Srebrne pokolenie zaczyna turniej

Każda impreza piłkarska zaczyna się od szlagieru, wtedy wzrasta zainteresowanie, a jeśli przy okazji szlagier okaże się perełką, impreza nabiera tempa i mówią o niej wszyscy. Podczas ostatniego mundialu takim meczem było spotkanie Portugalii z Hiszpanią zakończone wynikiem 3-3 (TUTAJ). Mecz numer cztery jeśli przyjmiemy porządek chronologiczny, sprawił, ze turniej nabrał tempa. Nikogo nie interesowały wcześniejsze zwycięstwa Rosji z Arabią Saudyjską 5-0, Urugwaju z Egiptem 1-0 czy Iranu z Maroko 1-0, liczyły się dramaturgia i

Dzisiaj turniej Copa America zaczynają reprezentacje Argentyny z Kolumbia, czyli dwóch faworytów rozpoczętego wczoraj turnieju. Przy okazji Argentyny pojawia się nazwisko Leo Messiego i jak zawsze, cały piłkarski ślad będzie sprawdzać drogę Argentyny do pierwszego od 1993 (!) mistrzostwa kontynentu. Co ciekawe, w poprzednich pięciu edycjach Argentyna czterokrotnie przegrywała w finale, w tym trzykrotnie po rzutach karnych. Ale o przegranych się nie pamięta.

Tym bardziej, że zwycięstwo Portugalii w Lidze Narodów (TUTAJ), to kolejny argument dla zwolenników talentu Cristiano Ronaldo w dyskusji, który z nadludzi jest lepszy. Leo Messi nic nie wygrał z reprezentacja – głoszą nie tylko zwolennicy piłkarza Juventusu, ale także Brazylijczycy (Pele, Ronaldo) czy nawet rodacy, wspominając boskiego Diego Maradonę. Messi musi wygrać, takie z kolei zdanie słyszymy przed każdymi rozgrywkami od ligowych po reprezentacyjne, bo wygrywać powinni najlepsi. Dzisiaj Messiemu mają ponownie pomóc m.in. Sergio Agüero i Ángel Di María, czyli niespełnione pokolenie. Bo Argentyna mimo wielkich zawodników nie wygrywa wielkich turniejów, dlatego zamiast niespełnionego można nazwać ich srebrnym pokoleniem.

Rozpoczęte mistrzostwa Ameryki Południowej to topowa impreza, choć przez nas głownie z uwagi na porę spotkań traktowana jako impreza drugiej kategorii. Niezasłużenie, bo oprócz dzisiejszych faworytów turnieju zobaczymy m.in. Brazylię, Urugwaj czy obrońców trofeum – triumfatorów z 2015 i 2016 reprezentacje Chile. Stawkę 10 drużyn uzupełniają Japonia i Katar, co nie powinno dziwić, bo w futbolu wygrywają pieniądze. W poprzednich edycjach najczęstszymi gośćmi były reprezentacje Meksyku (10x), Kostaryka (5x) i USA (4x), a w przyszłym roku władze CONMEBOL zaprosili Australię i USA.

Nienasycony CR7

Parafrazując tytuł książki Pawła Wilkowicza, Cristiano Ronaldo do swojej bogatej kolekcji trofeów dołożył kolejne – triumf w pierwszej edycji Ligi Narodów. Fascynuje mnie jego mobilizacja w najważniejszych meczach, gotowość do poświęceń i ciągły głód. Jego legendarna rywalizacja z Leo Messim weszła na poziom niespotykany, a w tym sezonie Portugalczyk dołożył triumf w Serie A i wspomnianą Ligę Narodów. Oczywiście zdarzają się piłkarze, którzy kolekcjonują trofea, nigdy nie zapomnę Christiana Karembeu – mistrza świata (1998), europy (2000) i dwukrotnego zwycięzcy Ligi Mistrzów (1998, 2000), ale Cristiano Ronaldo za każdym razem ma w nich ogromny udział, a w obecnej edycji, w półfinale Ligi Narodów strzelił hat-tricka. Triumf Portugalii nie jest zaskoczeniem, do najlepszej czwórki awansowały ponadto drużyny (zwycięscy grup): Anglia, Szwajcaria i Holandia. Z uwagi na brak choćby mistrzów (Francja) czy wicemistrzów świata (Chorwacja), w turnieju triumfował aktualny Mistrz Europy. Zresztą selekcjoner reprezentacji Portugalii Fernando Santosa umiejętnie wprowadza nowe twarze do jedenastki, która dzisiaj wygląda imponująco:

