Byliśmy, jesteśmy i będziemy lepsi #1z6

Jedno zwycięstwo w sześciu spotkaniach, taki jest bilans Polskich drużyn w europejskich pucharach. Do tego co prawda doszło kilka remisów, ale mowa tutaj o pierwszej rundzie, gdzie niekiedy występują przypadkowo zebrani kopacze, którzy dorabiają do pensji powiedzmy listonosza. Tacy jak u wicemistrza Giblataru, ale i z nimi Legia zdołała zremisować. Być może nie powinniśmy mówić o stołecznej drużynie nic złego, w końcu jako jedyna wygrała dwumecz. O ile zwycięstwo BATE Borysow z Piastem nie dziwi (TUTAJ zapowiedź), o tyle do krajow, które nas eliminuja dołączają Białoruś i Słowacja. Dla jednych piłkarska prowincja, bo nadal nosimy wysoko głowy, ale dla realistów odpowiednie miejsce w szeregu, w skutek wielu zaniedbań i braku planowania. Oczywiście znajdą się optymiści lub chorzy psychicznie, którzy pogratulują za styl i powiedzą, że zabrakło niewiele albo że byslimy lepsi.
Na szczęście (?) Piast będzie grać dalej, bo przecież jest mistrzem kraju i porażka w eliminacjach ligi mistrzów oznacza grę w Lidze Europy. Niezrozumiałe dla mnie promowanie przegranych, przedłuży lato drużynie Waldemara Fornalika, ale zapewne tylko o rundę. Promowanie przegranych, czyli dawanie kolejnych szans drużynom, które na to nie zasłużyły. To takie piłkarskie repasaże, które na starcie obniżają poziom rozgrywek. Piłkarze mogą przegrać, przecież i tak grają dalej.
Oprócz Piasta i Legii, do gry dołącza Lechia Gdańsk, zdobywca Pucharu Polski. W tym momencie nie ma miejsca na błędy, nie ma
(jeszcze) trzeciego poziomu rozgrywek, do której możemy się „zakwalifikować”. Trzeba wygrać dwumecze z Brondby Kopenhaga (Lechia), FC Ryga (Piast) i KuPS z Finlandii (Legia). Znając życie, komuś się powinie noga, ale UEFA znalazła sposób na utrzymanie naszej ligi. Wymyślili niedawno właśnie Ligę Europy 2, do której za chwilę spadną Polskie drużyny, ale to od sezonu 2021/22.
27 liga w Europie – takie miejsce ma naszą ekstraklasa. Liga bufonów, wszystko wiedzących działaczy, kolegów dziennikarzy, myślących o sobie agentów i słabych piłkarzy. I to bynajmniej nie Polaków. Mamy szrot złożony ze Słowaków, Chorwatów i Hiszpanów z trzeciej ligi, a później się dziwimy, że wygrywamy raz na sześć spotkań. Nie zdziwiłbym się, że w kolejnej rundzie także wygramy raz. A porażkę wytłmaczymy:
  • fatalną/sztuczną nawierzchnią*,
  • postawą sędziego*,
  • przypadkowi*.
Na pewno w przekonaniu wielu będziemy lepsi.
*) niepotrzebne skreślić.

