Adam Silver deklaruje powrót NBA – trochę późno, ale to najlepszy moment na kluczowe zmiany w zasadach 82/best of 7

NBA rusza 31 lipca – to wiadomość dnia, ekscytacja dla jednych, ale także spory zawód dla drugich. Napisać, ze sport po koronawirusie nie będzie taki sam, to nic nie napisać. Podczas, gdy wszyscy patrzą na siebie, wracając do rywalizacji ze środkami ostrożności, a za chwile z limitami kibiców, NBA jest daleko w tyle. Bundesliga rozgrywa właśnie czwartą kolejkę po powrocie, za dwa tygodnie wracają najlepsze piłkarskie ligi (11 czerwca La Liga, 17 czerwca Premier League, 20 czerwca Serie A). Odbyły się już trzy gale UFC (TUTAJ), a dziś w nocy odbędzie się kolejna. Tymczasem koszykarze nadal nie znają szczegółów powrotu. Podana data jest jedynym pewnikiem, ale przecież do tego czasu wszystko może się zmienić. Skoro premier Mateusz Morawiecki pozwolił, aby wypełnienie trybun ekstraklasy od 19 czerwca wynosiło maksymalnie 25 procent, czyli we Wrocławiu czy Gdańsku może pojawić się ich aż 10 tysięcy. Tymczasem NBA nie ruszy przez dwa miesiące (!).

Jest kilka wariantów powrotu, o które są konsultowane z klubami. Prawdopodobnie nie wrócą wszystkie, część spotka się w specjalnym turnieju play-in o awans do play-off. Skrócony zostanie sezon, nie wiadomo czy także play-offy. To wpłynie oczywiście na kolejny sezon, który nie odbędzie się w klasycznej, 82 meczowej formie z playoffami + best of seven, a zacznie się pewnie na gwiazdkę. NBA chce wrócić do normalności, ale przesuwając powrót, niepewny będzie także status zawodników, którzy nie zawsze prowadzą się zgodnie z reżimem treningowym. To, co obserwujemy w Bundeslidze, czyli mnogość kontuzji mięśniowych będziemy mieli także w fizycznej NBA niezależnie kiedy wróci.

Wakacje z NBA to znakomita wiadomość dla fanów. Liga nie będzie odwołana jak choćby Euroliga (TUTAJ), zobaczymy ponownie najlepszych zawodników i to w wakacje, gdy część z nas będzie miała urlopy. Od dawna dziwiło mnie to, ze koszykówka nie gra w wakacje, uznając ją za sport halowy.. czyli zimowy. Przecież koszykarze występują na olimpiadzie letniej, a nie zimowej, a sezon trwa zwykle od października do czerwca.

Możliwe warianty powrotów:

– 16 zespołów, które od razu rozpoczną grę w play-off (zawodnicy chcą kilka meczów na przetarcie),
– 20 zespołów i podział na cztery grupy po pięć drużyn,
– 22 zespoły i turniej play-in,
– 30 zespołów i 72 mecze sezonu regularnego, potem play-off (najmniej prawdopodobna).

Gdzieś w tle oczywiście jest wielka kasa od telewizji, która byłaby do zwrotu, jeśli nie będzie gry. Nikt sobie na to nie może pozwolić i powrót jest konieczny. Jeśli wiązałby się z rewolucją zasad, o których spekuluje się od kilku sezonów, to jest najlepszy moment. Odejście od 82 meczów zwany skróceniem sezonu, dodatkowy turniej play-in, dodatkowy turniej niezależny od sezonu – takie pomysły mieliśmy juz przed koronawirusem.

Last dance epizod 1 i 2 – przedłużenie Jacksona, kontrakt Pippena i ten Krauze

Z zaciekawieniem podszedłem do nowej serii ESPN Last dance. Z jednej strony to historia legendarnej drużyny, której nigdy nie byłem fanem. Raczej czekałem aż przegra niż gloryfikowałem Michaela Jordana. Ale wiadomo, sezon nie gra, nic się nie dzieje, dlatego przesunięcie premiery na teraz jest majstersztykiem ESPN i budowaniem zainteresowania w off season. Od początku raziła mnie produkcja przez samego Jordana, którą na początku ukrywano, ale od dawna nic o MJ nie dzieje się bez MJ.