Rui Patricio – Nelson Semedo, Ruben Dias, Jose Fonte, Raphael Guerreiro – Danilo Pereira, William Carvalho (93 Ruben Neves), Bruno Fernandes (81 Joao Moutinho) – Cristiano Ronaldo, Goncalo Guedes (75 Rafa Silva), Bernardo Silva.

W porównaniu do jedenastki z finału Mistrzostw Europy brakuje mi.n. utytułowanego duetu Nani, Ricardo Quaresma, których zastąpili strzelec bramki Goncalo Guedes oraz najlepszy obecnie rozgrywający świata Bernardo Silva. Kolejne złote pokolenie, w przeciwieństwie do poprzednich (np. Luis Figo, Pauleta, Rui Costa czy Deco byli jedynie wicemistrzem Europy 2004) jest zwycięskie, a z tak grającym kapitanem są w stanie osiągnąć sukces podczas przyszłorocznych Mistrzostw Europy. Bo Cristiano Ronaldo mimo 34 lat na karku nadal jest nienasycony.

Jak nie teraz, to kiedy

Jurgen Klopp po raz trzeci w karierze stanie przed szansą wygrania najważniejszego trofeum w Europie, zdobycia ligi mistrzów. Pierwszej szansy w 2013 niewykorzystal przegrywając z Bayernem Monachium 1-2. Był blisko, ale Arjen Robben w 89 minucie przechylił szale. Wtedy prowadzący Borussię Dortmund był underdogiem, podobnie rok temu, kiedy Liverpool spotykał się z Realem Madryt, prawdziwą maszyną do wygrywania Ligi Mistrzów, która zwyciężając Liverpool triumfowała po raz trzeci z rzędu.

Dzisiaj Liverpool jest zdecydowanym faworytem, w końcu w fazie pucharowej wyeliminował kolejno Bayern, Porto i Barcelonę. Zwłaszcza styl zdeklasowania faworyta bieżącej edycji budzi podziw – Liverpool odrobił trzybramkowa stratę z pierwszego meczu (TUTAJ) i został tylko jeden mecz do przejścia do historii. Po latach nikt nie pamięta, kto przegrał w finale, choć w przypadku Jurgena Kloppa trzecia porażka w finale może będzie kolejnym argumentem dla krytyków mówiących o braku trofeum w barwach Liverpoolu.

Jurgen Klopp jest wybitnym strategiem, co pokazują choćby rezultaty pierwszych i drugich meczów tej edycji fazy pucharowej: 0-0, 2-0, 0-3 vs 4-1, 3-1, 4-0. Dzisiaj nie będzie miał czasu odrabiać strat, musi zaatakować od razu fantastycznym trio Roberto Firmino, Mohamed Salah i Sadio Mane. Nie może kalkulować, gdyż od najlepszych trenerów naszych czasów Zinedine Zidane’a, Pepa Guardioli, Carlo Ancelottiego i Jose Mourinho dzieli go tylko zwycięstwo.

Luka Jović – cudowne dziecko serbskiej piłki

W tym sezonie objawiło nam się kilka nowych nazwisk: Joao Félix (Benfica Lizbona), Luka Jović (Eintracht Frankfurt), Matthijs De Ligt, Frenkie De Jong (Ajax Amsterdam), Nicolò Zaniolo (AS Roma), Jadon Sancho (Borussia Dortmund)  i oczywiście nasz Krzysztof Piątek (AC Milan), dlatego w gabinetach dyrektorów i prezesów gorący okres. Oczywiście okno transferowe zaczyna się 1 lipca, ale nikt wtedy nie zaczyna transferów. Pierwsze rozmowy są dawno za nami, kluby się dogadują nieoficjalnie i tylko czasem, gdy oferta któregoś z nich nie zostanie wybrana lub zdecydują powody pozasportowe, poszkodowani dostarczają prasie donos o nieprawidłowych działaniach, strasząc donosem do UEFA. Luka Jović wydaje się być przygotowany do grę o najwyższe cele, choć oczywiście trudno wróżyć czy będzie to kolejny Davor Suker, Predrag Mijatovic, czy ktoś pokroju Alena Halilovića – piłkarza sprowadzonego w wieku 16 lat z DNA Barcelony, najmłodszego debiutanta w historii reprezentacji Chorwacji, obecnie grającego na obrzeżach wielkiego futbolu w Standard Liège. Jović wydaje się być przygotowany do dużego klubu, cały sezon był przymierzany do Barcelony, co nie przeszkodziło mu strzelić wielu bramek, a na ostatniej prostej wydaje się przenieść do.. Realu Madryt za 60 mln euro.

