Euroliga powiedziała pas

Sezony Euroligi i EuroCupu zostały dzisiaj anulowane, co oznacza, że drużyny nie wrócą w czerwcu lub lipcu na parkiet i w konsekwencji, nie poznamy także mistrza. Szkoda wszystkich, przede wszystkim:

  1. Efesu, który był zdecydowanie najlepszy w tym sezonie:

Anadolu Efes Istanbul 24-4
Real Madryt 22-6
FC Barcelona 22-6
CSKA Moskwa 19-9
Maccabi FOX Tel Aviv 19-9

i miał szansę na pierwszy w historii tytuł w Eurolidze. Prowadzony przez najlepszego zawodnika rozgrywek Shane’a Larkina, w dodatku najlepszego strzelca i zawodnika z najlepszym wskaźnikiem efektywności grał znakomita ofenywna koszykówkę. Larkin cztery razy z rzędu został zawodnikiem kolejki, a w spotkaniu z Bayernem rzucił 49 punktów (!) bijąc rekord Euroligi.

2. Kibiców którzy byli świadkami 28 świetnych kolejek, z indywidualnościami, dobrymi zespołami i historiami, a niedawne odejścia gwiazd do NBA (Doncic, Bogdanovic) wyjątkowo wzmocniło myślenie o niej, jako o silnej lidze. Znakomicie wypromowany w internecie produkt, nie konkurował z NBA bo nie mógł – był bardziej alternatywą dla kibica, który chce oglądać wysoki poziom i uporządkowaną koszykówkę na żywo, nie zarywając nocy. Nie moglem się doczekać ćwierćfinałów CSKA z Maccabi oraz Final Four w Kolonii z dowolnymi parami.

3. Zarządający Euroligą, bo gdy okazało się chwile wcześniej, ze większość klubów chce powrotu, ale zawodnicy nie chcą grac, możliwy był najgorszy scenariusz. A ponieważ do wznowienia sezonu potrzebna byla zgoda wszystkich klubów, trudno bylo negocjować. Nie pomógł regulamin chroniący zawodników, którzy mieli zapewnione aż 80% pensji, a przy opcji powrotu 85%. Zawodnicy nie zaryzykowali gry dla 5% i ewentualnych kontuzji, oficjalnie ze strachu przed Covid-19. Nie ważne, że kolejne gospodarki wracają do codzienności, a do tego zawodnicy NBA bardzo chcą grać. Kluby straciły możliwość negocjowania i z zazdrością patrzyły na ACB, która rusza 17 czerwca. Wtedy rozpocznie się turniej – 33 mecze (dwie grupy sześcioosobowe w formacie każdy z każdym, dwa półfinały i finał) w dwa tygodnie. A ponieważ VTB wcześniej anulowała sezon, zostaną tylko w grze liga niemiecka i izraelska.

Po raz pierwszy od lat Euroliga poległa. Wiadomo, że nowy sezon ruszy 1 października w niezmienionym składzie drużyn. Zapewne zmienią regulamin, który uwzględni nową rzeczywistość, jednak przy takiej ewentualności zawsze zagraniczni zawodnicy rozjadą się po świecie i trudno będzie ich zebrać z powrotem. To wizerunkowa i finansowa wtopa machiny, na którą z niedawno zzazdrością patrzyły najlepsze kluby piłkarskie, o czym pisałem 18 miesięcy temu przy okazji artykułu w Der Spiegel:

Format nowej ligi byłby podobny do koszykarskiej Euroligi – 16 drużyn gra każdy z każdym, w sumie 30 meczów, a następnie faza pucharowa. Podobieństw jest więcej, bo koszykarska Euroliga swój główny produkt utrzymuje niezależnie od FIBA, ze specjalnymi zaproszeniami dla wybranych klubów (założyciele grają stale), ale trwa to na tyle długo, że nikogo nie dziwi kolejny pojedynek Realu z Barceloną.

Wielki sukces Justina Gaethje i UFC

Gala UFC 249 miała być wyjątkowa. Największą na świecie federacja MMA od dawna dzieli swoje gale na numerowane oraz na UFC Fight Night, gdzie mniej znani zawodnicy walczą po całym świecie prezentując swoje umiejętności. Mniej znani nie znaczy słabsi, bo same walki często są równie emocjonujące. Galę numerowane to krem de la krem. W przeciwieństwie do boksu, UFC regularnie paruje najlepsze nazwiska ze sobą, licząc na wielkie pieniądze z PPV. Nie ma nabijania rekordów, a jeśli mamy pretendenta, to w ciągu jednej/dwóch walk zawalczy z mistrzem. Są też wyjątki, gdy z różnych przyczyn (kontuzja, przerwy z walkami) nie udaje się spotkać. Tak było na gali nr 249, gdzie mieli wystąpić Khabib Nurmagomedov i Tony Ferguson. Nie wystąpili mimo, że pięciokrotnie próbowano połączyć najlepszych obecnie zawodników wagi lekkiej. W tle gali, pierwotnie wyznaczonej na kwiecień mieliśmy Koronawirusa i wszelkie zakazy, łącznie z brakiem zgody na imprezy masowe w Las Vegas, gdzie była planowana gala. Potem miało być Abu Zabi, sekretna wyspa, a stanęło na Jacksonville na Florydzie. Niestety w trakcie zmiany lokalizacji gali okazało się, że udział najlepszego zawodnika UFC Nurmagomedova nie będzie możliwy. Najpierw z powodu braku możliwości przemieszczania, a następnie z powodów religijnych, bo Dagestańczyk nie walczy w okresie ramadanu. W pierwszej kolejności mrugano do Conor McGregora, który jest tak znaczącym nazwiskiem, że sprzeda każdą galę, nawet tę bez publiczności. Ferguson vs McGreggor? Brzmi super, ale Irlandczyk także nie mógł się przemieścić i wybrano zestawienie z Justinem Gaethje.

