Mewy rozbiły bank PKO Ekstraklasy. Jakub Moder i Michał Karbownik w Brighton & Hove Albion

Brighton & Hove Albion niedzielnemu piłkarzowi nie mówi absolutnie nic. Trzy lata temu awansowali do Premier League i od tego momentu regularnie walczą o utrzymanie. ich najlepszym zawodnikiem po awansie był Glenn Murray, także piłkarz anonimowy, żadna gwiazda. Mewy nie wskoczyły w przeciwieństwie do innych beniaminków Premier League w wir transferów, co finalnie ich pozytywnie zweryfikowało. Brighton & Hove Albion kupiło Modera i Karbownika. Takie hasło nie grzeje nikogo, poza piłkarskimi geek’ami. Klub anonimowy, w przeciwieństwie do Leeds, Queens Park Rangers czy Nottingham Forest gdzie trafiali polscy zawodnicy, choć oczywiście to niesprawiedliwe, bo wybierali wtedy drugą klasę rozgrywkową.

Lech Poznań otrzymał za swojego zawodnika aż 10,5 mln euro plus 10% od kolejnego transferu, czyli magiczna „dycha” pękła. Jeszcze niedawno wydawało się, że stanie się to za sprawą Michała Karbownika z Legii Warszawa, ale podobno jego słabsza forma zadecydowała o obniżce. Mi się wydaje, że powód jest inny – Lech po awansie do rozgrywek grupowych ligi Europy może sprzedawać, a Legia przy braku awansu musi. Ponadto w Lechu jest kilku zawodników, których oglądają kluby z Europy, a w Legii nie ma za dużego wyboru.

Mewy za Karbownika zapłaciły o połowę mniej, Legia sprzedała go za 5,5 mln euro plus 10% od następnej sprzedaży. Miała być Barcelona, Sevilla, Neapol czy ostatnio Parma. Ten transfer był od początku dziwny, bo agent zawodnika Mariusz Piekarski sprzedawał lewego obrońcę na środek boiska – takie rzeczy tylko w PKO Ekstraklasie.

Przez lata, gdy Chorwaci sprzedawali piłkarzy za ośmiocyfrowe kwoty, my o takich marzyliśmy kasując (nie licząc Adriana Mierzejewskiego) ok 4 mln euro. Za tyle odchodzili najzdolniejsi z ekstraklasy Bartosz Kapustka, Ondrej Duda, Arkadiusz Reca, Sebastian Walukiewicz, Szymon Żurkowski, Dawid Kownacki, Łukasz Teodorczyk nawet Krzysztof Piątek. Wyjątkiem jeszcze rok temu był Jan Bednarek z… Lecha. Młodzi zawodnicy do Anglii wyjadą w lecie, choć Brighton & Hove Albion zagwarantowało sobie możliwość ściągnięcia ich do siebie w trakcie zimowego okna transferowego. To Premier League, inne pieniądze. Jeśli będzie kontuzja, potrzeba rywalizacji, to największe polskie kluby dostaną ekstra kasę, które będą dla Mew.. frytkami.

Timo Werner w Chelsea to skracanie dystansu do najlepszych

Przejście Timo Wernera w Chelsea to transferowy hit. Drugi najlepszy napastnik Bundesligi, z charakterystyki – szybki, silny, bramkostrzelny, grający z powodzeniem na szpicy i z lewej strony. 54 miliony euro za 24 letniego napastnika, który strzelił 25 bramki i dołożył 8 asyst w 30 meczach Bundesligi. Strzelał także w Lidze Mistrzów – 4 bramki i 2 asysty w 8 meczach, a do tego ma 11 bramek w reprezentacji Niemiec. Idzie w górę, a w przeciwieństwie do hitowego transferu z Bundesligi sprzed roku, Luka Jović miał nieudany epizod w Benfice, a po świetnym sezonie (jednym) w Eintrachcie Frankfurt za 60 milionów trafił do Realu Madryt. Dla porównania, Werner w czterech ostatnich sezonach strzelił 75 bramek w 123 meczach.

