Legacy LeBrona Jamesa, edycja 2020

Co roku można podsumowywać to, co osiągnął LeBron James na parkietach NBA. Gdy skończył się poprzedni sezon, wypominano wiek zawodnika i brak awansu do play-offs, który zawodnikowi tego formatu nie powinien się zdarzyć. Bo Michael Jordan w jego wieku zdobywał mistrzostwo. Argument o czwartym miejscu Lakers w chwili, gdy złapał kontuzje pachwiny praktycznie nie istniał.. Jamesowi do Jordana brakowało coraz więcej, bo od 2016, gdy zdobył mistrzostwo z Cavaliers ścigał się jedynie z legendą. Pierwsze miejsce w sezonie regularnym na zachodzie także brano z przymrużeniem oka. Bo przecież i tak Lakers przegrają z Clippers playoffs. Do tego wyemitowany w lockdownie dokument Last dance okazał się argumentem tych za Michaelem. Bo w rywalizacji o GOATa (Greatest of all time) nie można być w dwóch obozach.

LeBron zdobył czwarte mistrzostwo w wieku 35 lat, otrzymał czwarty tytuł MVP finałów i to w trzeciej drużynie. Tego nie osiągnął nikt przed nim i nikt tak długo nie utrzymywał się na szczycie. W ostatnich dziesięciu latach tylko raz nie był w finale (pachwina 2019), a licząc także 2007, to był jego dziesiąty finał NBA. Totalną dominację widać także po w średnich w finałach: 29.8 pkt., 11.8 zb., 8.5 as.

Pięć porażek Lakers, które ponieśli w tych play-offs to tyle samo co Milwaukee Bucks, o jedną mniej niż Los Angeles Clippers i dwie od Houston Rockets. Tylko, że tamte drużyny odpadły w półfinałach konferencji i stoją przed wielkim pytaniem co dalej, jeśli chodzi o skład i trenera (Doc Rivers został już zwolniony, a Mike D’Antoni nie przedłużył kontraktu). W Lakers nikogo nie zwalniają, jest znakomita chemia a najlepszy duet zawodników w NBA poszedł w górę w play-offs grając coraz lepiej w każdej z rund. Dzisiaj w tradycyjnej dyskusji o miano najlepszego zawodnika nie są Giannis Antetokounmpo, Kawhi Leonard czy James Harden, jest LeBron James, jak (niemal) co roku po zakończeniu sezonu i wydaje się, że zaraz za nim jest Anthony Davis. Duet idealnie dopasowany, w przeciwieństwie do SF Bucks, SF Clippers i SG Rockets. Atak, obrona, wchodzenie w rolę rozgrywających, punktujących, zbierających, trafiających decydujące rzuty niezależnie czy wejściami ja kosz czy trójkami. W hali The Arena na Florydzie długo po drugim meczu z Denver utrzymywało się echo po krzyku „Kobe”, gdy Davis trafił świetnego buzzer za trzy punkty.

