Stephen Curry is back

Sześciu meczów potrzebował Stephen Curry do przypomnienia wszystkim, że jest elitarnym zawodnikiem. Przed sezonem opinie o Warriors były podzielone, podobnie jak o statusie Curry`ego w lidze – jak się odnajdzie po kontuzji, czy jest nadal zawodnikiem top5, a może napływ młodych zawodników wyrzuci go z dziesiątki? Warriors z kolei balansowali w prognozach pomiędzy czwartym a dziesiątym miejscem i zaczęli sezon fatalnie od porażki 26 punktami z Nets i 39 punktami z Bucks. Wątpiono w Warriors niejako zapominając, że wszelkie typy opierały się na grze Steph i tego, czy będzie liderem niczym w 2015. Przełom nastąpił w meczu z Bulls, gdy game-winnera trafił szwagier Curry`ego Damion Lee, a wcześniej Curry rzucił 8 z 10 ostatnich punktów Warriors. W sumie 36 punktów było zwiastunem jego dobrej formy, ale więcej się mówiło o tym, że Warriors uciekli od startu 0-3.

I przychodzi rewanżowy mecz z Blazers, z którymi dwa dni wcześniej zdecydowanie przegrali, gdy najlepszy na boisku był Damian Lillard, ale dla Warriors ważniejszy był powrót Draymonda Greena. Bo tylko zdrowy duet Curry/Green wsparty (fatalnymi na starcie sezonu) Kelly Oubre i Andrew Wigginsem może dać play-offy.

W rewanżowym meczu, Steph zdobył najpierw 21 punktów w pierwszej kwarcie w meczu, trafiając na wszystkie sposoby, grając do samego końca mimo zmian krycia – trafiał z dystansu przy Robert Covingtonie, Gary Trent`cie, Lillardzie i C.J. McCollumie, a także chętnie wchodził pod kosz. Zdobył w szóstym meczu 62 punkty, czyli rozegrał o jeden mecz więcej niż w minionym sezonie, a dodatkowo 33letni zawodnik ustanowił rekord kariery. Wspominany Draymond Green zdobył jeden punkt i zaliczył osiem asyst, ale zrobił świetną robotę w obronie, a z nim na boisku drużyna była +22.

Stephen Curry vs Blazers 3 stycznia 2021 – 62 pkt., 10/15 za 2, 8/16 za 3, 18/19 z osobistych, 5 zb., 4 as., +20