Wcześniej Chelsea podpisała Hakima Ziyecha z Ajaxu Amsterdam, który kosztował 40 milionów euro. Wychodzi na to, że niespełna 100 milionów pozyskali dwóch ofensywnych zawodników, o których marzyły największe kluby Europy – Real i Liverpool. W dwóch poprzednich okienkach transferowych nie mogli podpisywać nowych graczy, dlatego Roman Abramowicz poszedł na całość. Najpierw rzutem na taśmę pozyskał obecnie 22-letniego Christiana Pulisica, a następnie sięgnął po wychowanków, odmładzając drużynę, w efekcie twarzami z plakatów są 23-letni Tammy Abraham i 21-letni Mason Mount.

Wykorzystanie klauzuli w kontrakcie Niemca, to szybkie skracanie dystansu do Liverpoolu i Manchesteru City. Jeśli pozyskają także Kaia Havertza z Bayeru Leverkusen, a sa takie plotki, w ciągu trzech lat mistrzostwo powinno wrócić na Stanford Bridge. Kluby różnie radzą sobie z odmłodzeniem składów, a także z wprowadzeniem utalentowanych zawodników do sytego zespołu. Właśnie dlatego młodzi The Blues, a nie Tottenham, Arsenal czy Manchester United zaatakują najlepszych.

Cztery mecze – trzy porażki, nie skreślajmy jeszcze Liverpoolu

Zaczęło się od Ligi Mistrzów, gdzie w pierwszym meczu 1/8 finału, już w czwartej minucie po rzucie wolnym i zamieszaniu, piłka spada pod nogi Saula Nigueza, który pokonał Alissona Beckera. Maszyna, która rozwalcowuje rywali w Premier League zawiodła. Mylił się Salah, który jedynie strzelił bramkę z ewidentnego spalonego (oczywiście nie mogła zostać uznana). The Reds bili głową w mur i o ile przed meczem mówiono, że Atletico należy do niewygodnych rywali, to same zwycięstwa i jeden remis w 26 meczach Premier League jasno wskazywał faworyta.

Zresztą kolejny mecz ligowy z West Hamem zakończył się tak, jak wiele innych – Liverpool odrobił stratę i z 1-2 zrobili 3-2. Kosmiczna liczba zwycięstw (26 z 27) i pogoń za Invincibles, czyli Arsenalem z sezonu 2003/04, a w dalszej perspektywie obrona Ligi Mistrzów, której poza Realem 2016-2018 obronił wcześniej Milan w czasach prehistorycznych (1989-1990) – takie były marzenia Jürgena Kloppa.

Jak wiemy, The Reds Invincibles nie zostaną, Watford rozjechał ich aż 3-0! Bohaterem został Senegalczyk Ismaila Sarr, który przed sezonem przyszedł za 30 mln euro z Rennes. Przyćmił swojego rodaka Sadio Mane strzelając dwie bramki i przy trzeciej asystując. Przy pierwszej bramce Doucoure podał do niego w uliczkę na wyprzedzenie, w drugiej wyprzedził Virgila van Dijka, który nie mógł nadążyć. Przy trzeciej bramce Trent Alexander-Arnold popełnił błąd pod swoim polem karnym i do piłki dopadł Sarr, który wycofał ją do Troy’a Deeney’a. Zaskakujące, że bramki padły po błędach obrońców, którzy przez cały sezon uważani byli za najlepszych.

Kolejna porażkę Liverpool odniósł w FA Cup z Chelsea. Klopp próbuje rotować składem, choć zwykle w pewnym momencie na boisku pojawiają się gwiazdy – Salah, Firmino i Mane. Dobrze dysponowana Chelsea wygrała podobnie jak Wadford 3-0, w najmniej ważnych rozgrywkach, ale sam udział w takim meczu Mane, Fabinho, Robertsona czy van Dijka przez 90 minut, pokazuje, że niemiecki trener nie potrafi odpuścić. Podobnie wyglądały grudniowe mecze z Monterrey i Flamengo (mecz z dogrywką trwał 120 min).