Słynący z atomowych uderzeń Amerykanin, kontra obdarzony fantastycznymi warunkami i niepokonany od 2012 Boogieman. Wariant amerykański był zdecydowanie najciekawszym pojedynkiem gali 249 zarówno przed pojedynkiem jak i po. Na UFC patrzył w nocy cały świat. To pierwszy amerykański sportowy event od czasu epidemii, topowe wydarzenie realizowane bez udziału kibiców, ze szczególnymi środkami ostrożności (choćby trenerzy zawodników w maskach, minimalna liczba osób na hali). Tej nigdy za wiele, bo gdy okazało się, że Jacare Souza miał kontakt z osobą z koronawirusem, a potem okazało się, że także jest zarażonych jest dwóch ludzi z jego otoczenia, Dana White wytrzymał ciśnienie. W końcu na 300 przebadanych osób przed galą, ktoś mógł przechodzić bezobjawowo Covid19.

Gala miała kilka ciekawych zestawień, ale niestety błyskawicznie Francis Ngannou (Jairzinho Rozenstruika) i Henry Cejudo (Dominicka Cruza) nokautowali swoich rywali. Podobnie miał wyglądać main event, bo kto przypuszczał walkę na pełnym dystansie 25 minut tak ofensywnie usposobionych wojowników. W pierwszej rundzie lepszy był Gaethje – oddawał sporo ciosów, które zaskakująco dochodziły do głowy Fergusona. Ten czasem odpowiedział, ale bez poważnych konsekwencji, raczej kwitował je uśmiechem prowokując rywala. W drugiej rundzie podobnie, za wyjątkiem ostatnich sekund, gdy El Cucuy podbródkowym posłał rywala na deski. Uratował go gong zakończenia rundy. Od trzeciej, ku zaskoczeniu trwała demolka, a w pewnym momencie wszystkie ciosy Gaethje ładowały na głowie przeciwnika. Gaethje nie zrobił błędu i nie szarżował po nokaut, czekał i rozbijał twarz rywala. My się zastanawialiśmy, ile jeszcze wytrzyma. Wcześniejszy knock-down nie miał znaczenia, a rozcięcie barkiem policzka i kolejne ciosy masakrowały twarz Fergusona. Czwarta i piąta runda wyglądały podobnie, aż po jednym z ciosów na 81 sekund do końca sędzia Herb Dean zakończył masakrę. Ferguson na początku nie zgadzał się z werdyktem, ale ledwo stał, a lejącą się krew nie pozwalała mu patrzeć przed siebie. Szybko okazało się, że doznał złamania kości oczodołu i czeka go spora przerwa. Gaethje po zwycięstwie i zadaniu 143 celnych ciosów ostentacyjnie odrzucił tymczasowy pas, twierdząc, że czeka na właściwy. Na razie otrzymał kolejne bonusy w kolejnej walce:

2020.05 występ i walka wieczoru oraz tymczasowy pas,
2019.08 występ wieczoru,
2019.03 walka wieczoru,
2018.08 występ wieczoru,
2018.04 walka wieczoru (porażka z Dustinem Poirierem),
2017.12 walka wieczoru (porażka z Eddiem Alvarezem),
2017.07 występ i walka wieczoru.

Nikt nie walczy w UFC bardziej widowiskowo niż Justin Gaethje, a jego walka z Nurmagomedovem to najbardziej oczekiwana walka w UFC.

Polska piłka klubowa jest w dupie

Legendarny niski poziom i porażki z dziwnymi klubami. O tym już było. Hasło eurowpierdol na stałe weszło do annałów polskiej piłki i to raczej nas traktuje się jako leszczy do bicia. Organizacyjnie wyglądamy równie słabo, mimo dobrych stadionów, social mediów i otoczki telewizyjnej. Cytując klasyka, skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle.

Pieniądze z gigantycznego kontraktu telewizyjnego (160 mln PLN za sezon) są przejadane. Nieadekwatne do wyników sportowych pensje kopaczy, to nie jedyny problem, bo głównym jest brak strategii. Gdy liga nie gra, nie ma pieniędzy z dni meczowych. Ale i tutaj mamy paradoks, bo są kluby, które dokładają do organizacji wydarzenia. Ale jest też taki klub, który wydaje 120% budżetu na pensje piłkarzy. Wypisz wymaluj polska ekstraklasa.

