mógł zostać w kraju w zasadzie w dowolnej drużynie. Dzisiaj Telenet to Filii Oostende, czyli znakomicie zbilansowana drużyna, co widać było pod koszem, gdzie Shevon Thompson (213 cm) i Amar Sylla (206 cm) dominowali pod tablicami. Brak zbiorek był aż nadto widoczny, nie radziliśmy sobie na tablicy – ani Dziewa, Gabiński ani Chrabascz . Po raz kolejny nie zagrał Humprey i ale nie mam przekonania czy będzie on zawodnikiem, który zabezpieczy nasza tablice. Marzy mi się zawodnik pokroju Shawna Kinga, który grając dwa sezony w Stali Ostrów zabezpieczał obie tablice. Wydaje mi się, że to będzie problemem Śląska, bo o ile trener Andrzej Adamek rotował składem sprawdzając różne ustawienia, to nawet dość wysoka piątką na druga połowę niedzielnego meczu z Arką: Łączynski, Dorn, Wojciechowski, Chrabascz, Dziewa nie dala jakości pod tablicami. Wracając do piątku, to słabszy dzień miał lider belgów Braian Angola, ale Belgowie mieli jeszcze Jeana-Marca Mwemę, który dziurawił nasz kosz. Śląsk grał inaczej w porównaniu do sparingów, przede wszystkim zaskoczeniem była pierwsza piątka: Clayton Custer, Devoe Joseph, Maciej Wojciechowski, Andrew Chrabascz i Aleksander Dziewa. Nie wiem jaka jest hierarchia, ale brak Łączyńskiego oraz najlepszego w sparingach Torina Dorna zaskoczył mocno kibiców. Łączyński zaczął nerwowo, nie trafił dwóch rzutów jednak w swoim stylu, z nóżki, trafił niemal z połowy boiska buzzer beatera, czym znakomicie przywitał się z publicznością w hali Orbita. Wojciechowski nie trafiał z daleka, ale pokazał w obu meczach ze w szybkiej grze, kontratakach i dynamicznych wejściach jest w czołówce polskich zawodników. Nie trafiał także Joseph, co zaskakuje, bo CV ma bogate (Turcja, Francja, Eurocup, reprezentacja Kanady) i miał być pierwszym strzelcem. W mojej ocenie, w dwóch meczach memoriałowych zawiódł najbardziej i mecz z Radomiem powinien być ostatnim testem przydatności. Gra Śląska miała wiele nerwowości, mieliśmy sporo niedokładnych podań, ale w pewnym momencie nie wytrzymał Łączyński i otrzymał przewinienie techniczne. Wiele przed nim – Śląsk to nie Anwil i trochę zajmie zgranie, a także powrót do wielu przegranych meczów. Łąka pokazał także kilka zagrań w ataku, zaliczył dwa przechwyty i przez chwile wyglądał jak lider, zwłaszcza przy rzucie z polowy, a także najlepszej akcji wrocławian, czyli jego dogrania alley-oop do Macieja Wojciechowskiego. Na wyróżnienie zasłużyli także Dorn, który z ławki dal duże wsparcie oraz Dziewa, potrafiący zaskoczyć przeciwników rzutem z daleka. Na Belgów to było za mało, choć przeciwnicy przewagę wypracowali dopiero w drugiej połowie za sprawą duetu: Amar Sylla, Jean-Marc Mwema. Niestety dla Śląska, rezerwowi przeciwników – młodzi Belgowie okazali się lepsi niż ich rywale i tutaj też jest dużo pracy przed trenerem Adamkiem. Mi zaimponował 17 letni Keye van der Vuurst de Vries, który ćwiczył Norberta Kulona, dwukrotnie zabierając mu piłkę.