Luka-Jovic-1626305

Kim jest Luka Jović? Przede wszystkim to cudowne dziecko serbskiej piłki, występujący w każdej reprezentacji i co ważne – w każdej strzelał gole:

Serbia 4 mecze/1 gol,
Serbia U21 14/7,
Serbia U19 13/10,
Serbia U18 1/1 ,
Serbia U17 19/16,
Serbia U16 12/10

W wieku 16 lat zdolnego zawodnika wypatrzyli działacze Benfici Lizbona, topowego klubu pracującego z młodzieżą. Wiadomo, takie kluby jak Benfica przeprowadzają wiele transferów zdolnych zawodników, ale zobaczmy z perspektywy naszego rynku, ilu piłkarzy trafiło w ostatnich latach do Benfici/Porto/Sportingu z Ekstraklasy? Już po połowie roku został wypożyczony do Eintrachtu Frankfurt (z opcją wykupu za 7 milionów dokonaną w kwietniu), gdzie szlify zdobywał u boku obecnego trenera Bayernu Monachium Niko Kovaca. W zeszłym sezonie Eintracht do końca walczył o top4 , dające grę w Lidze Mistrzów (ostatecznie zajął szóste miejsce) i zdobył Puchar Niemiec. Liczby Jovicia w minionego sezonu – 8 bramek w 22 meczach. Kovac o dziwo nie zabrał ze sobą do Bayernu Serba, bliżej było do Bayernu wicemistrzowi świata Ante Rebića ale i on nie zmienił klubu. Być może Jović nie był gotowy do wielkiego transferu, być może nie będzie jeszcze teraz, bo klub pokroju Realu Madryt potrafi szybko wypluć zawodnika, co widać choćby po przywołanym Haliloviću. W tym sezonie talent Luki Jovicia eksplodował:

Bundesliga – 29 meczów, 17 goli, 6 asyst,
Liga Europy – 13 meczów, 9 goli, 1 asysta.

Jest drugim strzelcem zarówno Bundesligi jak i Ligi Europy, gdzie dotarł do półfinału. O ile nigdy nie wiadomo, czy jakiś piłkarz się sprawdzi w nowym środowisku, o tyle Jović strzelający gole obiema nogami, głową, wdający się w drybling, nie osiągnął jeszcze sufitu. 60 milionów za 21 letniego zawodnika, przy obecnych cenach nie wydaje się kwotą wygórowaną, tym bardziej, że potrafi strzelać znanym markom (trafiał w meczach z Borussia Dortmund, Lazio Rzym czy Chelsea Londyn). Z Fortuna Dusseldorf zdobył pięć bramek, niczym kiedyś Robert Lewandowski z Wolfsburgiem. Wtedy o nim usłyszał świat, a dzisiaj będzie bohaterem wielkiego transferu. Do klubu, w którym nie ma czasu na wdrożenie, a na ławce siedzą piłkarze klasy Garetha Bale’a, Isco czy Marco Asensio. Florentino Perez chce wspólnie z Zinedine Zidanem stworzyć na nowe dziesięciolecie wielką drużynę, sięgając już teraz po utalentowanych młodych piłkarzy: tercet napastników Vinícius Júnior, Luka Jović i Rodrygo czy nowego Sergio Ramosa w osobie Édera Militão.