Brak grania to brak kasy z transmisji. Ogromny problem dla przedsiębiorstw, jak zaczęto mianować polskie kluby. Przedsiębiorstw, czyli zabawek prywatnych ludzi w futbol managera. W rzeczywistości, wiele klubów jest dotowanych przez miasta, też nie wiem, dlaczego. Rentowość tych przedsiębiorstw jest taka, że miasta dotują ekstra kasą w trakcie sezonu kluby, które przejadają pieniądze. Tak zgrabnie połączę pierwsze akapity.

O zaciągu słabych Słowaków napisano wszystko, podobnie o braku koncepcji na trenera, który ma w krótkim momencie zmienić wyniki drużyny bez innych zmiennych. Efekt nowej miotły działa krótko, bo jak mawiał Albert Einstein: Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. Z kolei Warren Buffett mawiał: dopiero podczas odpływu okazuje się kto pływał nago. Dwa cytaty, które idealnie obrazują, gdzie jest polska piłka.

Brak kasy to dla klubów to konieczność renegocjacji kontraktów z zawodnikami. Podstawowe zasady – wydawać mniej niż zarabiasz oraz kontroluj wydatki, nie działają w realiach klubowych. Pierwsze rozmowy z piłkarzami dotyczące renegocjacji kończyły się brakiem porozumienia, bo przecież piłkarze mogą grać i powinni mieć płacone to, co w kontrakcie. Nawet potrafię to zrozumieć, bo mamy zbieraninę najemników różnej narodowości, która nie identyfikuje się z klubami. Błąd został popełniony wcześniej – nieodpowiedni piłkarze za nieodpowiednie pieniądze. Potem poszło lepiej, ale nie ze wszystkimi się dogadano. A co klub to inne podejście – 70%, 50% albo mrożenie części pieniędzy. Są też kluby, które zaczęły od cięcia wydatków administracyjnych, a nie zawodnikom, co z punktu widzenia pasku wypłat jest śmieszne.

Piłkarze są najbardziej przepłaconym zawodem świata i redukcja wypłat o połowę tego nie zmieni. Dwie godziny treningów, pobyt w galerii handlowych, a resztę czasu na Instagramie i przy konsoli. Stereotyp nie jest przypadkowy, choć często mówi się, że skoro kluby zarabiają dzięki piłkarzom to oni powinni być beneficjentami zysków. Przyznam, że dziwny model zarządzania przedsiębiorstwem.

Słabi piłkarze, czyli tacy, którzy wybrali grę w 31 lidze Europy kierują się przy podpisywaniu kontraktów ich wysokością, dlatego między bajki włóżmy przywiązania do barw klubowych, może pod koniec kariery takie są, gdy trzeba zdecydować co dalej. Dlaczego zatem ktoś ma z tego zrezygnować? Przecież piłkarz wybrał klub, który najlepiej płaci właśnie dla pieniędzy. I ich koronny argument, że w piłkę się gra 10-15 lat. Nikt nie kalkuluje po zakończeniu „kariery” pójść do normalnej pracy, to dyshonor. Ewentualnie własny biznesik czy wynajmowanie mieszkań.

Dochodzimy do sedna – w minionym tygodniu miała miejsce przepychanka – grać czy nie grać. Jeśli grać to na jakich zasadach? Jakie elementy wprowadzić, aby poprawić bezpieczeństwo? Ile osób może być jednocześnie na stadionie? Czy piłkarze i ich rodziny mają mieć kwarantannę? Pytania ważne, ale raczej uzupełniające w kontekście grania lub nie. Kluby podzieliły się na obozy, którym opłaca się dokończyć sezon, bo cele sportowe, bo budżetowe oraz na te, które są niczym spasiony kot nie mają na to ochoty. Kluby są same winne sytuacji, w której piłkarze mogą zdecydować, czy mają ochotę grać. Nagle nie ma argumentu o płaceniu kontraktu, tylko w grę wchodzi życie. I co będzie, gdy pojawią się pierwsze zachorowania? Podczas gdy cały piłkarski świat zastanawia się nad minimalizowaniem strat i odpychaniem wizji bankructwa, u nas problemem jest kwarantanna dla żony piłkarza. No ale przez lata piłkarze przejadali klubowe budżety i wszystko im się należało, dlaczego nagle mają się czemukolwiek podporządkowywać i to za mniej?

I kwestia ostatnia. Finansowanie klubów przez miasta zostanie zminimalizowane, a raczej zaniechane. Kilka klubów stanie na krawędzi egzystencji, co zrobić bez tych pieniędzy. Presja społeczeństwa i porównywanie pensji piłkarzy z pielęgniarkami, wszechobecny kryzys, bankructwa firm i problemy pierwszej potrzeby z piramidy Maslowa sprawią, że nie będzie to tak powszechne. Może i dobrze, bo skoro ma być profesjonalnie, to niech będzie. Spadnie poziom? I tak ekstraklasy nie ogląda się dla poziomu. Odejdą piłkarze? W pierwszej kolejności ci, którzy nie zdecydowali się na obniżenie kontraktów. Może to jest okazja, żeby dostosować place do poziomu 31 ligi w Europie. Po owszem mamy ósmy największy kontrakt w Europie za transmisje, ale kluby najczęściej sponsorują bookmacherzy, bo nikt inny nie chce kojarzyć się z kibolami albo mieć utrudniony biznes we wrogom dla klubu mieście. Problemy będzie miał także Canal Plus, który musi wywiązać się z podpisanego kontraktu (ciekawe, że kluby nie chcą go renegocjować) i na pewno odczuje odpływ abonentów. Ci kupują produkt premium dla meczów i sporo z nich w okresie Koronawirusa zrezygnowało z subskrypcji. A jeszcze w przyszłym sezonie będzie trzeba wypłacać gigantyczny kontrakt. Do tego kwoty transferowe pójdą w dół, młodzi piłkarze nie będą wyjeżdżać choćby do Włoch, a przecież ich transfery pozwalały ukrywać niekompetencje działaczy i wydawać ponad stan. Tego także nie będzie.