Legacy LeBrona nie ucierpi z powodu tak znakomitego partnera jak Davisa, paradoksalnie raczej wzmocni. Davis wydaje się najlepszym z wielu „giermków” LeBrona, przy całej sympatii do Dwyane`a Wade’a, bo to podkoszowy Lakers będzie w przyszłym sezonie będzie liderem w sezonie regularnym i może nawet pójdzie po MVP. Zaufanie do partnerów to jedno z kluczowych cech wielkich zawodników, oni wiedzą, że nie można wszystkiego zrobić samemu, a legacy Jamesa zapamiętamy także dzięki rzutowi Raya Allena w szóstym meczu finałowym 2013. Do tego grona mógł dołączyć Danny Green, ale nie trafił decydującego rzutu w meczu numer pięć. W ostatnim meczu serii nie było dramatycznie, było dominująco i jednostronnie. Po dwóch kwartach był wynik 64-36 a LeBron miał 11 punktów, 9 zbiorem i 6 asyst. Skoro nie trafiał Green, wykreowany został Kentavious Caldwell-Pope z 15 punktami do przerwy z czego 11 w drugiej kwarcie. KCP to zawodnik jakich jest wielu w tej lidze, niespelniony wysoki (8) wybór w drafcie i średnio 10 punktów w meczu. Jeśli będzie padał argument, że James miał Davisa warto wspomnieć kto był trzecim najlepszym zawodnikiem Lakers tej serii. Do tego choćby Rajon Rondo, który po odejściu z Celtics zmieniał pracodawcę co roku, a Lakers zostali jego piątym klubem. To on zaliczył 16 punktów i 10 asyst w meczu numer dwa finałów. 10 punktów w pierwszym meczu rzucił nie wybrany w drafcie Alex Caruso, a po 19 w trzecim Markieff Morris i Kyle Kuzma. To jest właśnie legacy LeBrona, umiejętność wykorzystywania nieoczywistych zawodników w najważniejszych momentach. Jak Dwight Howard zmieniający niczym Rondo kluby – on już był w Lakers a potem zagrał w Rockets, Hawks, Hornets i Wizards. W klubie ze stolicy rozegrał w poprzednim sezonie dziewięć meczów. To on zdobył 12 punktów i 11 zbiórek w meczu numer cztery finałów konferencji, świetnie grając przeciwko najlepszemu środkowemu ligi Nikoli Jokiciu, gdy mecz wcześniej Lakers przegrali. Ale znajdą się i tacy którzy z czasem powiedzą ze LeBron miał Howarda i Rondo. Weteranów mających 34 lata, dawno za górką, którzy byli w stanie podporządkować się roli rezerwowych.

Bo zagrać z LeBronem chce i będzie chciał zgrać każdy. Być w środku, poczuć magię Króla, który niezmiennie od lat gra najlepiej w najważniejszych meczach. 35-letni LeBron to w tym sezonie najlepszy asystent ligi, który kreuje partnerów i uzupełnia ich CV o pas mistrzowski. Davis już go ma, Howard zdobył w końcu mistrzostwo, choć wydawało się, że zdobędzie go razem z 35-letnim Kobe Bryantem lub All-NBA Jamesem Hardenem. Kto następny? Może ktoś z grona Chris Paul, Carmelo Anthony, LaMarcus Aldridge, DeMar DeRozan, Paul Millsap. Skoro w Cleveland pojawili się Shaquille O’Neal, Ben Wallace, Antawn Jamison, w Heat Ray Allen, Mike Bibby i Rashard Lewis, ponownie w Cleveland Derrick Rose, Derron Williams i Richard Jefferson, to dlaczego mamy nie zobaczyć kolejnych gwiazd? Bo to także jest legacy LeBrona Jamesa.

Euforia po remisie z Włochami, ale czy zmieniło się aż tyle?

Remis z Włochami wywołał euforię w narodzie. Jerzy Brzęczek z dnia na dzień stał się reformatorem, który wodę zamienia w wino, a kadrowiczów odkrywa w nowych rolach. Największe brawa za postawienie na Jakuba Modera i Sebastiana Walukiewicza, choć gwoli prawdy było to wymuszone koronawirusem Piotra Zielińskiego i pauzą za kartki Jana Bednarka. Ale to nie ważne, zdobywamy punkty z silnym rywalem, nie tracimy bramki. Mamy momenty.

Dzień po meczu, schodząc na ziemię zastanawiam się czy na pewno mieliśmy momenty. Czy po prostu zaparkowaliśmy autobus na tyle szczelnie, że nie zostawiliśmy za dużo miejsca. Albo mieliśmy wiele szczęścia przy strzale Frederico Chiesy w czwartej minucie. Pomoc była nastawiona na defensywę – Mateusz Klich, wspomniany Moder i Grzegorz Krychowiak to nie są wirtuozi rozegrania, do tego jeden napastnik. Lewandowski był najsłabszy w naszej drużynie,walczył z dwoma rywalami, ale zupełnie sobie z tym nie poradził, nawet nie oddał strzału. A gdy selekcjoner dorzucił Arkadiusz Milika nie zrobiło się nagle dla niego więcej miejsca. Lewy zszedł pod koniec meczu z kontuzją kostki – to niecodzienny widok, gdy kapitan reprezentacji jest zmieniany. To na pewno nie jest znak czasów, ale można się zastanawiać jak to możliwe, że zawodnik wielkiej klasy wraca do skuteczności z ery Waldemara Fornalika, a nie Adama Nawałki, gdy zdobywał gole seriami.