Śląsk Wrocław – BC Filou Oostende 70:83
Śląsk: Dorn 15, Dziewa 14 (1), Wojciechowski 13 (2), Joseph 9 (1), Chrabascz 6, Custer 4 (1), Łączyński 3 (1), Jodłowski 2, Kulon 2, Gabiński 2, Musiał 0

W drugim meczu turnieju ostrzyliśmy sobie apetyty na pojedynek Oostende z Arką Gdynia przede wszystkim, aby zweryfikować poziom turnieju i to, gdzie jest Śląsk. Do końca trzeciej kwarty było równo, nawet Arka osiągała kilku punktowe prowadzenie. Josh Bostic kontra Jean-Marc Mwema to miał być pojedynek dnia, liczyliśmy także na przebudzenie MVP belgijskiej ligi Braiana Angola, no i na naszego Adama Hrycaniuka, który z zadaniowca po mistrzostwach urósł do rangi twarzy TBL. W czwartej kwarcie stało się coś dziwnego, niewytłumaczalnego. Mająca na boisku swoich najlepszych zawodników Arka nie trafiała z prostych pozycji oraz traciła proste piłki, co bezwzględnie wykorzystywało Oostende. 6-26 brzmiał wynik tej kwarty, nie było emocji, raczej nerwowość i pokrzykiwanie na siebie. Oostende wygrało turniej i przyznam, że z przyjemnością zobaczę ich za rok, bo przyjechali w pełnym składzie, walczyli i grali zespołowo. Chciałbym, aby tak grał nasz Śląsk. Żałuję, że publiczność nie dopisała, może było 150 widzów na trybunach, w przeciwieństwie do prawie pełnej hali na meczy Śląsk – Oostende. Dyscyplina potrzebuję trochę zaufania i nawet w takim koszykarskim mieście wiele jest pracy, aby zachęcić do przychodzenia na Śląsk. Na pewno nie pomógł fakt, że sobotni mecz zaczął się o 17.00, a o 20.00 mieliśmy derby Dolnego Śląska z Zagłębiem Lubin, na których byli ponad 20 tysięcy kibiców.

W ostatnim dniu turnieju zagrały drużyny, które wcześniej przegrały swoje mecze. O dziwo przegrana Wrocławian 13 punktami w pierwszym dniu nie wyglądała tak źle w porównaniu do 68-90. Zaczął świetnie Aleksander Dziewa i to rzutami z daleka, czym potwierdził ogromne uzasadnione zainteresowanie m.in. Mike’a Taylora (hashtag na twitterze #dziewawatch). Niestety wkradła się nieporadność w ataku gospodarzy, notowaliśmy straty i do poziomu dostosował się niestety także Kamil Łączyński. Na początku spotkania na kolejne punkty gości, Śląsk potrafił odpowiedzieć tylko akcjami Dziewy i wejściami Wojciechowskiego, nie wychodziły zagrywki i rzuty z dystansu, w przeciwieństwie choćby do Bartłomieja Wołoszyna, który regularnie trafiał za trzy punkty. Goście zagrali bez swojego najlepszego zawodnika (Josh Bostić tylko trenował rzuty na rozgrzewce) ale kontrolowali cały mecz, w drugiej połowie prowadząc nawet 20 punktami. Kibice byli zniechęceni, bo przez trzy kwarty żaden z obcokrajowców nie wziął na siebie gry i należy się zastanowić, czy Śląsk nie powinien zrobić wzmocnień, a także opuszczać halę przed końcowym gwizdkiem. Wiadomo, budżet nie jest z gumy, ale Devoe Joseph w żadnym meczu sparingowym nie odpalił. Torin Dorn w roli zmiennika się nie sprawdza, to zawodnik szukający wejść pod kosz, a Clayton Custer to ani jedynka bo słabo kreuje, ani dwójką z racji parametrów. Ten ostatni przebudził się w ostatniej kwarcie, najpierw podając alley-oop do Macieja Wojciechowskiego, a potem trafiając kilka rzutów, sprawiając dobre wrażenie na koniec. Ostatecznie Arka wygrała ponownie 13 punktami, a MVP turnieju został Amar Sylla zawodnik Oostende, niesamowity talent (z parametrami 2.05m, 86 kg), który na pewno zagra w NBA.

Śląsk Wrocław – Asseco Arka Gdynia 65:78

Śląsk basket #3: dwa sparingi z Pardubicami i trzech debiutantów

Śląsk basket #2: sparingi ze Spójnią i Stalą

Śląsk basket #1: nowy trener, nowy lider i pierwsi Amerykanie