Z archiwum FIBA – Grecja vs USA z 2006

Mecz Grecji z USA z 2006 roku to klasyczny must see, bo co prawda wynik jest wszystkim znany, ale w turnieju obie drużyny szły jak burza, wygrywając pierwsze siedem spotkań. A ósme pomiędzy sobą rozegrali w półfinale. Grecy wcześniej pokonali m.in. Turcje, Litwę i Francje, a USA – Włochy, Słowenię i Niemcy (wicemistrzów Europy 2005 TUTAJ). Drużyny rozpoczęły spotkanie w następujących piątkach:

Grecja – Dimitris Diamandidis, Nikos Hatzivrettas, Andonis Fotsis, Michalis Kakiouzis, Lazaros Papadopulos
USA – Kirk Hinrich, Joe Johnson, LeBron James, Carmelo Anthony, Elton Brand

Amerykanie nie grali najsilniejszym składem na tych mistrzostwach, po igrzyskach w kadrze więcej nie zagrali Tim Duncan i Allen Iverson, a dopiero za dwa lata mieli w niej zagrać Kobe Bryant i Jason Kidd (ponownie po 2000 roku). Tematu kadry i Kevina Garnetta oraz Tracego McGradego nigdy nie było, podobnie jak Shaqa, który trzy miesiące wcześniej zdobywał tytuł w Miami. Grecja to ówczesny mistrz Europy z gwiazdami Euroligi – MVP Final Four Theo Papaloukas i najlepszy obrońca Euroligi Dimitris Diamandidis. Wcale nie takie ogórki, ale z LeBronem Jamesem czy Dwyane Wadem nie byli faworytami. Dodam, że MVP Mistrzostw Europy 2005 był oczywiście Dirk Nowitzki, a w pierwszej piątce turnieju oprócz uznanych gwiazd Juana Carlosa Navarro i Borisa Diawa byli właśnie Papaloukas i Diamandidis.

Zaczęło się nerwowo od niecelnych rzutów, ale pierwsze punkty zdobył Papadopulos w grze 1 na 1 z Eltonem Brandem. W odpowiedzi przedzierał się pod kosz Carmelo Anthony, ale Papadopulos grał twardo i mimo faulu pokazał, że nie będzie łatwych punktów. Nie będzie także łatwego kozłowania, bo gdy Elton Brand kozłuje to Diamandidis zabiera mu piłkę. Grecy podwajają Carmelo, a Amerykanie umiejętnie rozrzucają i Kirk Heinrich trafia z wolnej pozycji. 5-2 USA. W obronie jednak po zasłonach nie ma przejmowania. Diamandidis w pojedynku z Heinrichem z perspektywy 14 lat po wygląda trochę inaczej. Pierwszy jest legendą Euroligi, drugi nie sprostał oczekiwaniom NBA – szybkości, fizyczności i obronie, a z perspektywy czasu to spotkanie profesora z Hellady z Amerykaninem. Na parkiecie Elton Brand blokuje Papadopulosa, po pierwszej akcji i słabej obronie. Grecy w odpowiedzi przechwytują piłkę Heinrichowi i wsadzają piłkę do kosza. 6-5. Elton Brand po swoim życiowym sezonie w Clippers (24,7 pkt., 10 zb.) skacze na zbiórce z dwoma Grekami i wcale nie widać tej amerykańskiej fizyczności. Raczej brakuje centymetrów, a na ławce siedzą wysocy Fotsis i Schortsanitis. Ten drugi pojawia się na boisku z uwagi na drugi faul w połowie pierwszej kwarty Papadopulosa. za Hinricha wchodzi Chris Paul, najlepszy debiutant NBA. Wytrzymuje wyjście z połowy plecami z Diamandidisem. Schortsanitis 1 na 1 jest faulowany, a dla Branda to także drugi faul. Wchodzi niespełna 21 letni, chudy Dwight Howard, który obsłużony przez LeBrona, dunkuje z wielką siłą. 13-9. Pojawia się także Vassilis Spanoulis w bujnej czuprynie, kolejna legenda Euroligi, który trafia po zasłonię, a CP3 nie nadąża. Dwight nie ma problemu ze zbieraniem przeciwko dwójce podkoszowych Grecji i po zbiórce ponownie wsadza piłkę do kosza, a w kolejnej akcji jest faulowany po zbiórce. Bestia. Grecy nie zastawiają swojej tablicy, zbiera także Wade. Wade zmienia kierunki podczas dwutaktu, zawisa w powietrzu i ogląda się to znakomicie. Chris Paul blokuje zza pleców Spanoulisa. Ten w jednej z akcji Amerykanów staje w swoim stylu (którym czarował na parkietach Euroligi) na ofensywnego Wade’owi. 20 do 14 dla USA.