Na pierwszy ogień poszedł znienawidzony przez niego Jerry Krauze. GM Bulls, architekt sześciu tytułów z perspektywy czasu jest oceniany negatywnie. Do tego problemy z przedłużeniem kontraktu Phila Jacksona i umowa Scottiego Pippena zdominowały pierwsze wątki. A sam Krauze był obiektem żartów zawodników. To bezkompromisowy i zakompleksiony mały grubas, który chciał być w centrum wydarzeń. Oprócz prześmiewczej atmosfery otaczała nas aura wszechobecnej gloryfikacji Jordana. Był przypomniany rzut w finałowego meczu NCAA 1982 (i 16 punktów w finale, a James Worthy 28, o czym nie wspomniano) ale nikt nie wspominał, jak wyglądały pozostałe sezony w NCAA:

– 1983 – Elite Eight i porażka z Georgią (26 punktów),
– 1984 – Sweet Sixteen z porażka z Indianą (zaledwie 13 punktów).

A Jordan miał wtedy w składzie m. in. Sama Perkinsa, Brada Daugherty, a w ostatnim sezonie dodatkowo młodego Kenny Smitha. Był także pokazany pierwszy i drugi mecz z serii z Celtics z 1986, ale nikt nie mówił o sweepie 0-3. Last dance reklamowano także stawianiem Jordana w negatywnym świetle, ale nic takiego nie miało miejsca. Były za to ekskluzywne sceny i ujęcia, które robią wrażenie, jak choćby nieistniejący turniej McDonalda.

Pierwszym wątkiem był problem z przedłużeniem kontraktu Phila Jacksona, który nie chciał być w drużynie dowodzonej przez Krauze w okresie przebudowy, która zaraz miała mieć miejsce. Jordan z kolei warunkował dalszy pobyt od decyzji Phila Jacksona. Domek z kart mógł się rozsypać po sezonie 1996/97. Wtedy zainterweniował właściciel Jerry Reinsdorf, a co było dalej wszyscy wiemy – szósty tytuł, ale na tym się skończyło.

W przypadku Pippena, u którego nawet po latach słychać pretensje i żal, w dokumencie było to widać szczególnie po ogłoszeniu przedłużenia kontraktu Jacksona o rok za 5 mln $. Reinsdorf w przypadku umowy Pippena nie interweniował. Skrzydłowy w 1992 podpisał ósmy najwyższy kontrakt w lidze na siedem lat, co z perspektywy czasy było fatalną decyzją, ale nie chciał ryzykować. Wychowany w biednej rodzinie, zagrał ALL-IN, tak jakby zagrał każdy z nas. Kontrakty szły w górę w tempie, którego nikt nie przewidział i z perspektywy czasu jego 18 mln $ za siedem lat jest na poziomie minimalnych zarobków. Pieniądze i ego rozbijają każda drużynę, więc po sezonie Pippen odszedł za wielką kasą w wymianie do Houston (67,2 mln $ za pięć lat, choć ostatecznie większość zapłaciło Portland Trail Blazers). Ale wtedy mieliśmy lokaut i nie tylko w Chicago był problem z wynagrodzeniami via nowa umowa z telewizją.

Dla mnie pierwsze personalne skojarzenie z Jordanem to Pippen, ale ten drugi borykał wtedy z kontuzją i nie zrobił operacji po sezonie 1996/97, tylko czekał na transfer (ewentualnie podwyżkę). Ten się nie wydarzył, choć były możliwości (choćby za Shawna Kempa lub Tracy’ego McGradego – ale o tych ofertach w dokumencie nie wspomniano), w efekcie Jordan pojechał do Paryża na turniej bez swojego Robina.

Pippen miał w swojej karierze epizod w roli lidera, gdy po odejściu Jordana
miał życiowy sezon – zdobywał średnio 22 punkty, 8,7 zbiórki, 5,6 asysty i 2,9 przechwyty, prowadząc Chicago do wyniku 55-27 i przegranej w drugiej rundzie w siedmiu meczach z Knicks. Pippen zajął wtedy trzecie miejsce w wyścigu o MVP za dwójką Hakeem Olajuwon i David Robinson, a w tamtym czasie zarobił 3,075 mln $, czyli mniej niż choćby Sam Bowie i Benoit Benjamin. z kolei w sezonie 1996-97, ze średnimi 20,2 punktów, 6,5 zbiórek i 5,7 asyst i wynikiem Bulls 69-13, zarabiał zaledwie 2,25 miliona $ będąc 128 (!) najlepiej opłacanym graczem ligi i numerem pięć w Chicago, tuż za Lucem Longleyem.