Selekcjoner wystawi dwóch napastników

Narodowa dyskusja o ilości napastników w dzisiejszym meczu z Austrią ma się w najlepsze. Eksperci zgodnie twierdzą, że nigdy takiego wyboru nie mieliśmy, bo Robert Lewandowski, bo Arkadiusz Milik, bo Krzysztof Piątek. A gdzieś przecież jest jeszcze gdzieś w obwodzie Dawid Kownacki. Zatem dwóch, trzech, czterech?
Przed Adamem Nawałką, graliśmy jednym napastnikiem – Lewandowskim, zapewne dlatego, że panował nieurodzaj. I właśnie poprzedniemu selekcjonerowi oprócz oczywiście ćwierćfinału mistrzostw Europy 2016, zawdzięczamy najbardziej zestawienie młodego Milika z naszym kapitanem. Skąd zatem pomyśl o trzech atakujących? Przede wszystkim wynika to z eksplozji talentu Krzysztofa Piątka, który strzela na zawołanie gola (niemal) w każdej kolejce. W ostatnich tygodniach nie ustępuje mu Milik, a Lewy przewodzi w klasyfikacji bundesligi. Są nawet tacy eksperci, ktorzy gradując napastników, zaczynają od piłkarza Milanu, których mizerne mecze są dzisiaj bardziej emocjonujące (i oglądane) dla kibicow niż Bayernu. Zatem Lewy z Piątkiem? czyli dwóch najlepszych piłkarzy, choć niekoniecznie pasujący do siebie.
Dziennikarze uwielbiają dyskusje, najbardziej na tematy jałowe. temu dyskutowali o kwestii kapitana w kadrze, czy nadal Błaszczykowski?, czy słusznie była zmiana? Czy charakter jednego czy drugiego predysponuje do roli lidera? Najlepsze są właśnie bezpieczne dyskusje. Grzanie neutralnych tematów. W momencie, gdy temat się wyczerpał, wrócili do debaty na temat pierwszego bramkarza – Wojciech Szczęsny czy Łukasz Fabiański? Młodszy czy starszy? Lepszy klub czy stabilizacja w kadrze? Kolejny temat nic nie znaczący, bo problemów kadra ma wiele i na pewno nie jest nim obsada bramki. No ale kto chce czytać o mizerii na lewej o obronie? Lepiej o napastnikach.
Ten temat został umówiony z każdej strony i im więcej eksperckich opinii, tym więcej zdań. Nie wyobrażam sobie wystawienia ich trzech, a dwóch na wyjeździe z przeciwnikiem na podobnym poziomie nie grało od dawna. Niestety siła masowego przekazu już w czasach Pawła Janasa nakazywała powoływanie Tomasza Frankowskiego, dlatego kadra wystąpi z dwoma napastnikami. Jerzy Brzęczek na pewno wolałby powalczyć w środku pola i dostawić np. Mateusza Klicha do Grzegorza Krychowiaka i Piotra Zielińskiego. W końcu Klich został okrzykniety największym zwycięzca jesiennych meczów w lidze narodów. Brzęczek nie będzie miał szansy zrobić czegoś swojego.
Pomyslcie przez chwile, że jednak robi. Osamotniony Lewandowski nie robi różnicy, a zmiany po przerwie i zwiększanie siły ognia, są za późno. Selekcjoner nie będzie miał życia, a temat napastnikow stanie się debatą nie pilkarską, a narodową. Tematem podnoszonym przez fachowców, celebrytów i polityków. Jeden mądrzejszy od drugiego, z jednakowym przekazem. Napastników musi być dwóch, a w meczu z Łotwą najlepiej trzech. Bez względu na wszystko. To, że selekcjoner dzisiaj nie ma wolnej ręki wiedzą wszyscy. Dlatego, że trzeba o czymś dyskutować.

Eliminacje euro 2020 sprawdzimy na livescore lub flashscore

Za nami losowanie euro, które pokazuje, że pewna formuła się wyczerpała. W eliminacjach wystąpi rekordowe 55 drużyn w dziesięciu grupach, w porównaniu do eliminacji euro 2000 – wtedy wystąpiło 49 drużyn w dziewięciu grupach. Drużyn jest więcej, jednak format grup 5-6 drużynowych pozostał. W praktyce, przybyło słabych drużyn i mamy bardzo dużo niepotrzebnych meczów. Oczywiście, wedle pomysłu Pierre`a de Coubertin`a, liczy się sport, jednak mecze najlepszych z najsłabszymi nie są już nawet test meczami, tylko typową grą do jednej bramki zawodowców z amatorami. W tych meczach nawet nasza reprezentacja potrafi gromić przeciwników:

Armenia – Polska 1-6 (el. MŚ 2018)
Polska – Gibraltar 8-1 (el. ME 2016)
Gibraltar – Polska 0-7 (el. ME 2016)

Dlatego po wylosowaniu drużyn z koszyków 1, 2, 3, 4, dalsze losowanie przestało mieć sens. Na gorąco eksperci doceniają, że nie będzie meczów do Kazachstanu, ale prawda jest taka, że Bayern Monachium leciał ostatnio do Lizbony, a Atletico Madryt do Astany w sezonie 2015/16. Najważniejsze jest stracić jak najmniej sił, uniknąć kontuzji i dopisać z takim rywalem sześć punktów. Przestańmy rozpatrywać, czy lepiej trafić na Macedonię, Kosowo czy Białoruś. Mamy piłkarzy Napoli, Bayernu, Juventusu czy Monaco. Mamy oczywiście swoje problemy, ale te mogą wyjść w meczach z drugim, maksymalnie trzecim koszykiem. Pozostałe koszyki są nieważne, a UEFA powinna zastanowić się, czy na pewno zestawienie wszystkich drużyn jest zgodne z doktryną Coubertin`a.

W koszykówce zapewniono siedmiu najlepszym drużynom poprzednich mistrzostw europy, awans do kolejnych. Tam Grecy, Serbowie czy Francuzi nie grają z San Marino czy Luksemburgiem. Wprowadzono także dywizję B, oddzielając średnich od słabych. Reasumując – najlepsi awansują po turnieju, średni walczą ze sobą, słabi ze sobą o możliwość gry ze średnimi. Czasem mistrzostwa kończą się sensacją, ale niech te drużyny trwają! W piłce nożnej, ewentualne mecze najlepszych drużyn z najsłabszych to z jednej strony święto piłki nożnej fana z San Marino czy Kazachstanu, jednak nie służy to zdrowej rywalizacji, a na pewno nie jest to wydarzenie medialne elektryzujące widzów. A przecież chodzi o globalizację i monetyzację, niestety mecz Francji z Andorą czy Hiszpanii z San Marino nawet w krajach gigantach piłki, nie zainteresuje zbyt wiele osób. Oni na co dzień mają silną ligę, ligę mistrzów czy ligę narodów. Tak, właśnie format ligi narodów wydaje się odpowiedniejszy dla kibiców i powinien docelowo wyprzedzić euro, mimo wspaniałej historii tych rozgrywek.

Po wylosowaniu grup mistrzostw europy mamy jeden szlagier – mecz Holandii z Niemcami, czyli rewanż za zakończona ligę narodów (3-0 i 2-2), przez co w kolejnej edycji Niemcy będą musieli zagrać z drużynami formatu Czech, Austrii, Finlandii i Szkocji, zamiast Francji i wspomnianej Holandii. Innych szlagierów nie ma, a jeśli szukać na siłę, to raczej nie będzie nim mecz Szwajcarii z Danią, czyli potencjalnie drugi najlepszy dwumecz eliminacji. To pokazuje rozdmuchanie formatu, który w dobie ilości meczów będziemy sprawdzać w popularnych aplikacjach typu livescore lub flashscore. Futbol reprezentacyjny potrzebuje reform, kierunek zwiększania drużyn w eliminacjach i finałach jest niewłaściwy. Finały mistrzostw świata 48 drużynowe będą interesować nas, gdy zacznie się 1/8 finału (TUTAJ). Mistrzostwa europy 2020 z dziwnym tworem baraży, jeśli jakaś drużyna zajmie określone miejsce i jednocześnie inna wygra lub przegra final four ligi narodów służy kombinowaniu. Nie ma już rywalizacji drużyn krajowych z klubami, te już dawno wyprzedziły reprezentacje na każdej płaszczyźnie – od finansowej, po medialną. Dwadzieścia lat temu liga mistrzów była ważna, ale w podsumowaniu sezonu liczyło się zwycięstwo Francji nad Włochami, a nie zwycięstwo Realu nad Valencią. W lidze mistrzów także zaczynaliśmy od modelu eliminacji wszystkich uczestników, po raz ostatni w sezonie 1993/94. Wtedy dwie grupy cztero-drużynowe mistrzów kraju poprzedzały dwustopniowe eliminacje, w których mieliśmy mecze mecze słabych z silnymi drużynami lub jak kto woli, nikogo nie interesujące:

1 runda:
Werder Brema – Dynamo Mińsk 5:2 i 1:1
Dynamo Kijów – FC Barcelona 3:1 i 1:4
AS Monaco – AEK Ateny 1:0 i 1:1
Budapest Honvéd – Manchester United 2:3 i 1:2
FC Aarau – A.C. Milan 0:1 i 0:0

2 runda:
Francja AS Monaco – Steaua Bukareszt 4:1 i 0:1
Lewski Sofia – Werder Brema 2:2 i 0:1
FC København – A.C. Milan 0:6 i 0:1
Manchester United – Galatasaray SK 3:3 i 0:0
FC Barcelona – Austria Wiedeń 3:0 i 2:1

Od kolejnego sezonu wprowadzono wolny los dla najlepszych, a potem rozszerzono do dwóch i stopniowo czterech drużyn. Chcemy czy nie, piłka ewoluowała i stała się produktem porównywalnym tylko z superbowl i premier superprodukcji kinowych. Oczywiście, nie chciałem w eliminacjach trafić na Niemców (TUTAJ), ale w odróżnieniu do Adama Nawałki, eliminacje nie zbudują pozycji selekcjonera zwycięstwem z gigantem europejskiej piłki:

Po tych meczach spodziewam się spokojnych zwycięstw na których wzrośnie hype i zacznie się znowu pompowanie balonika. Lewandowski znowu strzeli 10-12 bramek, odbudują się Zieliński z Milikiem, a Arkadiusz Reca czy Przemysław Frankowski, albo ktoś z kapelusza stanie się nowym Błaszczykowskim. Otóż nie stanie się, bo tylko wielkie mecze i turnieje budują pozycję kadry i w kadrze. W dobie szlagierów ligi mistrzów, gdzie już na etapie grupowym grają PSG z Liverpoolem, wynik i strzelców bramek w meczu z Macedonią sprawdzimy w aplikacji. Zupełnie niepotrzebnie gramy z drużynami, które tylko wypełniają kalendarz, a przypomnę do turnieju awansuje prawie pół europy (24 z 55 reprezentacji). Skoro ostatnio mieliśmy w mistrzostwach takie kraje Albania, Austria, Irlandia Północna, Rumunia, Turcja, Walia, Węgry, pokazuje to słabość formuły 24 drużyn w finale. w/w kraje w ostatnich pięciu turniejach mistrzostw świata i europy, wystąpiły tylko w Francji w 2016 (pierwszy turniej z 24 uczestnikami). Oczywiście, nie jest to wina Zbigniewa Bońka czy Jerzego Brzęczka, oni robią swoje, w dodatku od czasu euro 2012 mamy najlepsze losowanie od czasu euro 2012. Wtedy mogliśmy trafić na grupę marzeń i grupę śmierci:

Grupa marzeń: Rosja, Grecja, Czechy
Grupa śmierci: Niemcy, Portugalia, Francja

Trafiliśmy do grupy marzeń, zajmując w niej ostatnie miejsce, nie wygrywając nawet meczu. Wylosowana dzisiaj grupa jest oczywiście słabsza, ale jest równie niemedialna. Po latach podtekstów meczów z Anglią i Niemcami, mecze z Austrią i Izraelem wyglądają dziwnie. Dzięki Adamowi Nawałce oglądaliśmy kadrę niezależnie od rywala, nie mam pewności czy tak samo będzie za Jerzego Brzęczka. Wydarzeniem wiosny czy jesieni nie będzie mecz ze Słowenią czy Macedonią. Dlatego wracając do rozwiązania FIBA – ćwierćfinalista ma zagwarantowany udział w kolejnych mistrzostwach preferowałby nas, kosztem m.in. Chorwacji, Anglii i Hiszpanii. Nie byłoby to widać rozwiązanie optymalne, ale Belgia i Francja w ostatnich trzech wielkich turniejach docierała minimum do ćwierćfinału, a po dzisiejszym losowaniu czeka ich wyjazd m.in do Mołdawii, Andory, Kazachstanu i San Marino. Typowe mecze dla meczów, one muszą być rozegrane, a prawdziwe granie zacznie się na mistrzostwach Europy, prawdopodobnie dopiero od 1/8. Do tego czasu, częściej sięgniemy do livescore`a czy flashscore`a.