Druga kwartę Amerykanie zaczęli na parkiecie z Cp3, JJ, LBJ, Melo i Howardem. Król zdobył pierwsze punkty i faworyci prowadzą 22-14 najwyżej w meczu. LeBron w dwóch kolejnych akcjach najpierw wpadł na Diamandidisa, a potem faulował Spanoulisa przy trójce. Ten trafia wszystkie rzuty. Po jumperku Carmelo, w kolejnej James wsadza po kontrze z impetem piłkę. Grecja bez wygrywania zbiórek nie ma szans na zwycięstwo. A w tym momencie jest 14-6 w zbiórkach. Carmelo trafia z bliska i kontry, a przy wyniku 30-21 ma 12 punktów. Trafia JJ za trzy z prawej rogu strony. Grecja wszystkie piłki gra przez Papadopulosa, który radzi sobie z Howardem. Przede wszystkim jest większy i znakomicie to wykorzystuje. Dość zabawna jest ofensywna akcja Heinricha, który stoi po lewej w rogu na wolnej pozycji i nie wyrzuca piłki z rąk opadając po wyskoku. Czy naprawdę nie było lepszych rozgrywających w NBA? Może trzeba było wziąć Derona Williamsa wzorem Paula albo Chauncey Billupsa, bo Gilbert Arenas zapewne nie pasował do towarzystwa ze względów charakterologicznych. Chris Paul dostaje bloka przy wsadzeniu piłki od Diamandidisa, a Heinrich kilka sekund później fauluje Spanoulisa przy próbie za trzy. Brakowało tej drużynie generała, dlatego należy docenić rolę Jasona Kidda na igrzyskach w 2008. W Grecji było ich trzech – Diamandidis i Papaloukas dość szybko odrobili prowadzenie i zdobyli licząc z osobistymi Spanoulisa 7-0 wciągu niecałej minuty. Mike Krzyżewski bierze czas. Amerykanie grają indywidualne akcje, ale dalej dominują zbiórkę. Patrząc na wynik nie widać ich słabości, chociaż trójka Diamandidisa z wolnej pozycji zbliża obie drużyny, a po wsadzie Schortsanitis, a po błyskawicznej kontrze od Papaloukasa jest 36-35. Chwilę później na z zespołową akcje Amerykanów odpowiada ponownie trzy akcje z rzędu (!) Schortsanitis obsłużony dwukrotnie przez Spanoulisa i raz przez Papaloukasa. Grecja gra, Amerykanie stoją. Grecja prowadzi 41-38. Papaloukas wchodzi pod kosz w taki sposób, że Chris Bosh się przewraca. To Grecja jest fizyczniejsza w tym meczu, gra twardo i znakomicie dzieli się piłka. W dodatku kilka kolejnych akcji z rzędu kończy punktami. Osobiste Amerykanów zmniejszają przewagę i jest 45-41 dla Grecji. A w samej drugiej kwarcie Grecy wygrali 32-21, dając prawdziwy koncert.

Diamandidis otwiera wynik trzeciej kwarty, a Heinrich znajduje Howarda pod koszem. Amerykanie podwajając Diamandidisa odpuszczają Fotsisa, który trafia trójkę. Mamy największe prowadzenie w meczu 50-43. W odpowiedzi Heinrich trafia trójkę, a Anthony wbija się na kosz na potężnego Schortsanitisa i jest faulowany, ale nie trafia dwóch osobistych. 11 na 19 z linii rzutów wolnych to bardzo słaby wynik. W kolejnej akcji ponownie indywidualnie pod kosz wchodzi Anthony zdobywając punkty. W tamtej ekipie był najlepszy – był za duży dla SF, a za szybki dla PF. Z kolei Schortsanitis trafia piłki dostarczone pod kosz. Baby Shaq blokuje także z faulem LeBrona Jamesa. Ten nie trafia dwóch osobistych. Trzeci muszkieter Wade jest faulowany w kolejnej akcji przez potężnego Greka, który musi usiąść na ławce po trzech faulach. Szkoda, bo rzucił dotychczas 14 punktów i był odpowiedzią na zbiórki amerykanów. Wade trafił dwa razy z linii rzutów wolnych, ale w kolejnej akcji po zasłonie trafia Spanoulis za trzy. Elton Brand nie przejmuje po zasłonie zawodnika, tylko cofa się pod kosz. Chris Paul nie ma szans bronić takich akcji, które Grecy będą trafiać. 59-50. James nie trafia trójki, jest niewidoczny, a w obronie Diamandidis trafia mu sprzed nosa trójkę, chwilę później Kostas Tsartsaris trafia za trzy. 65-51. Grecy trafiają wszystko, ale nadal twardo bronią. Do tego sporo faulują, ale Amerykanie nie trafiają osobistych. Dimos Dikoudis trzy kolejne akcje trafia za dwa, wcześniej Carmelo za trzy i ma już 18 punktów, ale przewaga wynosi 13 punktów. Grecja gra seriami, jak któryś z zawodników trafia, dostaje piłkę także w kolejnej akcji. Dikoudis dostał fantastyczne podanie w jeszcze jednej akcji, ale LeBron James go zablokował. Anthony znowu trafia trójkę. Diamandidis ćwiczy tym razem Chrisa Paula, który zdziwiony odgwizdanym faulem ma szczęście, że wtedy nie panowała moda na memy. Dikoudis ogrywa grą plecami Wade’a jak dziecko. Amerykanom nie idzie po obu stronach parkietu. Starają się tak bardzo, że w jednej z akcji Wade i Shane Battier rzucili nurka po piłkę na parkiet. Grecja rozgrywa długo piłkę, w dodatku trafia 62% z gry. Bardzo dobrym pomysłem jest ustawienie w jednej z akcji Battiera (najlepszego obrońcę) na Spanoulisa, bo w niej został on zablokowany. Ale w ostatniej akcji Spanoulis przebiegł całe boisko w cztery sekundy i trafi buzzer beatera nad Battierem i JJ. 77-65, a w samej trzeciej kwarcie 32-24! Cytując klasyka: sensacja wisi w powietrzu.

