Sterling zameldował się w top10

Raheem Sterling z przytupem zaczął nowy sezon Premier League. Wybrany w zeszłym sezonie na piłkarza roku przez dziennikarzy, z nieznanych mi powodów nie jest wymieniany jako czołowy piłkarz świata, a nawet Premier League. Przeciez, gdy odchodził Eden Hazard do Realu Madryt, tak się o nim mówiło, podobnie jak o Virgilu van Dijku, Mohamedzie Salahu czy Harrym Keane. Ich się tytułuje najlepszym piłkarzem w zależności od pory sezonu, zapominając o piłkarzach Manchesteru City. Być może wynika to z siły kadry, względnie filozofii Pepa Guardioli, gdzie każdy z 20 zawodników jest istotny. Liderem jest raz Kun Aguero, raz Kevin De Bruyne, raz Sterling, a wcześniej Vincent Kompany. Być może przez rotację, żaden z piłkarzy Obywateli nie bywa w rankingach top10. To odwrotność gwiazd Liverpoolu, których dwóch/trzech jest w rankingach. Być może wynika to z braku sukcesów w Lidze Mistrzów, ale czy po ewentualnym historycznym sukcesie nagle pojawi się tam kilku zawodników Manchesteru City? Wątpię. Tam jest kilku zawodników ale Realu i Barcelony, jest Cristiano Ronaldo, Kylian Mbappe, są gwiazdy Liverpoolu.
Wspomniany Sterling w zeszłym sezonie zanotował 17 bramek i 12 asyst, sezon wcześniej 18 bramek i 15 asyst. Kosmiczne liczby zawodnika kojarzonego wcześniej z aferami z prostytutkami, ilością dzieci (może mieć nawet ósemkę) czy tatuażu z karabinem po zabitym ojcu. Czysto sportowo to brylant, który dojrzał u Pepa Guardioli do roli giganta. Gigantyczne liczby pokrywają się z gigantycznym kontraktem (300 tysięcy funtów tygodniowo), który także był omawiany.
Wracając do wczorajszej premiery – mecz z West Ham był popisem reprezentanta Anglii. Trzy bramki na start brzmią kosmicznie i zapowiada się rekordowy sezon. A Sterling z przytupem wskakuje do grona najlepszych piłkarzy świata.

#31 challenge

W lipcu wakacje, wolna głowa, inne priorytety. W sierpniu postanowiłem wrócić i napisać 31 wpisów w 31 dni. Poniżej lista:

  1. Mistrz Polski gorszy od Mistrza Łotwy
  2. Czy Florentino Perez zaproponuje ofertę Last Minute?
  3. Podsumowanie transferów – top6 Premier League 2019
  4. Sterling zameldował się w top10
  5. Frank Lampard ma czas
  6. Degradacja sportowa Romelu Lukaku
  7. Porto musi iść drogą Ajaxu
  8. Na początek same sztosy, ale nie wszędzie
  9. Nikt nie sprzedaje gorzej niż Barcelona