Jabari Parker – od przyszłego członka galerii sław do szóstego gracza

Fatalnie toczy się karierą Jabariego Parkera. Wybrany z numerem dwa w drafcie w 2014 roku, miał być nowym Carmelo Anthonym, elitarnym strzelcem i członkiem galerii sław. Jednak już po rozegraniu 25 meczów debiutanckiego sezonu zerwał ACL w lewym kolanie i pauzował do końca rozgrywek. O skali jego talentu (w co dziś trudno uwierzyć), świadczy fakt, że w tamtych czasach to Parker uchodził za najzdolniejszego z graczy Bucks, a przecież w składzie był już wybrany rok wcześniej z numerem 15 Giannis Antoutekumpo. W trzecim sezonie, Parker zerwał ponownie ten sam ACL i pauzował cały rok. Do momentu kontuzji rozegrał 50 spotkań rzucając przeciętnie 20 punktów. W Bucks po raz pierwszy od lat wszystko działało – dwójka młodych liderów, pozyskanie z draftu Malcolma Brogdona (finalnie debiutant sezonu), a w składzie był m.in. Khris Middleton, co zaowocowało pierwszym od czterech lat awansem do play-off. Druga poważna kontuzja kolana młodego zawodnika sprawiła, że Bucks przestali wierzyć w Parkera, który wrócił w sezonie 2017/18 notując w 31 meczach przeciętnie 12,6 punktu, 4,9 zbiórki, a po został zastrzeżonym wolnym agentem.

Chicago Bulls zaproponowało mu dwuletnią umowę za 40 mln dolarów 1+1 (opcja drużyny), której Bucks nie wyrównali. GM Bucks Jon Horst nie zaryzykował z Parkerem, a kolejne jego posunięcia m.in podpisanie przed sezonem trenera Mike’a Budoholzera, podpisanie Brooka Lopeza, dodanie w trakcie sezonu Nikoli Miroticia i George’a Hilla przyniosły ogromny progres – z drużyny na 44 zwycięstwa, wygrali aż 60 (najwięcej w lidze), za co zasłużenie Horst otrzymał tytuł Managera Roku.

Tymczasem Parker wylądował w Bulls, u których już w grudniu wypadł z rotacji. Bulls mieli wtedy bilans 6-23 i potrzebowali głębokich zmian, dlatego po rozegraniu w styczniu kolejnych 10 spotkań Parker zmienił klub – w wymianie wspólnie z Bobbym Portisem trafił do Wizards, a w zamian do Bulls przyszedł Otto Porter Jr. Porter to dużo lepszy obrońca i lepszy fit dla Lauri Markanena, którym wiążą przyszłość. Wizards otrzymali oszczędności – oddali Portera (i jego znaczą umowę) w zamian za dwa kończące się kontrakty. Wizards nie planowali przedłużać kontraktu z Parkerem, który po pięciu latach trafił po raz drugi na rynek wolnych agentów.

Kilka dni temu, z okazji skorzystała Atlanta Hawks proponując mu 13 milionów za dwa lata 1+1 (opcja zawodnika). Propozycja wygląda mizernie porównując z kontraktem Andrew Wigginsa, z którym był przez lata porównywany (147 mln dolarów za pięć lat). Ale Wiggins przez pierwsze pięć sezonów opuścił zaledwie dziesięć spotkań, w których bądźmy szczerzy, także nie pokazał pełni możliwości. Dwa pierwsze numery draftu 2014 zawiodły i z różnych przyczyn nie spełniły ogromnych oczekiwań. Jabari Parker trafił do organizacji, która jest budowana w oparciu o utalentowanych zawodników z draftu Cam Reddish, DeAndre Hunter (draft 2019), Trae Young, Kevin Huerter (2018), John Collins (2017) i za dwa sezony Hawks powinni awansować do play-off. Dla Parkera szykowana jest rola szóstego gracza, o ile ominą go kontuzje, które zniszczyły mu karierę.

Copa America – co zapamiętamy?

Zakończony turniej Copa America okazał się porażką. Skandaliczne sędziowanie – o tym mówi się najwięcej. Nie o golach, nowych twarzach czy wielkich pojedynkach. W półfinale Argentyna została skrzywdzona przez sędziego, który nie skorzystał z systemu VAR w dwóch sytuacjach, które bez mogły wpłynąć na końcowy wynik. W meczu o trzecie miejsce, gdy Leo Messi sprowokował Gary Medela lekkim pchnięciem, Medel doskoczył do Messiego chcąc wymierzać sprawiedliwość. W efekcie jeden i drugi zawodnik otrzymał czerwone kartki, choć Argentyńczyk głównie się bronił. Do tego należy dodać nieuznanie trzech bramek Urugwaju w ćwierćfinale z Chile. Chaos.