Ogromne obciążenia wielu zawodników przez cały sezon wychodzą w najważniejszym momencie. Oczywiście, Premier League jest już wygrana, bo po porażce z Watfordem przewaga nad Manchesterem City wynosi 22 punkty, a Pep Guardiola już w styczniu mówił, że przegrał rywalizację i musi skupić się na grze w Europie. Niestety w Lidze Mistrzów coraz więcej jest głosów, że to Atletico wygra dwumecz, a dodatkowo dzisiaj gruchnęła wiadomość o kontuzji Alissona, który nie zagra w meczach z Bournemouth i Atletico. Porażka w pierwszym meczu 0-1 w kontekście choćby wyeliminowania rok temu w półfinale Barcelony po przegranej 0-3, nie pozwala mi nie skreślać Liverpoolu. Jeszcze nie teraz.

Dziesiątka najlepszych piłkarzy 2019

Pierwsza dziesiątka plebiscytu „France Football” prezentuje się następująco:

1. Leo Messi (Hiszpania / FC Barcelona)
2. Virgil van Dijk (Holandia / Liverpool FC)
3. Cristiano Ronaldo (Portugalia / Juventus FC)
4. Sadio Mane (Senegal / Liverpool FC)
5. Mohamed Salah (Egipt / Liverpool FC)
6. Kylian Mbappe (Francja / PSG)
7. Alisson Becker (Brazylia / Liverpool FC)
8. Robert Lewandowski (Polska / Bayern Monachium)
9. Bernardo Silva (Portugalia / Manchester City)
10. Riyad Mahrez (Algieria / Manchester City)