Byliśmy, jesteśmy i będziemy lepsi #1z6

Jedno zwycięstwo w sześciu spotkaniach, taki jest bilans Polskich drużyn w europejskich pucharach. Do tego co prawda doszło kilka remisów, ale mowa tutaj o pierwszej rundzie, gdzie niekiedy występują przypadkowo zebrani kopacze, którzy dorabiają do pensji powiedzmy listonosza. Tacy jak u wicemistrza Giblataru, ale i z nimi Legia zdołała zremisować. Być może nie powinniśmy mówić o stołecznej drużynie nic złego, w końcu jako jedyna wygrała dwumecz. O ile zwycięstwo BATE Borysow z Piastem nie dziwi (TUTAJ zapowiedź), o tyle do krajow, które nas eliminuja dołączają Białoruś i Słowacja. Dla jednych piłkarska prowincja, bo nadal nosimy wysoko głowy, ale dla realistów odpowiednie miejsce w szeregu, w skutek wielu zaniedbań i braku planowania. Oczywiście znajdą się optymiści lub chorzy psychicznie, którzy pogratulują za styl i powiedzą, że zabrakło niewiele albo że byslimy lepsi.
Na szczęście (?) Piast będzie grać dalej, bo przecież jest mistrzem kraju i porażka w eliminacjach ligi mistrzów oznacza grę w Lidze Europy. Niezrozumiałe dla mnie promowanie przegranych, przedłuży lato drużynie Waldemara Fornalika, ale zapewne tylko o rundę. Promowanie przegranych, czyli dawanie kolejnych szans drużynom, które na to nie zasłużyły. To takie piłkarskie repasaże, które na starcie obniżają poziom rozgrywek. Piłkarze mogą przegrać, przecież i tak grają dalej.
Oprócz Piasta i Legii, do gry dołącza Lechia Gdańsk, zdobywca Pucharu Polski. W tym momencie nie ma miejsca na błędy, nie ma
(jeszcze) trzeciego poziomu rozgrywek, do której możemy się „zakwalifikować”. Trzeba wygrać dwumecze z Brondby Kopenhaga (Lechia), FC Ryga (Piast) i KuPS z Finlandii (Legia). Znając życie, komuś się powinie noga, ale UEFA znalazła sposób na utrzymanie naszej ligi. Wymyślili niedawno właśnie Ligę Europy 2, do której za chwilę spadną Polskie drużyny, ale to od sezonu 2021/22.
27 liga w Europie – takie miejsce ma naszą ekstraklasa. Liga bufonów, wszystko wiedzących działaczy, kolegów dziennikarzy, myślących o sobie agentów i słabych piłkarzy. I to bynajmniej nie Polaków. Mamy szrot złożony ze Słowaków, Chorwatów i Hiszpanów z trzeciej ligi, a później się dziwimy, że wygrywamy raz na sześć spotkań. Nie zdziwiłbym się, że w kolejnej rundzie także wygramy raz. A porażkę wytłmaczymy:
  • fatalną/sztuczną nawierzchnią*,
  • postawą sędziego*,
  • przypadkowi*.
Na pewno w przekonaniu wielu będziemy lepsi.
*) niepotrzebne skreślić.

Copa America – co zapamiętamy?

Zakończony turniej Copa America okazał się porażką. Skandaliczne sędziowanie – o tym mówi się najwięcej. Nie o golach, nowych twarzach czy wielkich pojedynkach. W półfinale Argentyna została skrzywdzona przez sędziego, który nie skorzystał z systemu VAR w dwóch sytuacjach, które bez mogły wpłynąć na końcowy wynik. W meczu o trzecie miejsce, gdy Leo Messi sprowokował Gary Medela lekkim pchnięciem, Medel doskoczył do Messiego chcąc wymierzać sprawiedliwość. W efekcie jeden i drugi zawodnik otrzymał czerwone kartki, choć Argentyńczyk głównie się bronił. Do tego należy dodać nieuznanie trzech bramek Urugwaju w ćwierćfinale z Chile. Chaos.

foto_0000000120190706212157

Turniej Copa America potrzebuje zmian. Dwadzieścia lat temu był to równorzędny rywal Mistrzostw Europy, potem przy rozwoju Ligi Mistrzów, praw telewizyjnych i pojawieniu się olbrzymich pieniędzy, dystans się powiększał. Dzisiaj jest największy w dziejach, turniej interesuje coraz mniejszą liczbę osób i powodem nie jest tylko pora rozgrywania spotkań. Ta jest fatalna, a przecież można szlagier pokazać o godzinie 22.00, jak to było z finałem. Zmiana cyklu turniejowego powoduje, że nie wiemy kiedy rozegrana będzie kolejna edycja:

do 2001 rozgrywana co dwa lata nieparzyste,
dwie edycje co trzy lata (2004, 2007),
dwie edycje co cztery lata (2011, 2015),
po roku (2016),
po trzech latach (2019),
po roku (2020).

W kolejnych edycjach maja być to lata Mistrzostw Europy, ale zobaczymy jak długo.