foto_0000000120190706212157

Turniej Copa America potrzebuje zmian. Dwadzieścia lat temu był to równorzędny rywal Mistrzostw Europy, potem przy rozwoju Ligi Mistrzów, praw telewizyjnych i pojawieniu się olbrzymich pieniędzy, dystans się powiększał. Dzisiaj jest największy w dziejach, turniej interesuje coraz mniejszą liczbę osób i powodem nie jest tylko pora rozgrywania spotkań. Ta jest fatalna, a przecież można szlagier pokazać o godzinie 22.00, jak to było z finałem. Zmiana cyklu turniejowego powoduje, że nie wiemy kiedy rozegrana będzie kolejna edycja:

do 2001 rozgrywana co dwa lata nieparzyste,
dwie edycje co trzy lata (2004, 2007),
dwie edycje co cztery lata (2011, 2015),
po roku (2016),
po trzech latach (2019),
po roku (2020).

W kolejnych edycjach maja być to lata Mistrzostw Europy, ale zobaczymy jak długo.

I wreszcie, zapraszanie słabych drużyn z innych kontynentów oznacza obniżenie poziomu (Japonia i Katar bez zwycięstwa w turnieju), podobnie jak fakt, że każdy awansuje do ćwierćfinału. No prawie każdy, bo jedynie najsłabsze zespoły trzech grup i najsłabsza względem bilansu z trzeciego miejsca nie grają dalej. 8 z 12 tak wygląda wskaźnik uczestników rundy pucharowej do wszystkich uczestników turnieju, a przecież na mistrzostwach starego kontynentu także narzekamy, że każdy awansuje, a mamy wskaźnik 16 z 24. W finale spotkał się gospodarz i faworyt Brazylia oraz Peru, absolutna sensacja turnieju. Finaliści spotkali się ze sobą w rozgrywkach grupowych – Brazylia zwyciężyła 5-0 , co od razu obniżyło rangę finału. Szkoda, że drabinka tak się ułożyła, że największy możliwy hit zobaczyliśmy w półfinale (2-0 z Argentyną), a najlepsze drużyny z drugiej części drabinki, czyli Urugwaj i Kolumbia odpadły po rzutach karnych w ćwierćfinale. Na turniejach mistrzowskich najbardziej porywają nas mecze faworytów i największe indywidualności. Wszystkich zaskoczyła np. wygrana Meksyku z Niemcami na ostatnim mundialu, ale mecz 1/8 Meksyku z Brazylią interesował głównie koneserów. Wyobraźmy sobie, gdyby w tym meczu zagrali Brazylijczycy z Niemcami. Rewanż za 7-1 z poprzedniego mundialu, to potencjalny hit całej drabinki pucharowej. Hitu jednak nie było, podobnie jak we wczorajszym finale Copa America. Mieliśmy rewanż za 5-0 kilka dni wcześniej.

Brazylia z Argentyną Leo Messiego to najlepsze możliwe zestawienie dla turnieju. Względnie Urugwaj – mocna drużyna na czele z Edisonem Cavanim, Lusiem Suarezem. Dalej Chille, z Alexisem Sanchezem, Arturo Vidalem, dwukrotny obrońca tytułu. Niestety w finale otrzymaliśmy rewanżowy pojedynek z Peru, które największą gwiazdę ma w osobie Paolo Guerrero. Problem z tym, że szczyt jego kariery miał miejsce 13 lat temu w Bayernie Monachium. Największe gwiazdy Copa America się starzeją. Wszyscy wyżej wymienieni mają ponad 30 lat, a przecież ponad 30 lat mają jeszcze Sergio Aguero, Ángel Di María czy Falcao.