Śląsk zatrzymał się w drugiej połowie i przegrał Świętą Wojnę

Śląsk bez kontuzjowanego Kacpra Gordona, ale już Jakubem Musiałem pojechał do Włocławka na klasyk Energa Basket Ligi. Anwil w pierwszym składzie wystawił m.in. Przemysława Zamojskiego i McKenzie Moore`a, który był MVP poprzedniej kolejki zaliczając triple double jako 11 zawodnik w historii ligi:
Tyrone Barksdale (Zagłębie Sosnowiec w sezonie 98/99)
Duane Cooper (Pogoń Ruda Śląska w sezonie 00/01)
Marek Łukomski (SKK Szczecin w sezonie 00/01)
Alex Austin (Noteć Inowrocław w sezonie 01/02)
Bojan Malesević (Unia Tarnów w sezonie 05/06)
Paweł Wiekiera (Astoria Bydgoszcz w sezonie 05/06)
Bobby Dixon (Polpak Świecie w sezonie 07/08)
J.P. Prince (Turów Zgorzelec w sezonie 13/14)
Drew Brandon (Czarni Słupsk w sezonie 17/18)
Quinton Hooker (GTK Gliwice w sezonie 17/18)
McKenzie Moore (Anwil Włocławek w sezonie 20/21)
Faworytem wg bukmacherów był Anwil, mimo tabeli, w której Śląsk był 4 a Anwil 11. Dwadzieścia lat temu rywalizacje klubów z Włocławka i Wrocławia nazywano Świętą Wojną, dzisiaj tylko najstarsi górale pamiętają tamta atmosferę. Wtedy rywalizacja trzech kolejnych finalistów ligi (99-01), dzisiaj to mecz niedawnego podwójnego mistrza (który obecnie ma swoje problemy) z drużyną, która po kilku latach w drugiej klasie rozgrywkowej odbudowuje się w meczu bez kibiców. W zeszłym sezonie Anwil wygrał ze Śląskiem 96- 85 a Śląsk ostatni raz wygrał z rywalami 15 kwietnia 2015. Mecz pierwotnie miał się odbyć we wrześniu, ale z uwagi na kwalifikacje do Ligi Mistrzów zostało przełożone na 3 grudnia. Śląsk zaczął piątką: Strahinja Jovanović, Elijah Stewart, Iwan Ramljak, Aleksander Dziewa i Michał Gabiński; gospodarze: Moore, Zamojski, Ivan Almeida, Walerij Lichodiej i Ivica Radić. W obronie Almeidę kryje Ramljak, a Moore`a Gibson. W pierwszej akcji Jovanović zostawia wolnego rekonwalescenta Zamojskiego, który trafia z rogu boiska za trzy. Jovanović wchodzi pod ręką Lichodieja dokłada trojkę Gibson, przechwyt Ramljaka na Almeidzie i 7-3. Dziewa kryje Radicia, który z powodzeniem zbiera pod tablicami, a trójkę trafia Gabiński nad Lichodiejem z tego samego miejsca co wcześniej Moore. Almeida udanie mija Ramljaka i to ma być pojedynek dnia. Śląsk notuje dwie proste straty przy podaniu w trumnie, a Anwil po dwóch kontrach prowadzi 10-11.
Dobrze Almeidę kryje Stewart, ale w ataku znowu zbiera Radić. Odpowiada wejściem na kosz Dziewa. Lichodiej drugi najlepszy strzelec ligi za trzy (w skuteczności) trafia niepilnowany. Tego Śląsk powinien unikać i w kolejnej akcji krok bliżej był Gabiński, co było skuteczne. Wchodzi Akos Keller, który jest obsłużony przez Dziewę pod koszem. Węgier miał dobre wejście do ligi, ale ostatnio dobrze gra jedynie w obronie. Wchodzi także Szlachetka, który dostaje dużo minut od razu po przyjściu z Gliwic. W Anwilu też zmiany i Dziewa trafia nad Krzysztofem Sulimą, który grał w Śląsku w sezonach 12/13 i 13/14. Wchodzi Adrian Bogucki, a jeszcze niedawno emocjonowaliśmy się jego pojedynkami z Dziewą w poprzednim sezonie w meczu z Hydro Truckiem. Dziewę kryje dalej Sulima, ale zostawia za dużo miejsca. Śląsk znowu zostawia wolnego rywala za trzy i niepilnowany trafia Almeida. Remis po 21. Mecz jest ofensywny i płynny – nie ma rzutów osobistych. Po punktach Ramljaka a Śląsk prowadzi 23-21, najlepszy jest Dziewa z dziewięcioma punktami, Radić ma osiem.