Sam Krauze z perspektywy czasu się broni – pozyskanie Pippena poprzez wymianę z Sonics w noc draftu za Oldena Polynice’a, wybranie w tym samym drafcie z numerem 10 Horace’a Granta plus największy majstersztyk, czyli wymyślenie najpierw w roli asystenta Doug Collinsa, a potem pierwszego trenera Phila Jacksona. Jackson już w drugim sezonie zdobył pierwszy z 11 tytułów (!) mistrzowskich. Do tego wymiana Charlesa Oakleya za środkowego Billa Cartwrighta i Willa Perdue za Dennisa Rodmana. To są pomysły Krauze, bez którego nie byłoby dynastii byków i legendy wiadomo kogo.

Z archiwum FIBA – USA vs Portoryko z 2007 roku

Z zaciekawieniem włączyłem mecz, który dzisiaj udostępniła FIBA – USA vs Portoryko z 2007 roku. Półfinał mistrzostw Ameryki z LeBronem Jamesem i Carlosem Arroyo mnie zaciekawił, a gdy przed spotkaniem już na parkiecie zobaczyłem piątkę: Jason Kidd, Kobe Bryant, LeBron James, Carmelo Anthony, Dwight Howard wiedziałem, że to jest to. W czasie panującej epidemii Koronawirusa na YouTube pojawia się wiele cennych, nigdy wcześniej nie opublikowanych materiałów i z uwagi na występ niedawno zmarłej legendy Lakers chciałem zobaczyć, jak to wyglądało.

Kobe w roku 2007 był najlepszy w karierze, osiągnął szczytową formę rzucając m.in. cztery razy z rzędu minimum 50 punktów. To nawet w czasach Jamesa Hardena robi wrażenie. LeBron, Howard i Melo byli młodzi, ale bardzo szybko osiągnęli status gwiazd NBA. Przecież tamten mecz był przed dwoma tytułami Kobe z Gasolem, o którym nawet nie marzył w roli partnera, Melo grał w Nuggets, a Kidd w Nets. Kobe od początku pokazywał niesamowite umiejętności. – panowanie nad ciałem w powietrzu i łatwość mijania 1 na 1 z to go zapamiętamy. LeBron bym zupełnie inny, gdy dostał piłkę na obwodzie i miał wolną pozycje to się zastanowił i dopiero rzucił za trzy w dodatku niecelnie. Z kolei wchodząc na kosz już wtedy jako 22 latek dysponował siłą, dzięki której przepychał rywali. Do tego Jason Kidd rzucający z dystansu i trafiający. Mam wrażenie, że dzisiaj się o tym nie pamięta, raczej spogląda się na niego przez pryzmat mistrzostwa w Dallas i emerytury w Knicks. Już w tamtym meczu miał za sobą 13 sezon w lidze, a owe mistrzostwo zdobył w 16 (!). Natomiast jego przegląd gry, dzielenie się piłką, przypominało mi, jak fascynująco się go oglądało.

Pierwsza zmiana amerykanów i za Dwighta Howarda wchodzi Amare Stoudemire. Dwight złapał głupie faule, ale zaimponował (niestety) nieudaną akcja w obronie, gdzie na kosmicznym poziomie zbijał piłkę po rzucie rywali. Przypomniał mi się konkurs wsadów rok później, kiedy w roli supermena sięgał końca tablicy. Amare wtedy był bestią, najlepszym ofensywnie wysokim w grze przodem do kosza, choć z dzisiejszej pozycji jednowymiarowy bez rzutu z dystansu. W 2007 (w grze za dwa punkty) jego dynamika mówiła nam, że będzie wyjątkowy. Nie był, głównie z powodu kontuzji kolan (najpierw lewe potem prawe), ale podobnie jak Kidda nie pamiętajmy go tylko z Knicks, w których po latach razem z Carmelo grali przez jeden sezon (i Tysonem Chandlerem, o którym poniżej). W pierwszej akcji Amare trafił rzut z odchylenia od tablicy. W kolejnej dynamicznie do linii wszedł na kosz. Taki miał potencjał oprócz kończenia akcji pick and roll.