I wreszcie, zapraszanie słabych drużyn z innych kontynentów oznacza obniżenie poziomu (Japonia i Katar bez zwycięstwa w turnieju), podobnie jak fakt, że każdy awansuje do ćwierćfinału. No prawie każdy, bo jedynie najsłabsze zespoły trzech grup i najsłabsza względem bilansu z trzeciego miejsca nie grają dalej. 8 z 12 tak wygląda wskaźnik uczestników rundy pucharowej do wszystkich uczestników turnieju, a przecież na mistrzostwach starego kontynentu także narzekamy, że każdy awansuje, a mamy wskaźnik 16 z 24. W finale spotkał się gospodarz i faworyt Brazylia oraz Peru, absolutna sensacja turnieju. Finaliści spotkali się ze sobą w rozgrywkach grupowych – Brazylia zwyciężyła 5-0 , co od razu obniżyło rangę finału. Szkoda, że drabinka tak się ułożyła, że największy możliwy hit zobaczyliśmy w półfinale (2-0 z Argentyną), a najlepsze drużyny z drugiej części drabinki, czyli Urugwaj i Kolumbia odpadły po rzutach karnych w ćwierćfinale. Na turniejach mistrzowskich najbardziej porywają nas mecze faworytów i największe indywidualności. Wszystkich zaskoczyła np. wygrana Meksyku z Niemcami na ostatnim mundialu, ale mecz 1/8 Meksyku z Brazylią interesował głównie koneserów. Wyobraźmy sobie, gdyby w tym meczu zagrali Brazylijczycy z Niemcami. Rewanż za 7-1 z poprzedniego mundialu, to potencjalny hit całej drabinki pucharowej. Hitu jednak nie było, podobnie jak we wczorajszym finale Copa America. Mieliśmy rewanż za 5-0 kilka dni wcześniej.

Brazylia z Argentyną Leo Messiego to najlepsze możliwe zestawienie dla turnieju. Względnie Urugwaj – mocna drużyna na czele z Edisonem Cavanim, Lusiem Suarezem. Dalej Chille, z Alexisem Sanchezem, Arturo Vidalem, dwukrotny obrońca tytułu. Niestety w finale otrzymaliśmy rewanżowy pojedynek z Peru, które największą gwiazdę ma w osobie Paolo Guerrero. Problem z tym, że szczyt jego kariery miał miejsce 13 lat temu w Bayernie Monachium. Największe gwiazdy Copa America się starzeją. Wszyscy wyżej wymienieni mają ponad 30 lat, a przecież ponad 30 lat mają jeszcze Sergio Aguero, Ángel Di María czy Falcao.

Brazylia od początku turnieju grała najlepiej – w fazie grupowej zdobyli 7 punktów i z bilansem 8-0 wygrali grupę. Karne z Paragwajem, wygrana 2-0 z Argentyną i finał. Do finału mieli pięć meczów bez straconej bramki, dzięki rewelacyjnej obronie i postawie (być może) najlepszego bramkarza świata Alissona Beckera. Problemem jest wiek defensywy: Dani Alves, (36 lat), Thiago Silva, (34 lata) i Fernandinho (34 lat), ale im wyżej, tym.. młodziej. Czwórka Philippe Coutinho, Everton, Roberto Firmino i Gabriel Jesus zdominowała turniej, nie było widać, że nie ma z nimi kontuzjowanego Neymara. Za nimi wystąpili grający na co dzień w Barcelonie Arthur i Realu Madryt Casemiro, pokazują jak bardzo Brazylia potencjałem odskoczyła od przeciwników, którzy przestali „produkować” gwiazdy.