Ostatnią kwartę USA zaczęli piątką: Heinrich, Wade, JJ, James i Anthony. Bardzo niski skład ma bazować na szybkości i rzutach z dystansu. Lepiej też bronić po zasłonach Diamandidisa i Spanoulisa. Na trafienie 2+1 Wade’a odpowiada Kakiouzis za trzy. Minuta minęła, wynik bez zmian. Gra USA się zmieniła, więcej podań, więcej dynamiki. Gonią. Grecja gra sprytnie, pod kosz. Kakiouzis pod kosem trafia 2+1, odpowiada Melo trójką. Papaloukas pod kosz, Wade za trzy. Bardzo dobrze grają Amerykanie zdobyli 12 punktów w trzy minuty, ale Grecja gra swoje. Dziwne, że na granie akcji Greków pod kosz, przeciwnicy nie odpowiadają Howardem, który w pierwszej połowie zdobył 10 punktów i 7 zbiórek. Grecja to Grecja, a w kontrze trzech na dwóch, Spanoulis spowolnił grę, dając Papaloukasowi rozegrać powoli akcje. W kolejnym kontrataku akcji Spanoulis był faulowany przez Cp3a a Wade za późno zbijał piłkę z kosza. Spanoulis po turnieju miał dołączyć do Yao Minga w Houston, ale rozegrał w Rockets jedynie 31 meczów wracając do Europy. Chris Paul gubi piłkę od LeBrona i dalej utrzymuje się 11 punktów przewagi. Na ławce dalej siedzi Schortsanitis, który dalej ma trzy faule, ale bardzo by się przydał. Battier pod koszem po raz trzeci blokuje przeciwników, tym razem Tsartsarisa. Wchodzi Schortsanitis, a LeBron bierze grę na siebie i trafia dwie kolejne akcje, ale w obronie (co zrozumiałe) w pierwszej akcji fauluje Baby Shaqa. Krzyżewski dalej gra bez podkoszowego. Wade marnuje wsad, który powinien zakończyć, a Diamandidis nie łapie piłki od Papaloukasa. Nerwy, osiem punktów przewagi, LeBron znowu wchodzi pod kosz i trafia. Podobnie jak Spanoulis mijając Wade’a. Gdy Heinrich trafia trójkę, mamy 2,5 min i pięć punktów, co zapowiada sensacji. Ale, gdy nagle trafia Spanoulis za trzy jest szok. Gdy prawie doszli, nagle dostali cios, wracamy do ośmiu punktów przewagi. Amerykanie stoją na obwodzie wymieniając piłkę, nie ma zasłon, nie ma podkoszowego, nie zbierają. Grecja zbiera nawet w ataku, gra długo, sekundy uciekają. Amerykanie faulują przegrywając sześcioma punktami. Heinrich ponownie trafia z rogu trójkę, reklamując, że Schortsanitis go faulował. Zaraz po wznowieniu znowu szybki faul Heinricha, który musi zejść po piątym przewinieniu. Szkoda, bo to jeden z najlepszych strzelców z dystansu, a w końcówce dwa razy trafił rzut za trzy. James trafia za dwa, po czym sprytnie Amerykanie odcinają wznowienie i jest błąd pięciu sekund. Ale dramaturgia – do końca zostało 27 sekund i jest cztery punkty przewagi. Chwilę później Carmelo nie dorzuca (!) za trzy. Najlepszy zawodnik rzuca air balla. Fotsis zbiera i faulowany trafia osobiste. Trafia za dwa LeBron. Kakiouzis nie myli się z linii rzutów wolnych. LeBron nie trafia trójki, Wade zbiera, Paul nie trafia, Papaloukas wykopuje piłkę. Sensacja. Grecja pokonuje USA.

Grecja – USA 101-95 (14-20, 31-21, 32-24, 24-30).

Grecja: Vassilis Spanoulis 22, Mihalis Kakiouzis 15 (6 zb.), Sofoklis Schortsanitis 14, Dimitris Diamantidis 12 (5 as.), Antonis Fotsis 9, Dimos Dikoudis 8, Lazaros Papadopoulos 8, Theo Papaloukas 8 (5 zb., 12 as.), Kostas Tsartsaris 3, Nikos Hatzivrettas 2.