Brzęczek znowu wystawił Bereszyńskiego na lewej stronie i naród to kupił. Bo zero z tyłu. Fabiański za Szczęsnego? Ale zero z tyłu. Gdy z Holandią było jeden z tyłu, zwracaliśmy na to uwagę. Dzisiaj jest euforia. Słuchając ekspertów mam wrażenie, że 5-1 padło z Włochami a nie Finlandią. Niestety na szczelnej obronie i nowych twarzach chwalenie się kończy.

Niewidoczny Lewandowski oznacza praktycznie brak zagrożenia pod bramką rywali, bohater meczu z Finlandią Kamil Grosicki zameldował się dopiero po przerwie, podobnie jak lewy obrońca Michał Karbownik, który grał do przodu. W pomocy brakowało kreatywności. Wybijał się Moder, najlepszy obok Marco Verrattiego zawodnik meczu, ale głównie za defensywę i podejmowane decyzje. Gdy wchodził Grosicki, selekcjoner zdjął lepszego skrzydłowego Sebastiana Szymańskiego, a nie Kamila Jóźwiaka. Gdy schodził Lewandowski, postanowił się bronić za sprawą Karola Linettego. Notabene bardzo dobra zmiana jego i Karbownika, ale to także budzi pytania, czy musimy wystawiać Krychowiaka. Jestem zwolennikiem zmian, zaprzestaniem gry za dokonania i widzę w hierarchii wyżej zawodnika Torino FC.

Za chwilę Bośnia i Hercegowina. Ostatnio z nią wygraliśmy (Tutaj wpis) po golach Grosickiego i Glika – starej gwardii, która wtedy odrobiła jednobramkową stratę. Przed tamtym meczem zastanawialiśmy się czy Zbigniew Boniek powinien zwolnić Brzęczka, dzisiaj nosimy tego drugiego na rękach. Czy naprawdę zmieniło się aż tyle?

Polecane

7 ostatnich wpisów

PIŁKA NOŻNA

  1. Europa odjechała najlepszym klubom z Hiszpanii, a przed nami najsłabsze #ElClasico od lat #FCBREA
  2. Arkadiusz Milik na uboczu, a Osimhen z Lozano demolują Atalantę
  3. Brzęczek triumfuje z Bośnią, naród bije brawo, a Polska liderem grupy

INNE

  1. [historia] październikowe rozkminy.blog 2017, 2018 i 2019
  2. Publicystyka sportowa – ranking 2020, czyli na wszystko czasu nie starczy
  3. Nurmagomedov poddaje Gaethje i kończy karierę jako niepokonany zawodnik #ufc254
  4. Zimny prysznic Mateusza Gamrota, czyli idzie ścieżką Jana Błachowicza

Przegląd kadry podczas meczu z Finlandią na piątkę (5-1), a indywidualnie najlepszy (znowu) Grosicki

Trzynaście lat czekaliśmy na hat-trcka innego zawodnika kadry niż Robert Lewandowski (poprzednio Euzebiusz Smolarek przeciwko Kazachstanowi). To pokazuje skalę trudności a także to, jak Robert dominuje nasza reprezentację. W meczu z Finlandią trzy bramki strzelił Kamil Grosicki, czym nawiązał do najlepszych meczów naszego kapitana

4 gole z Gibraltarem w 2014,
3 gole z Łotwą w 2019
3 gole z Rumunią i Armenią w 2017
3 gole z Danią w 2016,
3 gole z Gruzją w 2015