Śląsk zaczął kwartę efektownie po bloku Kellera na Garlonie Greenie, a w kontrze Stewart dobija swój rzut. Anwil nie wykorzystuje swoich okazji do objęcia prowadzenia, a po kontrach Szlachetki i Ramljaka wynik 29-23 i przerwę bierze trener Marcin Woźniak. Po zasłonie Boguckiego pierwsze punkty w meczu rzutem za trzy Rotnei Clarke. Gabiński odpowiada trójką i jeszcze trafia trójkę Zamojski, mamy festiwal trojek. Niestety Ramljak faulował i następnie protestował otrzymując przewinienie techniczne. W 14 minut ma już trzy faule. Gramy Jovanoviciem, Gibsonem, Stewartem, Dziewą i Kellerem. Ten ostatni miał ostatnio problemy zdrowotne – złamanie przemieszczeniowe ręki i koronawirusa. Dobre wejście z ławki Boguckiego, który ma już 5 punktów i Anwil na prowadzeniu. Odpowiada Dziewa znaleziony pod koszem. Mamy co akcję zmianę prowadzenia, ale kontra Śląska i Jovanović za trzy powiększa przewagę do czterech punktów. Za trzy trafia Moore i Anwil nie daje odskoczyć. Kolejny raz Śląsk zdobywa punkty po zbiórce w ataku, tym razem Stewart. Pick and pop Lichodieja za trzy, bo Śląsk podwaja zawodnika z piłką. Stewart znowu zbiera w ataku i trafia. Anwil ma problem, taki jak Śląsk w pierwszej kwarcie – brak zbiórek w obronie. Gibson z piłką w rękach przepycha Zamojskiego. Moore nie przepycha Stewarta, ale blokuję Gabińskiego, który stał w rogu trójki. Śląsk gra wąska ośmioosobową rotacją, nie wszedł na parkiet po kontuzji Musiał a Szymon Tomczak, Jan Wójcik i Paweł Strzępek, którzy zostali zgłoszeni do 12 meczowej jedynie siedzą na ławce. Anwil ma najlepszy duet zbierających – Radić w ataku a Moore w obronie, jednak to Śląsk ma o pięć zbiorek więcej. Gibson mając mało miejsca trafia nad Zamojskim. Fajnie, że po latach dominacji Anwilu w lidze, Śląsk ma zawodników, którzy wygrywają jeden na jeden. Po wolnych Jovanovicia największe poradzenie Śląska w meczu 49-41. To ważny mecz dla Anwilu którzy z bilansem 6-7 sa poza ósemką, co oznacza niezakwalifikowanie do Pucharu Polski. Połowa ciekawa, ofensywna z przewaga Śląska na zbiórkach 18-10, mimo skuteczności za trzy Anwilu za trzy 7/14. Dziewa 11 punktów i 5 zbiórek, a goście bezlitośnie wykosztują straty, bo 5 stratach zdobyli 12 punktów. Bogucki i Radić dobrze grają w ataku mając 13 punktów, ale nie dają tyle w obronie.
Drugą połowę Radić zaczął dwoma akcjami w ataku, Dziewa odpowiada z półdystansu. Almeida rozegrał trzy mecze w trzy dni w kadrze Wyspy Zielonego Przylądka plus długie podróże do Aleksandrii i zobaczymy, jak wytrzyma czwarta kwartę. Śląsk gra nieskutecznie, ale przełamuje trójką po dwóch minutach Ramljak. Anwil stawia mocno strefę daleko od kosza i to przynosi skutek. Śląsk zaskakująco popełnia błąd pięciu sekund, bo zawodnicy zostali odcięci od podania. Dwukrotnie trafia Radić, ma za dużo miejsce i seria 7-0 dla Anwil. Pierwsza przerwa w meczu dla trenera Vidina. Mamy pojedynek Dziewa z Radić. Po zmianie Keller zmienia Ramljaka, nie udało się grać niskim składem. Śląsk ma słaby fragment – nie opanował piłki Stewart w ataku, a kolejne podania zakończyły się na aucie. Trzy minuty wrocławian bez punktu. Śląsk nie radzi sobie ze strefą, a Dziewę pod koszem blokuję Almeida. Po rzucie Stewarta piłka się wykręca z kosza, a w obronie łokciem w twarz od Almeidy dostaje Stewart. Sędziowie nie reagują, ciekawe jakby to wyglądało z kibicami. Szlachetka do Kellera, który nie kończy prostej akcji. Śląsk od stanu 54-46 przegrywa 54-55 i pięć minut nie potrafi zdobyć punktu. W końcu trafia za trzy Gibson. Odpowiada Almeida grając 1/1 z Gibsonem. Na boisku melduje się były zawodnik