W decydującym meczu rozpoczął strzelanie po podaniu Gabriela Jesusa najlepszy zawodnik meczu Everton grający na co dzień w Grêmio Porto Alegre, na którego parol zagięli Manchester United i Manchester City. Gdy kolejne bramki były kwestią czasu, wyrównał.. Paulo Gerrero i zakończył rekordową passę Alissona Beckera. Kilka minut później jeszcze przed przerwą gola strzelił Gabriel Jesus, który później wyleciał z boiska za druga żółtą kartkę. W końcówce po rajdzie Evertona Brazylia wywalczyła kontrowersyjny rzut karny, którego na gola zamienił Richarlison i ustalił rezultat na 3-1. W przyszłym roku kolejne mistrzostwa, być może bez Leo Messiego, który skrytykował poziom sędziowania półfinału i meczu o trzecie miejsce. Jeśli tak się stanie, Copa America może dołączyć do mistrzostw innych kontynentów, które interesują garstkę ludzi. Dlatego żadna z telewizji w Polsce nie zakupiła praw do Gold Cup oraz Pucharu Narodów Afryki.

Srebrne pokolenie zaczyna turniej

Każda impreza piłkarska zaczyna się od szlagieru, wtedy wzrasta zainteresowanie, a jeśli przy okazji szlagier okaże się perełką, impreza nabiera tempa i mówią o niej wszyscy. Podczas ostatniego mundialu takim meczem było spotkanie Portugalii z Hiszpanią zakończone wynikiem 3-3 (TUTAJ). Mecz numer cztery jeśli przyjmiemy porządek chronologiczny, sprawił, ze turniej nabrał tempa. Nikogo nie interesowały wcześniejsze zwycięstwa Rosji z Arabią Saudyjską 5-0, Urugwaju z Egiptem 1-0 czy Iranu z Maroko 1-0, liczyły się dramaturgia i

Dzisiaj turniej Copa America zaczynają reprezentacje Argentyny z Kolumbia, czyli dwóch faworytów rozpoczętego wczoraj turnieju. Przy okazji Argentyny pojawia się nazwisko Leo Messiego i jak zawsze, cały piłkarski ślad będzie sprawdzać drogę Argentyny do pierwszego od 1993 (!) mistrzostwa kontynentu. Co ciekawe, w poprzednich pięciu edycjach Argentyna czterokrotnie przegrywała w finale, w tym trzykrotnie po rzutach karnych. Ale o przegranych się nie pamięta.

Tym bardziej, że zwycięstwo Portugalii w Lidze Narodów (TUTAJ), to kolejny argument dla zwolenników talentu Cristiano Ronaldo w dyskusji, który z nadludzi jest lepszy. Leo Messi nic nie wygrał z reprezentacja – głoszą nie tylko zwolennicy piłkarza Juventusu, ale także Brazylijczycy (Pele, Ronaldo) czy nawet rodacy, wspominając boskiego Diego Maradonę. Messi musi wygrać, takie z kolei zdanie słyszymy przed każdymi rozgrywkami od ligowych po reprezentacyjne, bo wygrywać powinni najlepsi. Dzisiaj Messiemu mają ponownie pomóc m.in. Sergio Agüero i Ángel Di María, czyli niespełnione pokolenie. Bo Argentyna mimo wielkich zawodników nie wygrywa wielkich turniejów, dlatego zamiast niespełnionego można nazwać ich srebrnym pokoleniem.

Rozpoczęte mistrzostwa Ameryki Południowej to topowa impreza, choć przez nas głownie z uwagi na porę spotkań traktowana jako impreza drugiej kategorii. Niezasłużenie, bo oprócz dzisiejszych faworytów turnieju zobaczymy m.in. Brazylię, Urugwaj czy obrońców trofeum – triumfatorów z 2015 i 2016 reprezentacje Chile. Stawkę 10 drużyn uzupełniają Japonia i Katar, co nie powinno dziwić, bo w futbolu wygrywają pieniądze. W poprzednich edycjach najczęstszymi gośćmi były reprezentacje Meksyku (10x), Kostaryka (5x) i USA (4x), a w przyszłym roku władze CONMEBOL zaprosili Australię i USA.