Brazylia od początku turnieju grała najlepiej – w fazie grupowej zdobyli 7 punktów i z bilansem 8-0 wygrali grupę. Karne z Paragwajem, wygrana 2-0 z Argentyną i finał. Do finału mieli pięć meczów bez straconej bramki, dzięki rewelacyjnej obronie i postawie (być może) najlepszego bramkarza świata Alissona Beckera. Problemem jest wiek defensywy: Dani Alves, (36 lat), Thiago Silva, (34 lata) i Fernandinho (34 lat), ale im wyżej, tym.. młodziej. Czwórka Philippe Coutinho, Everton, Roberto Firmino i Gabriel Jesus zdominowała turniej, nie było widać, że nie ma z nimi kontuzjowanego Neymara. Za nimi wystąpili grający na co dzień w Barcelonie Arthur i Realu Madryt Casemiro, pokazują jak bardzo Brazylia potencjałem odskoczyła od przeciwników, którzy przestali „produkować” gwiazdy.

W decydującym meczu rozpoczął strzelanie po podaniu Gabriela Jesusa najlepszy zawodnik meczu Everton grający na co dzień w Grêmio Porto Alegre, na którego parol zagięli Manchester United i Manchester City. Gdy kolejne bramki były kwestią czasu, wyrównał.. Paulo Gerrero i zakończył rekordową passę Alissona Beckera. Kilka minut później jeszcze przed przerwą gola strzelił Gabriel Jesus, który później wyleciał z boiska za druga żółtą kartkę. W końcówce po rajdzie Evertona Brazylia wywalczyła kontrowersyjny rzut karny, którego na gola zamienił Richarlison i ustalił rezultat na 3-1. W przyszłym roku kolejne mistrzostwa, być może bez Leo Messiego, który skrytykował poziom sędziowania półfinału i meczu o trzecie miejsce. Jeśli tak się stanie, Copa America może dołączyć do mistrzostw innych kontynentów, które interesują garstkę ludzi. Dlatego żadna z telewizji w Polsce nie zakupiła praw do Gold Cup oraz Pucharu Narodów Afryki.

Dziwie się ekspertom

Nieoczekiwany Mistrz Polski Piast Gliwice w pierwszej rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów zagra z białoruskim BATE Borysów. Rywalem utytułowanym i (dużo) bardziej doświadczonym na europejskich salonach. Salonach, czyli rozgrywkach grupowych, a nie eliminacjach i to we wczesnych rundach. Reforma UEFA sprawiła, że aby awansować do rozgrywek grupowych Piast musi wygrać pięć takich dwumeczów, a w żadnych nie będzie rozstawiony. Mission Impossible? Tak, BATE jest kilka poziomów nad każdą Polską drużyną:

2018/19 – 1/16 Ligi Europy,
2017/18 – rozgrywki grupowe Ligi Europy,
2016/17 – odpadli w eliminacjach LM i LE,
2015/16 – rozgrywki grupowe Ligi Mistrzów,
2014/15 – rozgrywki grupowe Ligi Mistrzów,
2013/14 – odpadli w eliminacjach LM,
2012/13 – 1/16 Ligi Europy,
2011/12 – rozgrywki grupowe Ligi Mistrzów,
2010/11 – 1/16 Ligi Europy,
2009/10 – rozgrywki grupowe Ligi Europy,
2008/09 – rozgrywki grupowe Ligi Europy,

W ostatnich piecu sezonach BATE Borysow potrafili wygrać z AS Roma, 1. FC Koeln czy Athletic Bilbao. Dlatego dziwię się ekspertom piłkarskim, którzy mówią o możliwości sprawienia niespodzianki. Owi eksperci swoje nadzieje opierają na zgraniu, postawie Piasta w rundzie mistrzowskiej oraz magii Waldemara Fornalika. Trochę mało argumentów przeciwko drużynie, która jest regularnie w rozgrywkach pucharowych. Po fenomenalnym sezonie 2016/17 Legia Warszawa, która awansowała do rozgrywek grypowych Ligi Mistrzów, nasz ówczesny Mistrz Polski w kolejnych edycjach był eliminowany przez FK Astanę oraz Spartaka Trnawa. Legia była drużyną bardziej doświadczoną, a jednak przegrywała we wstydliwy sposób. Dlatego bardziej prawdopodobne będzie kolejny blamaż niż sukces Mistrza 26 ligi w Europie. Dlatego dziwie się ekspertom..