Asco Śląsk Wrocław Artur Mielczarek. Szlachetka wchodzi na Boguckiego na kosz i jest faulowany, są kolegami z kadry ME U20. Niestety po trójkach Zamojskiego i Almeidy znowu na prowadzeniu Anwil 57-63 – najwyższe prowadzenie gospodarzy. Vidin nie wpuszcza młodych zawodników, gra dalej ośmioma zawodnikami. Śląsk w pierwszej połowie zdobył 30 punktów z pomalowanego w trzeciej kwarcie tylko dwa i zmniejsza przewagę pojedynczymi osobistymi Kellera i Stewarta. Mamy na koniec 59 – 63. Anwil wygrał kwartę 9-22 i sytuacja się zmieniła o 180 stopni. Śląsk gra zbyt indywidualnie przy obronie strefowej i już tylko 1 zbiórka przewagi.
Czwartą kwartę osobistymi zaczął Jovanović, który w przeciwieństwie do kolegów trafia dwa rzuty wolne. Anwil świetnie ustawia akcje – krąży piłka i w pewnym momencie trafia do niepilnowanego Almeidy, który trafia za 3. Ramljak wytrzymuje 1/1 z Almeidą w obronie, ale w ataku Almeida wygrywa piłkę z trzema zawodnikami Śląska i kończy akcje wsadem. Oliver Vidin jest wściekły, Almeida jest +12, a w Śląsku cała pierwsza piątka na minus. Wrocławianie grają dużo słabiej w drugiej połowie i nie mają pomysłu na strefę. Szansą Śląska jest czwarty faul w trzeciej minucie kwarty Anwilu i za chwile każdy faul to rzuty. Czeka nas dużo więcej rzutów wolnych, bo Dziewę fauluje Radić. Gra siadła, mamy błędy i przerwy na osobiste. Za trzy trafia Gibson. A Śląsk wybrania akcje w 24 sekundy. Anwil wychodzi z założenia, że skoro rywale nie trafiają wolnych opłaca się faulować, więc znowu na linii wolnych staje Dziewa, jest 67-68. Moore mija Stewarta 1/1 i trafia spod kosza z faulem, nie trafia osobistego, ale zbiera w ataku Radić i za trzy trafia Moore – pięć punktów w jedne posiadanie. Akcja znowu do Dziewy, któremu piłkę zabiera Almeida a raczej decyduje o tym sędziowska strzałka. W 34 minucie Vidin bierze trzeci czas i końca meczu nie będzie przerwy na żądanie 67-73. Trafia Radić mając już double-double, trafia Lichodiej za trzy i największe dziewięciopunktowe prowadzenie Anwilu. Jovanović po punktach pokrzykuje i mobilizuje rywali. Mamy szczęście, bo Radić na połowie boiska zabiera piłkę podawana do Dziewy, ale zagrywa nogą. Jovanović gra pod siebie drugą akcje z rządu i obie nie trafia. Odpowiada za trzy Almeida, trafią też trójkę Gabiński, to jeden z ostatnich momentów, aby przeżyć. Jest 2,5 min do końca i 7 punktów straty. Dziewa nie zastawia Radicia, z kontry trafia Almeida, który daje spory popis w drugiej połowie. Vidin jest bez przerwy. To nie jest jeszcze przegrany mecz Śląska, ale przy prowadzeniu 11 punktami Dziewa nie może nie trafiać dwóch osobistych. Sulima z rogu za trzy i 14 punktów przewagi na sto sekund do końca, Śląsk na kolanach. Szansa na kontrę i Jovanović źle podaje do Stewarta. W kontrze odpowiada Radić najlepszy zawodnik meczu faulowany niesportowo po uderzeniu w głowę Gabińskiego zdobywa swój 24 punkt plus 11 zbiorek. Śląsk po z odbyciu 49 punktów w pierwszej połowie, w 19 min drugiej połowy zdobył ich zaledwie 27. Sulima poprawia trójka z rogu. Niestety piąta porażka Śląska w lidze. Śląsk przegrywa drugą połowę 23 punktami, nie miał indywidualności jak Almeida 22 pkt., 9 zb., 6 as.; przegrał zbiórki 32-35 i przestrzelił osiem osobistych, w sumie 13/21. Druga połowa przegrana 29-52.
Anwil Włocławek – Śląsk Wrocław 93-78
Śląsk: Dziewa 16, Gibson 15, Jovanovic 13, Gabiński 9, Ramljak 9, Stewart 7, Keller 5, Szlachetka 4.
Najlepszy zawodnik Śląska: Aleksander Dziewa – 16 pkt., 8 zb., 5 FW.