Nie sprawdzałem składów z tego meczu, sama okładka LeBrona i obecność Bryanta mnie przekonała, ale gdy wszedł w pierwszej kwarcie Chauncey Billups zaniemówiłem. Nie było powtórki z Jordana, gdy blokował Isiaha Thomasa w 1992. Billups i chwilę później Tayshaun Prince byli świeżo po historycznej porażce z LeBronem Jamesem w finale konferencji i jego słynnych 25 punktów z rzędu (29 z 30 ostatnich drużyny). Nie przeszkodziło to powołać ich do składu, co pokazuje, że amerykanie po ostatnich porażkach byli bardzo zmotywowani:

2002 – 6 miejsce, ale po drodze przegrane z Argentyną, z Serbią (ćwierćfinał) i Hiszpanią (o 5 miejsce),
2004 – 3 miejsce, ale po drodze porażki z Portoryko, Litwą i Argentyną (półfinał)
2006 – 3 miejsce, przegrana z Grecją (półfinał)

Portoryko w pierwszej kwarcie dzielnie stawiało opór dzięki duetowi Elías Ayuso i Carlos Arroyo. Jednak dzięki pięciu kolejnym punktom Prince’a (SF o wzroście dzisiejszych centrów) i trójce Kobe Bryanta prowadzenie Amerykanów wynosiło sześć punktów.

Na początku drugiej kwarcie najaktywniejszy był Bryant. Najpierw stracił piłkę w kontrataku 3 na 1, później trafił trójkę, a w kolejnej akcji faulował przy rzucie za trzy Eliasa Ayuso. Kobe nie odpuszczał, wbijał się po penetracji na kosz wiedząc, że będzie faulowany. To z czym Amerykanie sobie nie radzili to penetracje pod kosz niskich Arroyo, Ayuso i młodego José Juan Barea. Przekazywanie po zasłonach kończyło się penetracja pod kosz rywali i punktami lub faulami. W ataku mieli jednak ogromną przewagę fizyczności, a dwa kolejne podania Jamesa do Howarda kończyły się wsadami, które prawie nie urwały obręczy.

Amerykanie sporo faulowali i protestowali niemal po każdym faulu. Spora różnica w przepisach i brak możliwości dotykania zawodników kończyło się gestami niezrozumienia, które wg najnowszych przepisów byłby technicznym przewinieniem. Portoryko nie trafiało z osobistych, a z ich lepszą skutecznością nie byłoby przewagi dziesięciu punktów. Amerykanie grali z LeBronem i Carmelo na skrzydle, a Mike Krzyzewski nie ustawiał Amare z Howardem razem, podobnie grał jedynym rozgrywającym Kiddem lub Billupsem i Kobe lub Reddem na dwójce. W ostatniej bronionej akcji drugiej kwarty znakomicie wymusili błąd 24 sekund, zamykając i podwajając rozgrywających.

Trzecią otworzył Anthony, który był najaktywniejszy wśród Amerykanów w drugiej kwarcie trafiając z kontry, z dystansu czy z odchylenia 1 na 1. Młody Carmelo był bardzo pazerny na punkty i potrafił ja zdobywać na wiele sposobów, choćby dwoma trójkami na początku drugiej połowy i kolejną minutę później. Potrafił wbijać się na kosz nie do zatrzymania niczym czołg LeBron James, który robił to w wieku 22 lat na niesamowitym bezczelnym poziomie. Wtedy wydawało się, że ta dwójka zdominuje ligę, a nawet trójka, bo Dwyane Wade nie wszedł na boisko, a miał na koncie tytuł MVP finałów 2006. LeBron świeżo doprowadził Cavaliers do finału ligi, a do Melo w trakcie sezonu przyszedł Allen Iverson.

Na boisku wśród największych gwiazd szalał jednak Anthony, kolejna trójka, znakomite dogranie od LBJ, który już wtedy chętnie dzielił się piłką. Gdy w jednej z akcji do linii wchodził Kobe Bryant i trafił z faulem, LeBron był pierwszym, który podnosił z parkietu starszego kolegę. Już wtedy była chemia, która przetrwała do obecnych czasów, gdy w jednym z meczów po pogrzebie, w szatni LeBron miał koszulkę Kobego. Wspominałem o przepisach, w jednej z kolejnych akcji LeBron zrobił naskok z dwutaktem a sędziowie bezwzględnie zagwizdali kroki. jedna z najbardziej charakterystycznych akcji obecnej koszykówki, wg zasad FIBA była niezgodna z przepisami. Wtedy jednak zdziwiony LeBron szukał na telebimach powtórki akcji, która dla NBA była przepisowa.