Jerry West superstar

W najlepszej lidze świata, gwiazdy mamy nie tylko na parkiecie czy na ławce trenerskiej. Mamy je także w klubowych gabinetach, a z dalszej perspektywy to czołowi właściciele, dyrektorzy czy managerowie kształtują układ ligi. Bo to, co dzieje się na boisku to jedynie efekt działań zakulisowych. Weźmy za przykład Warriors 2016. Kto bardziej przysłużył się do mistrzostwa – Kevin Durant, Steve Kerr czy Jerry West? Dołączając do zespołu 73-9 Durant położył na stół swoje legacy, poszedł na łatwiznę – takie opinie towarzyszyły mu przez trzy lata gry w Oakland. Za transferem stał Jerry West, który sprytnie wykorzystał zwiększenie salary cup, aby dodać do swojej drużyny najlepszego dostępnego zawodnika.

NBA z zasady jest sprawiedliwa. Drużyny mają do wydania tyle samo pieniędzy w ramach salary cup i mają nagrody pocieszenia w postaci szansy na wyższy wybór w drafcie. Pomijając kwestie wielkości rynków, podatków czy historii, sprawny manager jest wyróżnikiem, w którym kierunku idzie drużyna. Często o tym zapominamy i gdy na końcu Kawhi Leonard miał opcje trzy opcje:

  • powrót do Raptors i walka o obronę tytułu,
  • połączenie sił z LeBronem Jamesem i stworzenie trio z Anthony Davisem,
  • podpisanie kontraktu z Clippers.

Kawhi wybrał to ostatnie, bo Jerry West załatwił to, na czym mu zależało najbardziej. W NBA w jednej chwili wybuchły dwie bomby:

  • podpisanie umowy MVP finałów z klubem z Los Angeles i to nie tym w barwach złota i purpury,
  • do Clippers dołącza Paul George, czyli potencjalnie najlepszy fit dla Leonarda, znakomity po obu stronach parkietu.

Kawhi chciał iść po swoje, nie chciał obierać drogi Duranta, aby kwestionować jego legacy. Po transferze do Raptors udowodnił wszystkim jak bardzo Spurs zepsuli sprawę jego kontuzji. Wtedy wykorzystał to Masai Ujiri, inny czołowy manager. Leonard nie wiązał przyszłości z Raptors, ale spotkał na miejscu utalentowanych zawodników i wycisnął maksa z rocznego pobytu. W tej transakcji opłacało się to managerowi i zawodnikowi, który wtedy marzył o Los Angeles, o powrocie do Kalifornii, gdzie się wychował. Oczywiście zawsze ma znaczenie rynku w którym zawodnik gra, a także organizacja. Ponad pięć dni czekaliśmy na decyzję, bo podobno warunkiem było pozyskanie innej gwiazdy i podobno Leonard osobiście namawiał na transfer Paula George’a, który poprosił o transfer. George też wychował się w Kalifornii i marzył o grze w Lakers.