Listopadowy Arsenal Londyn nie zakwalifikuje się nawet do Ligi Europy

Gdy w maju 2018 z klubu odchodził Arsene Wenger jedni płakali, inni liczyli na powrót do topu Europy, do której francuz nie był w stanie mentalnie wrócić. Zakończyła się 22-letnia era, która swój szczyt miała w latach 2004-2006, kiedy Arsenal wygrał nie przegrywając żadnego spotkania w lidze (26 zwycięstw i 12 remisów), Mistrzostwo Anglii a dwa lata później prowadził w finale Ligi Mistrzów do 76 minuty z FC Barceloną. Jedenaście lat później mało kto o tym pamiętał, bo piąte miejsce w sezonie 2016–17 odbierano za policzek dla tak wielkiego klubu. Wielkiego jedynie z nazwy, w praktyce giganta marketingowego a w gabinetach transferowych spasionego kota przekonanego o swojej wielkości w złotej klatce. Gdy z niej wychodził, dostawał w policzek z lewej i prawej, nie tylko na boisku. Odejście w 2012 roku ówczesnego króla strzelców Premier League Robina van Persie z perspektywy czasu było początkiem końca tej drużyny. Owszem, Arsenal miał wiele razy pecha i z niewytłumaczalnych względów nie odpalili Nicolas Pepe (2019), Alexandre Lacazette (2017), Lucas Perez (2016), Lukas Podolski (2012) czy Olivier Giroud (2012). Finalnie liczy się wynik, ale tego nie było, tak samo jak czwartego miejsca, o którym przez laty żartowano z Wengera.

Po wczorajszym meczu z przegranym 1-2 z Wolverhampton Wanderers, klub jest na 14 miejscu i do wymiany jest większość zawodników oraz trener Mikel Arteta. Były defensywny pomocnik The Gunners jest protegowanym Pepa Guardioli i miał być także jego zastępcą w Manchesterze City. Nie okazał się jednak królikiem z kapelusza, tylko trenerem z co najmniej półki niżej – tutaj pasuje analogia do kariery zawodniczej. Arteta jako wychowanej FC Barcelony nigdy w niej nie zadebiutował.

Na papierze Arsenal ma nadal mocne nazwiska, ale określenie „na papierze” nie pojawia się przypadkowo. Być może chodzi o chemię, pomysł lub sprawienie, aby zagrali lepiej w nowym klubie, niż starym. Dla obecnych zawodników klubu Arsenal to marka ich młodości, ale dzisiaj raczej przystanek transferowy do giganta Premier League, żadne top6. jeśli takowe określenie jeszcze funkcjonuje to raczej z Leicester City (obecnie czwarte miejsce, w poprzednim sezonie piąte) niż z Arsenalem.

Po poprzednim sezonie, gdy Arsenal zakończył sezon a ósmym miejscu (najgorszym od 1995, czyli sprzed ery Wengera), kupiono m.in. 32-letniego Williana, 22-letniego stopera Gabriela i 27 letniego defensywnego pomocnika Thomasa Partey (za 50 mln euro). Pozostali zawodnicy nie zagrali w tym sezonie w Premier League. Przy letnich transferach Chelsea (Kai Havertz, Timo Werner, Ben Chilwell, Hakim Ziyech, Edouard Mendy) czy Manchesteru United (Donny van de Beek, Edinson Cavani) wygląda to blado, zwłaszcza, że to z tymi drużynami Arsenal miał toczyć boję o Ligę Mistrzów, a dwa pierwsze miejsce były niejako zarezerwowane dla Liverpoolu i Manchesteru City. W to wszytko wmieszał się Tottenham Jose Mourinho, który jest liderem po 10 kolejkach.

Arsenal czeka ogromna przebudowa, nie da się uzupełniając skład defensywnymi zawodnikami zbudować drużynę na szóstkę w Anglii, nie mówiąc o czwórce. Liga Mistrzów dawno odjechała, a za chwilę także Liga Europy, gdzie Arsenal w ostatnich trzech edycjach przegrywał m.in. z Olympiakosem SFP, BATE Borysów, 1. FC Köln i Ostersunds FK.