Grosicki zrównał się liczbą bramek z Robertem Gadochą (16) i ma tylko jednego gola straty do Macieja Żurawskiego, najlepszego napastnika poprzedniego dziesięciolecia. Przepaść. Wyprzedza także Arkadiusza Milika (14), który w 50 meczach najczęściej grał także jako napastnik. A tuż przed Grosikiem są:

20 bramek – Dariusz Dziekanowski i Euzebiusz Smolarek,
19 – Roman Kosecki,
18 – Lucjan Brychczy,
17 – Maciej Żurawski

Wracając do meczu, przy pierwszym golu asystował… Milik, a przy drugim Jakub Moder. To drugi największy zwycięzca tego meczu. Za chwilę trio Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich i Piotr Zieliński, które urodziło się w końcówce eliminacji euro 2020 może czuć się zagrożone. Tym bardziej, że młody zawodnik Brighton & Hove Albion F.C. może grać zarówno na „6” jak i „8”. Podobnie jak Karol Linetty, na którego w takiej dyspozycji czekaliśmy od dawna i który takze zaliczył dobry występ. Jeśli dodamy do nich nieobecnych Krystiana Bielika i Jacka Góralskiego, to mamy rywalizacje. Brzęczek ma wybór! A jeszcze niedawno były głosy, że wybiera jedenastkę spośród 13 piłkarzy.

Przegląd kadry to był główny cel na ten mecz i trzeba przyznać, że został zdany na piątkę. W meczach towarzyskich szukamy zawodników, którzy za chwilę podejmą rywalizacje z pierwszą jedenastką. Podoba mi się taka koncepcja. Drugi bohater ostatniego dnia transferowego Michał Karbownik zagrał od początku na lewej obronie i także zaliczył asystę, ale dopiero po przesunięciu na lewe wahadło. Jakub i Michał – młodzi, zdolni, asystujący.

Strzelać oprócz Grosickiego mają napastnicy, a w meczu z Finlandią pod nieobecność Lewandowskiego zagraliśmy dwójką Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik. To także mi się podoba, dawno nie graliśmy na dwóch napadziorów, zatraciliśmy taka możliwość kosztem zgęstnienia środek pola. Z Finlandią strzelili obaj, co cieszy także z uwagi na ich problemy klubowe. Jeden nie spełnia oczekiwań i balansuje pomiędzy jedenastką a ławką, drugi nie został zgłoszony do rozgrywek na skutek wojny o transfer z właścicielem Napoli Aurelio De Laurentiisem. Wspólnie z Lewandowskim są pewniakami do wyjazdu na euro, na który weźmiemy w zależności od formy trzech lub czterech napastników.

Jerzy Brzęczek ma lepszych zawodników nr 12-22 niż Adam Nawałka i mecz z Finlandią to pokazał. Zawodnicy grają pewnie w swoich klubach, choćby Damian Kądzior od niedawna zawodnik SD Eibar, także zanotował asystę, a w kadrze przegrywa rywalizacje z Sebastianem Szymańskim, Kamilem Jóźwiakiem i Kamilem Grosickim. W końcu mamy zawodnika z La Liga i trudno go nie sprawdzać. Fajnie wyglądają rywalizacje na bokach obrony: Tomasz Kędziora lub Bartosz Bereszyński, Arkadiusz Reca lub Maciej Rybus lub Michał Karbownik. Bramkarze wiadomo, a środek z Kamilem Glikiem, Janem Bednarkiem oraz młodym Sebastianem Walukiewiczem to przyjemny ból głowy. Mamy dwie jednostki? To pokazuje nastroje po dobrym meczu kadry. Dzisiaj Włochy – czas na weryfikację młodych, czas na Roberta Lewandowskiego.

Czesław Michniewicz i Legia – związek nieidealny, ale jedyny logiczny

Trzy mecze wystarczyły, aby kibice Legii odwrócili się od nowego trenera. Czesław Michniewicz owszem źle zaczął, ale trudno, aby każdorazowo działał efekt nowej miotły. Na pierwszy rzut oka jedenastka Legii jest najlepsza w kraju, a druga biłaby się o puchary. W pierwszej kolejności przed Czesławem Michniewiczem zadaniem jest sprawić, aby piłkarze grali na miarę swoich oczekiwań. Niby proste, ale przecież z tego powodu pożegnano się z Aleksandrem Vukoviciem.