Jerry West w dwa lata pracując jako konsultant przebudował trio Chris Paul/Blake Griffin/DeAndre Jordan w duet Kawhi Leonard/Paul George i tylko w jednym sezonie przebudowy opuścił play-offy. Wcześniej w podobnej roli przekonał wspomnianego Duranta do wygrania mistrzostwa w Warriors, zbudował pierwsze play-offy dla Memphis za otrzymał nagrodę najlepszego managera w lidze, pozyskał w wymianie z Hornets Kobe Bryanta, a z rynku wolnych agentów podpisał Shaquille’a O’Neala, któremu marzyło się LA. West potrafi dawać gwiazdom to, czego chcą. Dlatego, gdy był na horyzoncie MVP, zagrał vs banque oddając sześć przyszłych wyborów w drafcie oraz dwóch zawodnikow: Shaia Gilgeousa- Alexandera i Danilo Gallinariego. Pozyskany w ten sposób Paul George oprócz powrotu do domu, zagra o tytuł. Dotychczas w barwach Pacers i Thunder najdalej dotarł (dwukrotnie) do finału konferencji. Pod wodzą Franka Vogela przegrał wtedy z drużyną LeBrona Jamesa, którzy połączyli siły w Lakers. Podtekstów meczów w sezonie regularnym (i kilku serii play-off) będzie wiele, w końcu dla jednych Kawhi Leonard uchodzi obecnie za najlepszego zawodnika ligi, a dla innych nadal jest nim Lebron James. Wszystkich w kilku ostatnich dniach przyćmił Jerry West, 81 letni superstar.

A może to RJ Barrett będzie debiutantem roku?

Zion Williamson zdominował draft i rozważania o debiutantach, nikt inny się nie liczył w wyborze numeru pierwszego, a przecież rok temu, po szkole średniej to RJ Barrett był typowany do jedynki. Sezon NCAA zmienił wszystko, niesamowita atletyczność Ziona, spektakularne akcje coast to coast i dynamiczne wsady sprawiły, że oglądaliśmy być może najlepszego zawodnika w historii NCAA. Drugiego LeBrona Jamesa, choć ten, gdy przychodził ze szkoły średniej nie imponował fizycznością. Williamson przy wzroście 201 cm wzrostu waży 129 kg i ma ciało atlety. Dominował w szkole średniej i na uniwersytecie nad rówieśnikami siłą i zwinnością, tymczasem w NBA zderzy się z fizycznością na kosmicznym poziomie. W dodatku, każdy jego krok będzie śledzić cały koszykarski świat, widać to było dzisiejszej nocy, kiedy na trybunach zasiedli LeBron James, Anthony Davis, DeMar DeRozan, Donovan Mitchell czy Floyd Mayweather. Każdy chce zobaczyć następce LeBrona Jamesa, który po rozegraniu dziewięciu minut, zszedł z kontuzją kolana. Może to drobnostka, ale trener Alvin Gentry nie chciał ryzykować. Nie możemy zatem rozstrzygnąć wyniku pojedynku dwóch kolegów z Duke i nowych gwiazd ligi. Zion w dziewięć minut zaliczył 11 punktów, ale w tym czasie był -15 na parkiecie i dał się czterokrotnie zablokować. Z kolei RJ Barrett rozegrał 25 minut notując 10 punktów na słabej skuteczności 4 z 18 rzutów.