Czasy Wengera, Thierrego Henry i Patricka Vieiry długo nie wrócą, chyba, że przyjdzie szejk z walizką pieniędzy. Ściągnięci w lecie defensywni zawodnicy nie rozwiązują podstawowego problemu – bramek. Arsenal strzelił ich w 10 meczach zaledwie 10. ofensywne trio, za które zapłacono 196,75 mln euro zawodzi:

Alexandre Lacazette – 3 bramki w 8 meczach,
Pierre-Emerick Aubameyang – 2 bramki w 10 meczach,
Nicolas Pepe – 1 bramka w 8 meczach.

Miało być jak w Liverpoolu, różnica jest taka, że Roberto Firmino, Mohamed Salah i Sadio Mane rozwinęli się pod okiem Jurgena Kloppa, a z piłkarzy The Gunners jedynie Aubameyang zrobili progres w stosunku do oczekiwań. Pozostali osiedli na laurach.

Odszedł od nas Króla życia, Diego Maradona

Argentyński dziennik Clarine i CNN Brasil podały, że nie żyje Diego Armando Maradona geniusz piłki. Dla wielu najwybitniejszy piłkarz, ale także człowiek, który czerpał z życia, ile się da, nie zatrzymywał się ani na krok. Umarł na własnych warunkach, robiąc to co kocha, mimo, że to go zabijało każdego dnia. Żył zaledwie 60 lat, ale dla organizmu bardzo wyeksploatowanego przez kokainę to był za wiele. Miał podobno tysiąc kobiet, z tą jedyną Claudią Villafan rozstał się po 15 latach. Villafan urodziła mu dwie córki, a młodsza wyszła za mąż za Kuna Aguero. Dodam, że miał tez syna urodzonego w 1986 roku, do którego początkowo się nie przyznawał. Lekarze kilka razy go ratowali, ale uzależnienie od narkotyków zwyciężyło.
Zmarł 25 listopada 2020 na zawał serca, organizm nie wytrzymał trybu życia jaki prowadził, w tym samym dniu co George Best (59 lat) piętnaście lat wcześniej, w podobnym wieku. Geniusz i oszust zarazem, co pokazuje niezapomniany mecz z Anglią na Mistrzostwach Świata w 1986 – najpierw strzelił gola ręką, ewidentne oszustwo, ale autor sprytnie nazwał je w wywiadzie „ręką boga”, a trzy minuty później przedryblował sześciu zawodników strzelając najpiękniejszą bramkę w historii Mistrzostw Świata. Dzisiaj w erze VAR, w erze kamer, świetnie wyszkolonych arbitrów mógłby dostać za pierwsze zagranie żółtą kartkę. Byłby też bardziej chroniony przez arbitrów, aby piłkarze formatu „Rzeźnika z Bilbao” (Andoni Goikoetxea) nie połamali mu kostki. W Serie A także trwało polowanie na jego nogi, bo tylko tak można było go zatrzymać. Choć historia pokazała, że najlepszym defensorem Diego został on sam.
Ciekawe jakby wyglądałaby jego kariera, gdyby prowadził się jak Cristiano Ronaldo, choć oczywiście Argentyńczyk nie nadawał się na taki reżim. Zdrowy, silny, długowieczny piłkarz z takim talentem? Bez reżimu i tak stał się piłkarzem z innej planety. Wygrał Mistrzostwo Świata 1986 ze słabą Argentyną, a najczęściej porównywalny z nim Leo Messi z mocną Argentyną był zaledwie w finale. Czy był najlepszym piłkarzem w historii? Na pewno najlepszym piłkarzem turniejowym. Co ciekawe był także selekcjonerem najlepszego piłkarza, bo spotkali się z Messim cztery lata wcześniej na Mistrzostwach Świata w RPA. Maradona przegrał w ćwierćfinale 0-4 z Niemcami mając niesamowity potencjał w kadrze wygrywając wcześniej wszystkie spotkania. Skład z tamtego meczu:
Sergio Romero – Nicolas Otamendi (70. Javier Pastore), Martin Demichelis, Nicolas Burdisso, Gabriel Heinze – Maxi Rodriguez, Javier Mascherano, Angel Di Maria (75. Sergio Aguero) – Lionel Messi, Carlos Tevez, Gonzalo Higuain.
Maradona nie był moim piłkarskim idolem, ale był idolem moich idoli. Pamiętam jak przez mgłę Mundial 1994 i jego bramkę z Grecją, chociaż mało kto pamięta, że hat-tricka w tamtym meczu strzelił wtedy Gabriel Batistuta. Notabene tamta Argentyną też była niesamowita:
Luis Islas – Jose Chamot, Roberto Sensini, Oscar Ruggeri, Fernando Caceres – Fernando Redondo, Diego Maradona (83. Ariel Ortega), Diego Simeone – Claudio Caniggia, Gabriel Batistuta, Abel Balbo (80. Alejandro Mancuso)
Tacy zawodnicy jak Diego fascynują ludzi, którzy często początkowo z ciekawości zakochują się w futbolu. Był najlepszym zawodnikiem w latach 80-tych, ale w klubie nie czarował tak, jak na największych imprezach. Dwa mistrzostwa Włoch i dwa wicemistrzostwa dla biednego Neapolu było wszystkim, zwłaszcza, że Serie A była zdecydowanie najlepszą ligą świata. Indywidualne raz był królem strzelców z 15 bramkami, co jest nieporównywalne przy osiągnieciach w latach lat 10-tych Cristiano Ronaldo i Messiego. W europejskich pucharach zdobył Puchar UEFA, czyli lepszy odpowiednik dzisiejszej Ligi Europy. Przegrywał też dwukrotnie w pierwszej rundzie i dwukrotnie w 1/8 finału z Werderem i Spartakiem Moskwa. Przez pięć lat w pucharach strzelił zaledwie pięć bramek (!).
Nie osiągnął też sukcesów w FC Barcelonie, choć miał znakomite wejście do ligi zdobywając Puchar Króla i Puchar Ligi Hiszpańskiej zostając czwartym piłkarzem świata 1983 w plebiscycie World Soccer (największe plebiscyty długo klasyfikowały jedynie Europejczyków; wtedy za Zico, Michelem Platinim i Falcao). Po kontuzji w 1985 był trzeci (za Platinim i Prebenem Elkjaer-Larsenem), 1986 pierwszy, 1987 drugi (za Ruudem Gullitem), 1988 szósty (za Marco van Bastenem, Gullitem, Frankiem Rijkaardem, Ronaldem Koemanem, Oleksiym Mykhaylychenko), 1989 czwarty (za Gullitem van Bastenem i Bebeto), 1990 trzeci (za Lotharem Matthausem i Salvatorem Schillacim). Czy kolejno był: 4,-,3,1,2,6,4,3. Dla porównania brazylijski Ronaldo od 1996 był kolejno 1, 1, 3, -, -, -, 1, 6, a Ronaldinhio od 2002: 10, -, 1, 1, 4, 10; nie wspominając o Leo Messim i Cristiano Ronaldo. Oczywiście, gdyby nie piętnaście miesięcy dyskwalifikacji w 1991 za posiadanie pół kilograma kokainy… A kontakt z nielegalnymi substancjami zaczął w Barcelonie w sezonie 1982/83, gdy kontuzje i brak treningów przyciągnęły go do imprez i narkotyków. Gdy rok później trafił do siedziby Camorry był już zupełnie uzależniony. Zaskakujące, że przez sześć lat uzależnienia, osiągnął w piłce tak dużo – to najbardziej świadczy o skali jego talentu.
W Argentynie po śmierci legendy prezydent kraju ogłosił trzy dni żałoby. Świat piłki płacze, po być może najbardziej utalentowanym piłkarzu w historii, a na pewno najlepszym zawodnikiem Mistrzostw Świata. Stylem gry najbardziej przypomina go Messi, który prowadzi się zupełnie inaczej. Argentyńczycy Maradonę traktowali jak boga w przeciwieństwie do Messiego, neapolitańscy także. Kontrowersyjny, wybitny, wyjątkowy. Odeszła legenda.
Fot. AP