Amerykanie prowadzili 26 punktami a na zmianę za Jasona Kidda wszedł Chauncey Billups. Na parkiecie nadal byli Kobe, LeBron, Melo i Amare. Żaden drugi skład, Krzyzewski rzucił co ma najlepsze. Dopiero w 27 minucie spotkania za LeBrona wszedł Mike Miller, dzisiaj zapomniany koszykarz, zadaniowiec z Heat LeBrona. W 2007 skończył sezon z najwyższą przeciętną w życiu 18,5 pkt. trafiając 2,9 trójki na mecz. Dzisiaj Harden trafia 4,4 trójki, a w tamtym sezonie najwięcej trafiali trójek w meczu:

1. Ray Allen 3.0,
2. Mike Miller 2.9,
3. Gilbert Arenas 2.8,
4. Raja Bell 2.6,
5. Rashard Lewis 2.5.

Chwilę później Michael Redd zmienił Kobe Bryanta i trafił dwie trójki. Portoryko w trzeciej kwarcie stanęło, nie trafiali prostych rzutów a trudne nie dolatywały do kosza. Pokazywana przez realizatorów skuteczność rzutów za trzy pod koniec trzeciej kwarty wynosiła 59% (13/22) do 30% (6/20). Po chwili na trojkę Arroyo odpowiedział znowu Redd, a chwile później trafił z 8 metrów Miller. Realizator od razu skierował kamerę na klaszczącego Krzyżewskiego a za nim siedzieli asystenci Nate McMillan i Mike D’Antoni. Po osobistych Arroyo, który jako jedyny stanowił zagrożenie penetracją pod kosz, wynik brzmiał 100-70 dla USA.

Krzyzewski wprowadził Derona Williamsa w miejsce Billupsa i już w pierwszej akcji asystował on przy trojce Redda. Na ławce znakomicie bawili się LeBron z Kobe. Redd dołożył kolejną z 9 metrów, a następnie w kontrze podawał za plecami do Amare. Redd wtedy także był w swoim prime będąc piątym strzelcem ligi:

1. Kobe Bryant 31.6 pkt./mecz,
2. Carmelo Anthony 28.9,
3. Gilbert Arenas 28.4,
4. LeBron James 27.3,
5. Michael Redd 26.7.

Amerykanie byli bardzo podrażnieni porażkami sięgając po swoje największe gwiazdy za wyjątkiem Tima Duncana, Kevina Garnetta i Tracego McGradego. Samo posiadanie w składzie Kobe i LeBrona, czyli liderów Redeem Team jest legendarne, dzisiaj porównywane do duetu Magic Johnson/Michael Jordan z 1992 roku. Wielka była siła tamtej drużyny np. na papierze nie widać, jak wyglądali biegający pierwsi do kontry Redd i Amare, czy trafiający za trzy Miller. A przecież mówimy o graczach rezerwowych, którzy zdominowali ostatnią kwartę. Przewaga w połowie czwartej kwarty w trojkach wzrosła 65 (20/31) do 32 (8/25). To oznacza, że w osiem minut amerykanie trafili 7/9 trojek! Pod koniec meczu wszedł na boisko Tyson Chandler, drugi zbierający ligi (za KG przed Howardem) i to także pokazuje jak mieli mocny skład. Na ławce miała miejsce zabawa w najlepsze, realizator pokazywał żarty i uśmiechy Melo, Billupsa i Kobego. W końcówce trafiali za trzy ponownie Miller i Prince, efektowny wsad zaliczył Chandler, a wynik ustalił rzutem za trzy Rick Apodaca.

USA – Portoryko 135-91 (33–27, 24–15, 43–28, 35–21)

USA: Anthony 27 (6/7 za 3), Redd 23 (7/8 za 3), James 19 (9 as), Bryant 15, Miller 14 (4/6 za 3), Prince 10, Howard 9 (6 zb.), Kidd 8, Stoudemire 7, Chandler 3, Billups, Williams (7 as).

Portoryko: Ayuso 22 (5/9 za 3), Arroyo 21 (5 as), Falcon Melendez 12 (8 zb.), Apodaca 12, Reyes 11 (6 zb.).

Pożegnanie Kobego Bryanta

Niesamowite są zdjęcia i video ze Staples Center, gdzie pożegnali koszykarza bliscy, przyjaciele, koledzy i rywale. Świat stracił ikonę nie tylko sportu, bo wiele rzeczy, które robił Kobe Bryant poza parkietem było doskonałych. W transmisji video, które na koncie twitterowym ESPN śledziło 1,2 mln widzów wspominała go żona, która cytatami o niespełnionym marzeniu zestarzenia się razem i troszczeniu się Gigi w niebie, a ona zajmie się pozostałą trójką dziewczynek chwyta za serce. Michael Jordan płakał jak bóbr, a nigdy nie był znany z roli wielkiego mówcy (raczej mało mówił, po prostu robił, jak hasło przewodnie Nike). Wielki koncern też wypuścili dwuminutowy spot, w którym w fenomenalny sposób uchwycił karierę Bryanta tekstem i migawkami audio, bo wszystko inne mamy we wspomnieniach.