Rywalizację Williamsona z Barrettem porównuje się do tej z 2003 kiedy LeBron James i Carmelo Anthony wchodzili do ligi. W 2014 mieliśmy z dwoma pierwszymi wyborami Andrew Wigginsa i Jabariego Parkera, jednak porównując skalę talentu i oczekiwań do faktycznej gry, para nie spełniła oczekiwań. Jeden nie został nowym Jamesem, a drugi Anthonym, a z perspektywy czasu, najlepszy w drafcie był wybrany z numerem trzecim Joel Embiid. Z kolei w 2007, gdy wybierany był Greg Oden przez Kevinem Durantem, było to dla wszystkich logiczne. W finałowym meczu rozgrywek NCAA (przegranym), Oden zanotował 25 punktów, 12 zbiórek i 4 bloki przeciwko duetowi Joakim Noah i Al Horford. Oden nie zadebiutował w pierwszym sezonie 2007/2008, gdyż przed startem był już po pierwszej operacji prawego kolana. Po rozegraniu dość przeciętnego sezonu debiutanckiego, w kolejnym kontuzjował drugie kolano kończąc w zasadzie karierę. 61 spotkań w pierwszym roku (przez lokaut sezon był skrócony), 6 meczów w play-off i 21 meczów w drugim roku. W grudniu 2009 Oden miał niespełna 22 lata (nie licząc epizodu w Heat cztery sezony później) i koniec kariery. Ogromny talent mierzący 213 cm, ważący 113 kg obecnie jest wymieniany jako największe rozczarowanie w historii draftów. Warto pamiętać tę historię spoglądając na zawodników bazujących na fizyczności. Williamson jest duży, prawdopodobnie za duży. Na uniwersytecie miał ogromną przestrzeń do gry, wielkie zainteresowanie i przewagę siły. W rywalizacji z czołowymi PF ligi będzie miał przeciwko sobie wspaniałych atletów (Anthonego Davisa, Blake`a Griffina, Draymonda Greena, LaMarcusa Aldridge`a czy Giannisa Antetokounmpo) lub zawodników, którzy wcześniej grali na trójce i będą od niego szybsi (LeBron James, Kevin Durant, Paul George). Zion będzie miał problem z wejściem do ligi – znalazłem miejsca dla siebie na parkiecie i w drużynie. Bo na jakiej pozycji ma grać? kogo kryć? W dodatku, po transferze Davisa (TUTAJ) ma zostać liderem Pelicans, a porażki i słabsze występy będą szeroko komentowane. Z kolei Barrett musi zbudować dopiero sylwetkę, ponieważ przy wzroście 201 cm waży 92 kg. Nie powinno być to aż takim problemem jak 10-20 lat temu, co pokazał przed rokiem Trae Young z Atlanty. Barrett to zawodnik ofensywny porównywany do Tracy McGradego czy DeMara DeRozana, który musi popracować nad rzutem za trzy punkty. Trafił do słabej organizacji, gdzie nie będzie miał oczekiwań w postaci zwycięstw, coś jak Young rok temu.

David Griffin w Pelicans zebrał ekscytujący zespół, który z Williamsonem na poziomie 20/10 powalczy o play-offy:

Zion (nr 1 draftu),
Jrue Holiday (czołowy defensor ligi),
E’Twaun Moore, Jahlil Okafor,
Lonzo Ball, Brandon Ingram i Josh Hart (pozyskani z wymiany Davisa),
J.J. Redick i Derrick Favors (wolni agenci)
Nicolo Melli (czołowy zawodnik Euroligi)

Jeśli się uda, Zion będzie debiutantem sezonu. Jeśli nie, być może zwycięży kręcenie efektownych cyferek w Knicks.

W oczekiwaniu na północ

Już za chwile, już za momencik poznamy pierwsze rozstrzygnięcia na rynku wolnych agentów. Plotki o losach gwiazd NBA elektryzowały nas niemal od początku sezonu – dla jednych będzie to pozostanie w obecnym zespole, dla drugich nowe wyzwania. Zwykle jednak, z wielkiej chmury, mały deszcz i niewiele mamy zmian. Fani tez nie mogą się zdecydować, z jednej strony pragną piękne kariery w jednym klubie najlepszych zawodników (Kobe Bryant), a z drugiej chcą zmian na szczycie, nowe rywalizacje. Dlatego z jednej strony fajnie, aby np. Kawhi Lenard spróbował z Raptors obronić tytuł, ale możliwość ewentualnego połączenia sil z Kyrie Irvingiem czy Kevinem Durantem, elektryzuje wszystkich. Czas Irvinga w Celtics sie skończył i mimo zapowiedzi na początku sezonu, nie podpisze on przedłużenia z Celtics. Chodziły plotki o ponownym połączeniu sil z LeBronem Jamesem, ale o ewentualnej grze w Lakers mówiło się także przy nazwiskach Leonarda, Jimmy Butlera czy Kemby Walkera. Kevin Durant mimo kontuzji, która wyeliminuje go z całego przyszłego sezonu (choć może wrócić na play-offy) nadal jest na top liście Knicks, Nets, Clippers i Warriors. Ci ostatni sporo zaryzykować kampanią odzyskajmy tytuł, na co skusił się już Klay Thompson, choć pomogło mu 190 milionów dolarów przez pięć najbliższych lat. Khris Middleton także szybko uciął plotki o nowym pracodawcy i zwiąże się na dłużej z Bucks.