Przepis na trenowanie jest bardzo prosty: 1) piłkarze mają grać na miarę swoich oczekiwań w sposób powtarzalny 2) w kilku przypadkach mają zrobić progres 3) należy wprowadzać młodzież. Gdy pierwsze łączy się z drugim, mamy sukces – w nsszych warunkach dla Legii to Mistrzostwo Polski. Pierwsze z drugim to awans do rozgrywek grupowych europejskich pucharow (oczywiście w zależności od losowania). Często słyszymy, że Trener wypromował tego czy tamtego, czyli po prostu dał szansę, zbudował zawodnika, czyli miał cierpliwość. Po trzech meczach Michniewicza w roli trenera Legii:

Superpuchar – Legia Warszawa vs Cracovia Kraków 0-1
Kwalifikacje Ligi Europy – Legia Warszawa vs Qarabag FK 0-3
Kwalifikacje Ligi Europy – Legia Warszawa vs FC Drita 2-0

Cierpliwość stracili jej kibice. Plakaty: „Chórzysto nigdy nie będziesz Legionistą” po raz pierwszy pojawiły się w 2005, gdy po zdobyciu z Lechem Pucharu Polski, pół roku wcześniej do stołecznego klubu trafił Paweł Kaczorowski, a ostatnio także przy okazji meczu z Cracovią. Wtedy zawodnicy Lecha głośno świętowali śpiewając „Legła, legła Warszawa”, czego kibice tego nie zapomnieli. Przy każdym meczu wygwizdywali „swojego” zawodnika, który ostatecznie się poddał i odszedł po połowie roku z klubu. Jaki to ma związek z obecną drużyną? Otóż tamtą prowadził Czesław Michniewicz.

Dawne waśnie dla kibiców się nie przeterminują. A napisać, że Lech i Legią się nie lubią, to nic nie napisać. Rywalizacja przez wiele lat o tytuł najlepszej drużyny w Polsce, o najlepszych piłkarzy. Transfery na linii Poznań-Warszawa w zasadzie nie istnieją, wyjątkami byli jedynie Bartosz Bereszyński i Krystian Bielik (po zaledwie pięciu meczach). Po 14 latach od trenowania Lecha trudno za taki nazwać podpisanie trenera Michniewicza, ale kibice pamiętają 2004r.

Szkoda, że nie pamiętają poprzedników Michniewicza, trenerów z przypadku, często podpisywanych Last minute. Trenerów bez doświadczenia, dyrektorów w roli trenera i trenerów piłki nożnej kobiet. Na ich tle, Michniewicz to trener pełną gębą. Mnie urzekł nie Pucharem Polski z Lechem, nie Mistrzostwem z Zagłębiem Lubin. Bo w polskiej szarzyźnie ktoś musi wygrać. Nie przeszkadzają mi nawet słynne telefony do fryzjera i właśnie, jeśli mieliby się do czegoś przyczepić kibice, to do 711 połączeń, które nigdy nie zostały wyjaśnione.

Michniewicz ujął mnie sukcesami na arenie międzynarodowej, bo tylko te odróżnią trenera kopaczy z 32 ligi w Europie, od trenera piłkarzy. Młodzieżówka Michniewicza została w naszych warunkach drużyną roku 2019, o czym pisałem TUTAJ. To trener, który wchodząc do szatni ma za sobą piłkarzy, analityk, który nie pęka przed lepszymi rywalami. Takiego właśnie powinna mieć najlepsza drużyna lat dziesiątych, a to czy śpiewał 14 lat temu po (wtedy) swoim największym sukcesie, mi nie przeszkadza. Skoro ma taki talent, niech śpiewa w maju po Mistrzostwie Polski, a potem w sierpniu po awansie do rundy grupowej europejskich pucharów.