Wielki sportowiec ale także mąż i ojciec, po zakończeniu kariery oddał się rodzinie, która tak go wspierała przez 20 lat gry na parkietach NBA. Nie da się bez zaplecza rodzinnego, spokojnej głowy i poukładania spraw ważnych być tym, kim był Kobe. Jego największą rysą jako zawodnika, to rozpad duetu z Shaquille O’Nealem ale poprzedzony było głośną sprawą o gwałt (który ostatecznie został zmieniony na dobrowolne współżycie) na pracownicy hotelu, która ostatecznie wycofała zarzuty. Podobnie jak później żona Vanessa wycofała wniosek o rozwód. Bryant momentalnie z idola stał się znienawidzonym, rozkapryszonym gościem, który po odejściu Diesela, wypadł nawet z play-off.

Miłość, jaką później otaczał rodzinę, niesamowite obrazki jego i Gigi, które obiegły internet chwilę po śmierci, a sam Kobe jak to powiedział ostatnio Dwayne Wade przy ceremonii zastrzeżenia swojej koszulki, był dla jego pokolenia superbohaterem. Vanessa na ceremonii określiła go mianem MVP tatusiów swoich córek, a Shaq MVP nieba. Kobe był naprawdę kimś wyjątkowym.

Nie było mi z nim po drodze, jako wielki fan Shaqa uważałem go najpierw za przereklamowanego nastolatka, a potem co najwyzej Robinem Batmana. W konflikcie z Shaqiem, stałem po stronie starszego, kibicowałem mu też w wyprawie na Pluton
(wolał grać gdziekolwiek, byle nie w Lakers). A wcześniej, gdy Kobe zdobywał 81 punktów – drwiłem, że oddaje niezliczoną ilość rzutów, że Toronto słabo broni i że to nic nie znaczy. Dopiero mistrzostwo poprzedzone przegranymi finałami z Celtics zmieniło moje postrzeganie o Kobe (ale tylko trochę, bo to zawsze Kobe). Zbiegło się to narodzeniem social mediów jakie znamy, dzięki czemu coraz bardziej widoczne było pojęcie „mentalność Mamby”. Ogromna praca na treningach i wręcz chorobliwe dążenie do doskonałości, doprowadziło Bryanta na szczyt rok po roku. W końcu był MVP jako lider. Wspomniałem o rysie, bo wydaje się, że Lakers z tym duetem powinni mieć i dziewięć tytułów, a nie trzy plus dwa z Pau Gasolem i Lamarem Odomem. Starzejący się Shaq i przejmujący pierwszeństwo Bryant – tego dzisiaj życzyliby sobie wszyscy.

Oczywiście oprócz cofnięcia czasu i samej katastrofy w Calabasas. Dziewięć osób zginęło w locie helikoptera, który zawoził córkę zawodnika na trening. To był sposób na oszczędzanie czasu na dojazdy, aby czas poświęcić rodzinie, a co prorocze – z Vanessą umówili się, że razem nie będą latać. Ponad 300 mln dolarów zarobionych na parkiecie, dużo więcej na inwestycjach poza, wspaniała rodzina, Oskar.. Pieniądze szczęścia nie dają, nie wrócą rodziny 41-letniego idola, któremu honor oddali wszyscy, a który swoją postawa nie tylko jako zawodnik na to absolutnie zasłużył. Ikona. Kobe Bryant #8 #24

  • 5× mistrz (2000–2002, 2009, 2010),
  • 2× MVP finałów (2009, 2010),
  • 1x MVP sezonu regularnego (2008),
  • 18× uczestnik meczu gwiazd (1998, 2000–2016),
  • 4× MVP meczu gwiazd (2002, 2007, 2009, 2011),
  • 11× pierwsza piątka (2002–2004, 2006–2013),
  • 2× druga piątka (2000, 2001),
  • 2× trzecia piątka (1999, 2005),
  • 9× pierwsza drużyna obrońców (2000, 2003, 2004, 2006–2011),
  • 3× druga drużyna obrońców (2001, 2002, 2012),
  • 2× król strzelców (2006, 2007).