Idąc dalej, podobno Irving przejdzie do Nets, a Walker do Celtics, Butler wybierze miedzy Heat a Rockets, ale żadna z tych drużyn nie ma wolnego salary cup, dlatego ich GMowie gorąco szukają partnerów do wymian. Thobias Harris wybierze miedzy Jazz i Sixers, choć w grze byli Clippers. Oni z kolei swego czasu byli w grze o każdego zawodnika, ale dzisiaj trudno im znaleźć pewniaka do podpisania w wolnej agenturze. Harris i Butler mieli za wszelka cenę przedłużyć kontrakty z Sixers, ale nie zdziwię się, że i tutaj będą wymiany na zasadach sign-and-trade. Duet Ben Simmons i Joel Embiid potrzebuje wzmocnień, co niekoniecznie oznacza wielkie nazwiska, może pójść w stronę szerszego składu, którego brakowało im w play-offs. Podobnie wygląda sytuacja Lakers, gdzie mamy fascynujący duet James/Anthony Davis oraz Kyle’a Kuzmę i także, nie wiemy czy skuiszą oni Leonarda lub Butlera, bo na wyciągniecie topowego rozgrywającego pokroju Irvinga czy Walkera wydaje się już za późno.

Jak widać, w niektórych sytuacjach wszystko wiemy, w niektórych niewiele, a w pozostałych na rozwój sytuacji czekają D’Angelo Russell, Al Horford, DeMarcus Cousins i Julius Randle. Na ich korzyść przemawia ogromna ilość pieniędzy na rynku i możliwość bycia nagroda pocieszenia, a taka sytuacje widzieliśmy w 2016. Wtedy mieliśmy wysyp nietrafionych kontraktów, które finalnie zepchnęły drużyny w nicość:

Andre Drummond 130 mln/5 lat
Nicolas Batum 120 mln/5 lat
Hassan Whiteside 98 mln/4 lata
Chandler Parsons 94 mln/4 lata
Ryan Andreson 80 mln/4 lata
Bismack Biyombo 72 mln/4 lata
Joakim Noah 72 mln/4 lata
Luol Deng 72 mln/4
Dwight Howard 70,5 mln/3 lata
Evan Turner 70 mln/4 lata
Kent Bazemore 70 mln/4 lata
Timofey Mozgov 64 mln/4 lata
Ian Mahinmi 64 mln/4 lata

Większość z tych kontraktów do dzisiaj jest niewymienialnych, a o fantazji GM zadecydowały wtedy dostępne pieniądze w ramach salary cap, które wzrosło, aż o 24,1 miliony dolarów m.in. z powodu nowej umowy telewizyjnej. Dzisiaj kluby chcą wykorzystać fakt, że wielu zawodników skończyło kontrakty, ale najlepszych nie starczy dla każdego. Na tym będą bazować zawodnicy z drugiego szeregu, którzy w normalnych warunkach nie otrzymaliby maksymalnych kontraktów. I tutaj ponownie typowani są Knicks jako organizacja, która mając ogromne pieniądze przepłaci niewłaściwych zawodników, pakując się w niewymienialne kontrakty. Dla nich chyba dawno prysły marzenia, które widzieliśmy na plakatach z Kevinem Durantem. Ale w 2010 i 2018 mieliśmy plakaty w Nowym Jorku z LeBronem Jamesem..

billboard.jpg