USA: Carmelo Anthony 27, Dwyane Wade 19, LeBron James 17 (5 zb, 5 as.), Kirk Hinrich 12, Dwight Howard 10 (7 zb.), Chris Bosh 3, Joe Johnson 3, Chris Paul 3 (6 zb.), Shane Battier 1, Elton Brand 0,

Moje podsumowanie sezonu 2019/20 #plkpl

Zaskakująco zakończył się sezon 2019/20 w Energa Basket Lidze. Koronawirus zaprzepaścił wszystkim plany – klubom, zawodnikom i kibicom. Decyzja Prezesa PLK Radosława Piesiewicza o zakończeniu rozgrywek z punktu widzenia zdrowia zawodników (i pracowników klubów) była właściwa, ale pozbawiła ona wszystkim emocji. A ich w bieżącym sezonie nie brakowało.

Anwil Włocławek szedł po swoje three-peat niczym legendarny Śląsk 98-02, Prokom 04-12 i Stelmet 15-17, a raczej dopiero się rozpędzał celując z formą w play-offy. Wcześniej priorytetem była Europa, czego efektem było szóste miejsce z bilansem 5-9. Niby słabym, ale pięć ostatnich porażek zakrywa obraz wcześniejszej dobrej gry. Gdy pod koniec stycznia Joventut Badalona wykupił kontrakt Tony Wrotena, jasne było, że pokazywanie się w pucharach zostało zakończone i wraca kurs na ligę. Doszły kontuzje McKenziego Moore’a i Shawna Jonesa, ale ofensywna siła Anwilu w piątce Dowe, Simon, Ledo, Sokołowski (Freimanis) i Jones była ogromna, co pokazali w Pucharze Polski. A rozstawienie w przypadku Anwilu w ostatnich latach nie miało żadnego znaczenia.

2018/19 – 4 miejsce, mistrzostwo
2017/18 – 1 miejsce, mistrzostwo
2016/17 – 1 miejsce, ćwierćfinał
2015/16 – 3 miejsce, półfinał

Ostatecznie skończyło się na trzecim miejscu, które powinno stawiać Anwil w gronie przegranych sezonu. Celowanie w Europę, największy budżet, duet Ledo i Wroten, a personalnie najsilniejszy skład. Zdrowy Anwil w półfinale i finale byłby faworytem każdego zestawienia. Byłby.

Mistrzem Polski został (Eko) Stelmet Zielona Góra, drużyna w przeciwieństwie do poprzednich sezonów zbudowana z mniejszym rozmachem, gdzie główną rolę pełnił najlepszy trener sezonu Zan Tabak. Ściągnięty ze Startu Lublin Joe Thomasson, znakomity rozgrywający Ludde Håkanson, (spad) z Włocławka Jarosław Zyskowski i jedyny zarabiający o ponad 50000 PLN miesięcznie Drew Gordon, plus kilku zadaniowców (Ivica Radic – najlepszy rezerwowy, Tony Maier, Marcel Ponitka) i doświadczeni Łukasz Koszarek i Przemysław Zamojski byli zdecydowanie najlepszą drużyną w sezonie regularnym. Na play-offy zatrudnili George’a Kinga, który w ostatnim spotkaniu z MKS Dąbrowa Górnicza zdobył 19 punktów na dobrej skuteczności (64%) i 9 zbiorek. Był spory potencjał kadrowy, niesamowicie rozwinął się Zyskowski (także w roli lidera, średnie 15,7 pkt, 54% z gry, 3,5 zb., 1,6 as., 47% za trzy), a w przeciwieństwie do Anwilu – skład był bardzo zbilansowany. Szkoda, że nie doczekaliśmy się wielkiego finału, ale w sezonie regularnym było jednostronnie.

Stelmet – Anwil 101:77
Anwil – Stelmet 79:95

Największą sensacją jest srebrny medal Startu Lublin. Po latach śledząc medalistów z poszczególnych lat z zaskoczeniem będziemy czytac o drużynie Davida Dedka, która została świetnie zbudowana – każdy z czterech obcokrajowców był znaczącym zawodnikiem ligi i mógł być brany w pierwszych piątkach sezonu (Brynton Lemar, Tweety Carter, Martins Laksa, Jimmie Taylor). Do tego wysocy Kacper Borowski i Roman Szymański oraz Mateusz Dziemba z nagrodą największego postępu. Choć moim zdaniem bezapelacyjnie Zyzio ze Stelmetu.