Nienasycony CR7

Parafrazując tytuł książki Pawła Wilkowicza, Cristiano Ronaldo do swojej bogatej kolekcji trofeów dołożył kolejne – triumf w pierwszej edycji Ligi Narodów. Fascynuje mnie jego mobilizacja w najważniejszych meczach, gotowość do poświęceń i ciągły głód. Jego legendarna rywalizacja z Leo Messim weszła na poziom niespotykany, a w tym sezonie Portugalczyk dołożył triumf w Serie A i wspomnianą Ligę Narodów. Oczywiście zdarzają się piłkarze, którzy kolekcjonują trofea, nigdy nie zapomnę Christiana Karembeu – mistrza świata (1998), europy (2000) i dwukrotnego zwycięzcy Ligi Mistrzów (1998, 2000), ale Cristiano Ronaldo za każdym razem ma w nich ogromny udział, a w obecnej edycji, w półfinale Ligi Narodów strzelił hat-tricka. Triumf Portugalii nie jest zaskoczeniem, do najlepszej czwórki awansowały ponadto drużyny (zwycięscy grup): Anglia, Szwajcaria i Holandia. Z uwagi na brak choćby mistrzów (Francja) czy wicemistrzów świata (Chorwacja), w turnieju triumfował aktualny Mistrz Europy. Zresztą selekcjoner reprezentacji Portugalii Fernando Santosa umiejętnie wprowadza nowe twarze do jedenastki, która dzisiaj wygląda imponująco:

Rui Patricio – Nelson Semedo, Ruben Dias, Jose Fonte, Raphael Guerreiro – Danilo Pereira, William Carvalho (93 Ruben Neves), Bruno Fernandes (81 Joao Moutinho) – Cristiano Ronaldo, Goncalo Guedes (75 Rafa Silva), Bernardo Silva.

W porównaniu do jedenastki z finału Mistrzostw Europy brakuje mi.n. utytułowanego duetu Nani, Ricardo Quaresma, których zastąpili strzelec bramki Goncalo Guedes oraz najlepszy obecnie rozgrywający świata Bernardo Silva. Kolejne złote pokolenie, w przeciwieństwie do poprzednich (np. Luis Figo, Pauleta, Rui Costa czy Deco byli jedynie wicemistrzem Europy 2004) jest zwycięskie, a z tak grającym kapitanem są w stanie osiągnąć sukces podczas przyszłorocznych Mistrzostw Europy. Bo Cristiano Ronaldo mimo 34 lat na karku nadal jest nienasycony.

Jak nie teraz, to kiedy

Jurgen Klopp po raz trzeci w karierze stanie przed szansą wygrania najważniejszego trofeum w Europie, zdobycia ligi mistrzów. Pierwszej szansy w 2013 niewykorzystal przegrywając z Bayernem Monachium 1-2. Był blisko, ale Arjen Robben w 89 minucie przechylił szale. Wtedy prowadzący Borussię Dortmund był underdogiem, podobnie rok temu, kiedy Liverpool spotykał się z Realem Madryt, prawdziwą maszyną do wygrywania Ligi Mistrzów, która zwyciężając Liverpool triumfowała po raz trzeci z rzędu.

Dzisiaj Liverpool jest zdecydowanym faworytem, w końcu w fazie pucharowej wyeliminował kolejno Bayern, Porto i Barcelonę. Zwłaszcza styl zdeklasowania faworyta bieżącej edycji budzi podziw – Liverpool odrobił trzybramkowa stratę z pierwszego meczu (TUTAJ) i został tylko jeden mecz do przejścia do historii. Po latach nikt nie pamięta, kto przegrał w finale, choć w przypadku Jurgena Kloppa trzecia porażka w finale może będzie kolejnym argumentem dla krytyków mówiących o braku trofeum w barwach Liverpoolu.

Jurgen Klopp jest wybitnym strategiem, co pokazują choćby rezultaty pierwszych i drugich meczów tej edycji fazy pucharowej: 0-0, 2-0, 0-3 vs 4-1, 3-1, 4-0. Dzisiaj nie będzie miał czasu odrabiać strat, musi zaatakować od razu fantastycznym trio Roberto Firmino, Mohamed Salah i Sadio Mane. Nie może kalkulować, gdyż od najlepszych trenerów naszych czasów Zinedine Zidane’a, Pepa Guardioli, Carlo Ancelottiego i Jose Mourinho dzieli go tylko zwycięstwo.