Analizowałem w/w kolejność i poniżej luźne wnioski:
1. Triumf Liverpoolu i postawa w drugiej części roku to wielkie osiągniecie, ale czterech piłkarzy w siódemce, to stanowcza przesada. Nie mam wrażenia, że to najlepsi piłkarze świata, raczej elementy niesamowitej układanki Jurgena Kloppa, w której najważniejszą postacią jest trener The Redds.
2. Triumf Riyada Mahreza w PNA przeszedł niezauważenie, fachowcy przypominają rolę rezerwowego u Pepa Guardioli, ale przecież mowa o kluczowym piłkarzu zwycięzców czarnego kontynentu, nominowanego do jedenastki turnieju. Triumf w Mistrzostwach Europy daje finalnie pewne Top3, dlaczego więc dyskredytujemy PNA? Gdyby finał wygrał Senegal, czy Sadio Mane byłby także traktowany drugorzędnie?
3. Gdyby Tottenham zwyciężył ostatni mecz Ligi Mistrzów – czy Harry Kane byłby drugi, Son piąty i jeśli Lucas strzeliłby gola w finale, tak samo byłby w top 10. Czy w takiej alternatywnie byłby maksymalnie jeden piłkarz z Liverpoolu w „10”? Przecież to „aż” jeden mecz.
4. Mane był najlepszym zawodnikiem Liverpoolu, strzelał ważne bramki (po dwie z Bayernem i Porto) plus finał PNA. Lokomotywa niesamowitego trio, w plebiscytach gdzieś w cieniu Van Dijka, zupełnie nie zasłużenie.
5. Kto był ważniejszy w defensywie Liverpoolu – Van dijk czy Allison? Wydaje mi się, że bramkarz rozwinął się tak bardzo, że jest w Top3 (z Oblakiem i Ter Stagenem), a może nawet najlepszy na świecie. Różnica pomiędzy Liverpoolem Cariusa i Liverpoolem Allisona to wynik decydującego meczu Ligi Mistrzów.
6. Dziwny hype na Van Dijka, który nie miał lepszego roku niż Ramos 2014 i 2016, gdy ten strzelał bramki w finale Ligi Mistrzów albo Varane, gdy zdobywał LM i Mistrzostwo Świata. Holender nie jest (jeszcze) legendarnym obrońcą, to dopiero drugi tak mocny rok i czekamy na duży turniej, czyli prawdziwą weryfikację.
7. Lewandowski w Bundeslidze miażdży: 14 meczów – 16 bramek i 1 asysta, ale Ciro Immobile ma jeszcze lepsze statystyki w Serie A: 15 meczów – 17 bramek i 5 asyst. Nikt jednak nie podnosi we Włoszech casusu Immobile. U nas brak Lewego w top3 był skandalem. A dziennikarze umieszczali go nawet na pierwszym miejscu (!).
8. Brakuje najlepszego piłkarza mistrza Anglii – Raheema Sterlinga. Jest dwójka (Bernardo Silva i Riyad Mahrez) w dziesiątce, ale bez Anglika nie byłoby mistrzostwa zdobytego 98 punktami.
9. Razi również niedocenienie sukcesu Portugalii w Lidze Narodów – przecież Bernardo Silva był architektem tej drużyny, w dodatku wygrał Premier League, a Cristiano Ronaldo hat-trickiem strzelonym w Szwajcarii, doprowadził drużynę do finału. W 1/8 strzelił hat-tricka Atletico samodzielnie odrabiając straty z pierwszego meczu (0-2), w dwumeczu z Ajaxem strzelił po bramce. Portugalczyk był najlepszym piłkarzem Serie A, a mimo tego Polscy dziennikarze umieszczali wyżej Lewego.
10. Liga Narodów jest drugorzędnym turniejem, traktowany niczym PNA. Ciekawe jakbyśmy patrzyli na te rozgrywki gdybyśmy wyszli z grupy do Final Four. Na pewno dziennikarze z Polski używaliby tego jako argumentu.
11. Mbappe ma niesamowitych managerów, jest globalną marką – strzela mniej w Ligue 1, odpada z Ligi Mistrzów a łapie się (niezasłużenie) w szóste. Dalej pamięta się Mistrzostwa Świata ale to nie ten rok.
12. Nikt zagranicą nie ogląda Bundesligi i gdyby nie Robert, Polacy także by jej nie oglądali. Ci, co wspomną o polskiej tradycji Bundesligi odsyłam do Serie A – przez lata nie oglądaliśmy w niej naszego rodaka, a potencjalne starcie Napoli – Milan z Polakami w składzie, ogląda tylu kibiców, co El Clásico.
13. Dusan Tadić był do pewnego momentu najlepszym piłkarzem Ligi Mistrzów, wyrzucał kolejno Real (trzykrotnego zdobywcę) i Juventus (który go kupił). Z Królewskim w rewanżu zanotował bramkę i dwie asysty, a gra w małym (w porównaniu do gigantów) klubie Europy + fenomenalny w dobrej lidze 28 bramek i 14 asyst.
14. Messi – przekreślanie całego sezonu przez rewanżowy półfinał z Liverpoolem jest niesprawiedliwe dla kosmity. Ma 32 lata i regularnie notuje 1,5 punktu w klasyfikacji kanadyjskiej, w fazie pucharowej LM zdobył sześć bramek (po dwie w każdym dwumeczu).
15. Kevin De Bruyne gra niesamowitą piłkę na wyspach – najlepszą w Premier League na jesień. Dlaczego to pomijamy? Bo dziennikarze w podsumowaniu roku oceniają jedynie wiosnę?
16. Im bliżej końca roku, tym bardziej się zastanawiam, kiedy najważniejszym zawodnikiem defensywy Liverpoolu zostanie Trent Alexander-Arnold. Obstawiam już za rok.

Dlatego moim zdaniem tak powinna wyglądać czołowa dziesiątka:

1. Leo Messi (Hiszpania / FC Barcelona)
2. Cristiano Ronaldo (Portugalia / Juventus FC)
3. Sadio Mane (Senegal / Liverpool FC)
4. Raheem Sterling (Anglia / Manchester City)
5. Alisson Becker (Brazylia / Liverpool FC)
6. Virgil van Dijk (Holandia / Liverpool FC)
7. Robert Lewandowski (Polska / Bayern Monachium)
8. Kevin De Bruyne (Belgia / Manchester City)
9. Harry Kane (Anglia / Tottenham Hotspur)
10. Riyad Mahrez (Algieria / Manchester City)

Po finale Klubowych Mistrzostw Świata – Liverpool wygrał po słabym meczu z Flamengo, a FIFA szykuje zmianę formatu

Finał finałów – tak można określić turniej, w którym spotykają się najlepsze drużyny klubowe z każdego kontynentu. Klubowe Mistrzostwa Świata to elitarne rozgrywki nie dla każdego, zresztą zwycięski Liverpool wygrał je po raz pierwszy, a Ligę Mistrzów zwyciężył sześciokrotnie. Niestety w erze przeładowania kalendarza piłkarskiego, mecz w tej formule absolutnie zbędny.