Brak medalu dla Asseco Arki i Polskiego Cukru to także niespodzianka. Gdynianie przegapili moment na wzmocnienie składu, gdy kontuzji doznał Phil Greene. Łączenie pucharów z ligą, z 35-letnim Krzysztofem Szubarga na rozgrywaniu, względnie każąc rozgrywać Joshowi Bosticowi to nie były dobre decyzje. Podobnie jak ściągnięcie Adama Hrycaniuka, który na fali udanych mistrzostw Europy powrócił po sześciu latach do trójmiasta, ale indywidualnie był największym rozczarowaniem sezonu. A gdy wspomniany Greene doznał kontuzji zakontraktowano Armani Moore’a, który dawał sporo w obronie i mógł w decydujących momentach rozszerzyć ustawienie trenerowi Frasunkiewiczowi, ale potem skorzystał z większych pieniędzy w EWE Baskets Oldenburg. Duet Greene/Leyton Hammonds zawiódł, podobnie jak Ben Emelogu, który dawał wiele w obronie, ale w ataku Bostic nie miał odpowiedniego wsparcia. Te miał dać Kyndall Dykes sprowadzony za Emelogu, ale podobnie jak King w Stelmecie czy Moore z Anwilu nie miał okazji do pokazania się w decydujących meczach.

Polski Cukier jest najbardziej pokrzywdzoną drużyna, jeśli chodzi o przyjęte rozwiązanie. Mająca lepszy bilans procentowy niż Arka, a tyle samo porażek co Start i Anwil, z uwagi na mniejszą liczbę meczów usytuowano ich na miejscu piątym. A do pewnego momentu byli najlepszą drużyną ligi, w której duet Chris Wright & Keith Hornsby grał na poziomie MVP rozgrywek. Potem przyszły trzy porażki z rzędu z BM Slam Stal Ostrów, Anwil Włocławek i Legia Warszawa, które wyhamowały entuzjazm, mimo debiutu w tym sezonie Karola Gruszeckiego w tych meczach, bo reprezentant polski pierwsze występy w tym sezonie zanotował dopiero pod koniec grudnia. W lutym jeszcze w półfinale Pucharu Polski wygrywali ze Stelmetem po niesamowitej trojce Bartosza Diduszko. Z perspektywy sezonu mogło być zdecydowanie lepiej.

Największym rozczarowaniem sezonu jest sposób jego zakończenia. Bez wcześniejszych konsultacji, kluby postanowiły nie płacić zawodnikom za kontrakty. Z dnia na dzień zawodnicy zostali na ludzie, a jeśli nowy sezon zacząłby się w połowie września to oznacza półroczną przerwę w płatnościach. Zawodnicy zostali winni temu, że kluby są źle zarządzane, płacą z dnia na dzień, często z opóźnieniem, a decyzje argumentowano także brakiem wpływu z dnia meczowego. Z Amerykanami się udało, bo w dobie koronawirusa zgadzali się na rozwiązywanie kontraktów i powrót do USA. Co ciekawe, kluby dogadały się na jednogłośny komunikat:

Każdy z klubów Energa Basket Ligi poniesie duże straty finansowe. Równoznaczne jest to z brakiem możliwości wypłacenia pełnych kontraktów zawodników i trenerów za cały, wstępnie planowany, sezon 2019/2020.

Bardzo słabe rozwiązanie, które będzie miało swoje konsekwencje – nastąpią przetasowania kadrowe oraz będą ciągnęły się sprawy w BAT, czyli koszykarskim sądzie. Na pewno zmieni się sposób finansowania klubów – miasta będą miały inne wydatki, a firmy prywatne będą dwa razy oglądać wydane na promocje pieniądze. Ale skoro PZKosz pozwolił na funkcjonowanie klubów które ledwo dychają, nie wypłacają kontaktów na czas, a jeden/dwa miesiące bez meczów oznacza zupełny brak pieniędzy. Koszty funkcjonowania sa zbyt wysokie, zapewne najwięcej wydaje się na kontakty, bo zawodnicy są przepłacani. A jak widać, nawet te kontakty nie sa wypłacane. Dlatego najlepsi obcokrajowcy odejdą z EBL i być może przedsezonowa reforma, czyli rezygnacja z przepisu o dwóch Polakach w kolejnym sezonie sprawi, że będziemy grać swoimi.

Moje nagrody:

MVP – Jarosław Zyskowski – najlepszy zawodnik najlepszego zespołu.

Najlepszy Polski zawodnik – Jarosław Zyskowski.

Największy postęp – Jarosław Zyskowski.

Obrońca roku – Jimmie Taylor.

Trener – Zan Tabak (wyróżnienie: David Dedek).

Rozczarowanie roku indywidualnie – Adam Hrycaniuk (wyróżnienie: Kyle Weaver).

Rozczarowanie roku – sposób zakończenia sezonu klubów z zawodnikami (wyróżnienie: Stal Ostrów Wielkopolski).

Rezerwowy – Ivica Radic.

Najlepszy młody zawodnik – Adrian Bogucki.

Najlepszy polski debiutant – Aleksander Dziewa.

Robert Horry – Przemysław Zamojski 10 mistrzostwo.

Najlepsze piątki sezonu:

  1. Ludde Håkanson, Josh Bostic, Ricky Ledo, Jarosław Zyskowski, Jimmie Taylor.
  2. Tweety Carter, Michał Michalak, Chase Simon, Ben McCauley, Shawn Jones.
  3. Brynton Lemar, Keith Hornsby, Tony Wroten, Damian Kulig, Drew Gordon.

Polska:

  1. Kamil Łączyński, Michał Michalak, Jarosław Zyskowski, Paweł Leonczyk, Damian Kulig.
  2. Marcel Ponitka, Michał Sokołowski, Aaron Cel, Mateusz Kostrzewski, Adrian Bogucki.