Największy nieobecny Euro 2020 – Serbia

Za nami finałowe mecze eliminacji Mistrzostw Europy, rozbudowanych jak nigdy wcześniej z elementami mini turniejów, aby każda reprezentacja niezależnie od rankingu miała szanse na awans. To ma swoje plusy, bo z grupy może awansować (jak się okazało) nawet cztery zespoły, w dodatku, jak ktoś ma nowe pokolenie to nie musi mozolnie zdobywać punktów tylko cyk, wygrywa eliminacje z koszyka C. Wydawałoby się, że taki system zapewni awans wszystkim liczącym się drużynom, a nie jak w 2016, gdy zabrakło Holandii, a w bonusie kilku przypadkowym reprezentacjom. Rzeczywistość okazała się inna – niezależnie od formy eliminacji, zawsze znajdzie się reprezentacja, która w finałowym meczu nie strzeli karnego, czym zaprzepaści swój udział w wielkim turnieju. W tym roku taką reprezentacją jest Serbia.

Serbia nie ma tak jasnej postaci jak Robert Lewandowski i trudno zestawić ich potencjał z naszą kadrą, ale powiedzmy szczerze, mało reprezentacji na świecie ma piłkarza klasy Lewandowskiego, a kadra Serbii wygląda naprawdę nieźle. Jej liderem po rezygnacji Nemanji Maticia jest Sergej Milinkovic-Savić dwa sezony temu najlepszy pomocnik Serie A, który mógłby mieć miejsce w każdym klubie Europy. Obok niego w kadrze gra Dusan Tadić, architekt ostatnich sukcesów Ajaxu Amsterdam. Milinković-Savić i Tadić to potencjalnie Top5 reprezentacyjnych duetów środkowych pomocników w Europie, wirtuozi, którzy powinni zapewniać gole i regulować tempo gry. Gdy piłkarz Lazio wszedł na boisko w 80 minucie półfinałowego meczu z Norwegią, zdoła strzelić dwa gole i zapewnić awans do finału. Tym razem bohaterem mógł zostać Luka Jović (rezerwowy w Realu Madryt), który w 90 minucie po asyście zawodnika Legii Warszawa Filip Mladenovicia z rzutu rożnego, strzelił głową nad bramkarzem doprowadzając do dogrywki. Serbia odpadła w serii rzutów karnych, a pechowcem okazał się zawodnik Fulham Aleksandar Mitrović. To właśnie atakiem Jović i Mitrović Serbia miała straszyć rywali. Miała w meczu więcej szans, posiadała częściej piłkę i może gdyby Milinković-Savić w 70 minucie nie zszedł z boiska byłoby inaczej? Potencjał obrazuje też przynależność klubowa podstawowej jedenastki:

Predrag Rajković (Reims) – Nikola Milenković (Fiorentina), Stefan Mitrovic (Strasbourg), Nemanja Gudelj (Sevilla) – Darko Lazović (Verona), Nikola Maksimović (Getafe), Sergej Milinković-Savić (Lazio), Saša Lukić (Torino), Filip Kostić (Frankfurt) – Aleksandar Mitrović (Fulham), Dušan Tadić (Ajax)

Nazwiska nie grają, ale gdy pół Europy awansuje na Euro, szkoda, że przestrzelony karny w piątej serii jedenastek zabiera wielu dobrym piekarzom sprawdzić się w wielkim turnieju. Po 24 latach do Euro awansowali Szkoci, których najbardziej znanymi piłkarzami są Andy Robertson (Liverpool) i Scott McTominay (Manchester United) czy Ryan Fraser (Newcastle United).

Piąte Euro z rzędu bez Serbii to jedna z najbardziej niewytłumaczalnych rzeczy we współczesnej piłce. Ich ostatnim mecz na Euro to ćwierćfinał z Holandią w 2000, gdy przegrali 1-6, a w kadrze, gdy brylowali Predrag Mijatović, Savo Milosević, Vladimir Jugović czy Sinisa Mihajlović. Co ciekawe na Mistrzostwa Świata, gdzie trudniej się zakwalifikować Serbia jeździ regularnie (2006, 2010,2018), choć nie wychodzi z grupy. A z wyłączeniem Aleksandara Kolarova z Interu Mediolan, który ma 35 lat, nie potrzeba robić zmiany pokoleniowej, bo w tym składzie Serbia może grać przez kilka lat.