Wszystkie grupy:

Nie patrzmy na Niemców, liczy się trzeci koszyk

Za kilka minut odbędzie się losowanie mistrzostw europy. losowanie bardzo ważne dla przyszłości Jerzego Brzęczka, ale też kilku zawodników, którzy osiągnęli wielki sukces na poprzednich mistrzostw europy, ale zawiedli na tegorocznych mistrzostwach świata. Zaczynamy błyskawicznymi eliminacjami w marcu, a w 1 grudnia 2019 odbędzie się losowanie grup. Czeka nas wielka rewolucja, bo równolegle do eliminacji, do euro zakwalifikują się mistrzostwie swoich dywizji ligi narodów, czyli zwycięscy final four:

dywizja A Anglia, Holandia, Portugalia i Szwajcaria
dywizja B Bośnia i Hercegowina, Dania, Szwecja i Ukraina
dywizja C Finlandia, Norwegia, Szkocja i Serbia
dywizja D to Białoruś, Gruzja, Macedonia oraz Kosowo

powiedzmy sobie szczerze, z tymi drużynami nie chcemy zagrać – są w formie i będą niesieni ostatnimi zwycięstwami. Oprócz tego, na pewno chcielibyśmy uniknąć Niemców. W sportowym światku ogarnęła nas panika w związku z ewentualnym trafieniem na Niemców. Zupełnie nie słusznie – po pierwsze na Euro 2020 awansują po dwie drużyny z każdej grupy, więc wystarczy nie dać się wyprzedzić przeciwnikom, a po drugie, legendarny mecz z Niemcami 14 października 2014 scalił drużynę Adama Nawałki. Zerknijmy, jak wyglądała wtedy grupa eliminacyjna:

Niemcy 22 pkt.
Polska 21 pkt.
Irlandia 18 pkt.
Szkocja 15 pkt.
Gruzja 9 pkt.
Gibraltar 0 pkt.

Prosta kalkulacja – nie traćmy punktów z trzema drużynami i mamy 18 punktów. A potem można kalkulować, kogo z pierwszych dwóch koszyków lepiej trafić:

1. koszyk (czterech zwycięzców grup Ligi Narodów i zespoły z pozycji 5-10): Anglia, Holandia, Portugalia, Szwajcaria, Belgia, Francja, Hiszpania, Włochy, Chorwacja, Polska 2. koszyk (pozycje 11-20 w LN): Niemcy, Islandia, Bośnia i Hercegowina, Ukraina, Dania, Szwecja, Rosja, Austria, Walia, Czechy
3. koszyk (pozycje 21-30 w LN): Słowacja, Turcja, Irlandia, Irlandia Północna, Szkocja, Norwegia, Serbia, Finlandia, Bułgaria, Izrael
4. koszyk (pozycje 31-40 w LN): Węgry, Rumunia, Grecja, Albania, Czarnogóra, Cypr, Estonia, Słowenia, Litwa, Gruzja
5. koszyk (pozycje 41-50 w LN): Macedonia, Kosowo, Białoruś, Luksemburg, Armenia, Azerbejdżan, Kazachstan, Mołdawia, Gibraltar, Wyspy Owcze
6. koszyk (pozycje 51-55 w LN): Łotwa, Liechtenstein, Andora, Malta, San Marino

Grupą śmierci dla Polski byłaby grupa: Niemcy, Serbia, Rumunia, Macedonia, Łotwa. Grupą marzeń: Walia, Izrael, Litwa, Gibraltar, San Marino.

To właśnie trzeci, a nie drugi koszyk będzie decydujący. Wychodzą przecież dwie drużyny. Swoją drogą to ciekawe, jaką drogę przeszła nasza kadra w pół roku. Przed mundialem, teoretycznie wychodziliśmy z pierwszego miejsca przed Kolumbią i Senegalem. Dzisiaj boimy się Serbii i Turcji, o Danii, Szwecji czy Rosji nie wspomnę.