Slogan „pieniądze rządzą futbolem” pada przy każdej okazji, więc naturalnym było przekształcenie Pucharu Interkontynentalnego w rozgrywki, w której swoją drużynę ma każdy region świata. Zbiegło się to z wzrastająca przepaścią finansową i sportową, a dzisiaj rozgrywki w tym formacie nie mają sensu. Ćwierćfinały dla najsłabszych federacji oraz półfinały i finał w trakcie sezonu, nie przyciągają kibiców przed telewizorów. Nawet fani Premier League wybrali wczoraj mecz Manchesteru City z Leicester. Rywalizujący z nimi Liverpool rozegra dwa mecze w kalendarzu więcej, w dodatku będzie musiał odrobić przełożony mecz z West Hamem. Absurdalnie wyglądający kalendarz Liverpoolu sprawił, że dzień przed półfinałem z Monterey mieli oni rozegrać mecz w EFL Cup z Aston Villą. Jurgen Klopp wystawił w nim głębokie rezerwy i uległ 0-5, co może docelowo dać na wiosnę chwilę odpoczynku, gdy inne kluby będą grąć i o ten puchar.

Za dwa lata rozgrywki o Klubowy Puchar Świata przejdą kolejną reformę, niestety nieuniknioną. 24 drużyny, w tym osiem z Europy i rozgrywki po sezonie klubowym, a nie w trakcie, to ogromne Klubowe Mistrzostwa Świata. Czyli w latach parzystych reprezentacyjne Mistrzostwa świata i Europy, a w nieparzystych klubowe, na razie zaplanowane na 2021 i 2025. Nowy format, to dużo drużyn, dużo krajów i dużo kontynentów. FIFA z zazdrością patrzy na europejską federację i także chce czerpać zyski z meczów Liverpoolu, Realu czy Liverpoolu z Realem. Dlatego za chwilę oglądanie takich drużyn jak Flamengo będzie możliwe jedynie w rozgrywkach grupowych, a w pucharowych ponownie zagra Liverpool z Manchesterem City. Tak jak w Premier League, F.A. Cup, EFL Cup, Lidze Mistrzów i wreszcie w Klubowych Mistrzostwach Świata – najlepsi będą grali nieustannie ze sobą i tylko dzięki Aston Villi nie zobaczymy ich w Pucharze Ligi.

Sam mecz finałowy był słaby. Słyszałem głosy o grze w piłkę drużyny Flamengo, ale musimy mieć naprawdę małe oczekiwania, że to wystarczy. 99 minut czekaliśmy na gola, zresztą jedynego w tym meczu. Wcześniej najciekawszym wydarzeniem był VAR z 93 minuty i rozstrzyganie – karny czy wolny po faulu Rafinhi na Mane oraz czerwona czy żółta? Ostatecznie żółta za kłótnie i faul po strzale, ale na dziesięć takich interpretacji pewnie osiem byłoby innych. Jedyna bramkę strzelił Firmino po podaniu Mane.

Czasy Pucharu Interkontynentalnego w Tokio już nie wrócą, kluby z Ameryki Południowej są regularnie podkupywane nie tylko przez wielkich, ale także średnich jak Szachtar czy Benfica, choć dzisiaj trudno i te kluby nazywać średnimi. To już nie będzie przepustka do wielkiej piłki, nie będzie meczów jak w 2000, gdy oglądaliśmy mecz Boca Juniors z Galaktycznym Realem, który ucieszył dwoma bramkami Martin Palermo, a do wielkiej piłki wchodził Juan Román Riquelme, na dwa lata przed transferem do Barcelony. Dzisiaj w drużynach kasy Flamengo grają Rafinha, Felipe Luis czy Diego Alves. Piłkarscy emeryci, dla których to ostatni mecz na wielkiej scenie.