Przemysław Frasunkiewicz i Anwil Włocławek są sobie pisani #plkpl

Zawirowania trenerskie w Anwilu to historia tego sezonu – zaczęło się od trenera Dejan Mihevca, przez Marcina Woźniaka i skończą na Przemysławie Frasunkiewiczu. To docelowe rozwiązanie, na które polowano po odejściu Igora Milicicia. Anwil przez rok miał czterech trenerów, w klubie, który wygrał dwa z trzech ostatnich Mistrzostw Polski.  Główny faworyt Zastal ma cały czas trenera Żan Tabaka i efekty są widoczne gołym okiem – klub z zielonej Góry ma bilans 17-2 a z Włocławka 7-10. A przecież cele przedsezonowe były w obu klubach takie same, bo we Włocławku zawsze gra się o Mistrzostwo Polski.

 

Przed sezonem Anwil robił podchody pod Frasunkiewicza, który grał u nich przez dwa sezony (2004–2005 i 2012–2013), ale trener wybrał… kontynuację. Nie wybrali jej działacze Asseco Arki Gdynia, bo budżet został tak bardzo okrojony, że nie starczyło pieniędzy na obcokrajowców. Miała być gra Polakami z piątką Krzysztof Szubarga, Przemysław Żołnierewicz, Bartłomiej Wołoszyn, Filip Dylewicz i Adam Hrycaniuk + ogrywanie młodzieży tj. Mateusz Kaszowski czy Michał Pluta. I długo się ten plan sprawdzał, a największy sukces to awans do ćwierćfinału Pucharu Polski 2021. Przeskoczę do Anwilu – największą porażka? Brak awansu do.. Pucharu Polski. Pasują idealnie. Kontuzje Szubargi (kłopoty z plecami), Żołnierewicza (kolano) i Mikołaja Witlińskiego (uraz mięśnia dwugłowego) zupełnie rozsypały zespół, który przegrał pięć ostatnich spotkań, a ostatnie w fatalnym stylu 63-102 ze Śląskiem Wrocław.

 

Ambicje trenera Frasunkiewicza sięgają więcej niż składu Asseco Arka 2020/21. Z mocną drużyną 2018/19 posmakował gry w Eurocupie (bez sukcesów 1-9), w której prym wiedli James Florence, Josh Bostic i Robert Upshaw. Wygrał nawet sezon regularny, poległ jednak w piątym meczu z Anwilem. Grali bez Upshawa i nawet 37 punktów Bostica nie wystarczyło, bo zawiódł Florence mający 0/9 z gry. To kolejne przecinające się szlaki Frasunkiewicza i Anwilu.

 

Gdy jako zawodnik trafiał do Włocławka, wytrzymał dwukrotnie jeden sezon. Miało być więcej, ale nie odnalazł się w Anwilu. Służyło mu nadmorskie powietrze, gdzie spędził jako zawodnik 9 lat, a jako trener 4,5 roku. Frasunkiewicz dzięki pracy w różnych warunkach (hossy w pamiętnym sezonie i bessy w obecnym) nabrał doświadczenia, które pozwolą mu wypełnić 1,5 letni kontrakt. Anwil z bilansem 7-10 ciągle chce gry w play-off. Aby to się stało, musi wygrać 9-10 z ostatnich 13 spotkań. Zaczyna już dzisiaj meczem z Treflem Sopot, a przez przełożone mecze z uwagi na Koronawirusa rozegra sześć spotkań w 17 dni. Będzie mało czasu na dopasowanie nowego rozgrywającego Curtisa Jerrellsa, który pojawił się w klubie razem z trenerem. To rozgrywający z wysokiej półki, grający siedem lat w Eurolidze w czołowych klubach Turcji (Fenerbahce, Besiktas, Galatasaray Stambuł) i Włoch (Armani Mediolan, Dinamo Sassari) ale ambicje Anwilu też są wysokie – Mistrzostwo Polski, i Europejskie puchary.  Tego samego chce Frasunkiewicz.

Ben McCauley za Akosa Kellera to ryzykowna wymiana, ale też spore wzmocnienie Śląska Wrocław #plkpl

Ben McCauley zastąpi przez Śląsku Wrocław środkowego Akosa Kellera i jest to transferowa bomba. Były środkowy Spójni Stargard i Kinga Szczecin jest znany na polskich boiskach, rozegrał w poprzednim sezonie 19 w spotkań Kingu Szczecin, dwukrotnie grając przeciwko Śląskowi. Chwilę później, wystąpił o rozwiązanie umowy a nowy klub z Portoryko Brujos de Guayama wykupił jego kontrakt. Mecze z WKS:

13 października 2019 wyjazd – 15 pkt., 8 zb., (TUTAJ opis)
26 stycznia 2020 dom – 17 pkt., 7 zb.

McCauley to mierzący 206 cm mobilny silny skrzydłowy lub środkowy, który stylem gry przypomina bardziej Aleksandra Dziewę niż Akosa Kellera. W 19 meczach pięć razy zdobył 20 i więcej punktów oraz pięć razy 10 i więcej zbiórek. Zrobił na mnie takie wrażenie, że w podsumowaniu poprzednich rozgrywek umieściłem go w drugiej piątce ligi (TUTAJ). W pierwszej piątce nominowany był przez PLK po sezonie 2012/13 grając w Polpharmie Starogard Gdański.

 

Dziewa i McCauley to powinien być jeden z najlepszych ofensywnych duetów podkoszowych w Energa Basket Lidze. Amerykanin lepiej sprawdzi się w chętnie kreowanej przez Strahinję Jovanovicia grze pick-and-roll, a w przeciwieństwie do Węgra może także grać pick-and-pop. Jeśli zostanie do końca sezonu, to Śląsk powalczy o medale nawet z jego brakami w obronie. Powszechnie krytykowany Akos Keller oprócz jednego bloku w meczach dawał zasłony, zajmował miejsce pod koszem i grał fizycznie. McCauley jest mniej atletyczny niż Keller, a różnicę w obronie z nawiązką nadrobi w ataku. Bo kto oprócz Geoffrey ‘a Groselle ‘a będzie pokazywać jego braki w grze 1/1? McCauley potrafi trafić z dystansu, dobrze gra na piłce i zbiera. Przed Śląskiem grał w Portoryko, notując przeciętnie w poprzednim sezonie 12,0 pkt. i 7,3 zb. Powiedzmy szczerze, Śląsk wymienia drewnianego zawodnika w ataku jak Keller, który w tym sezonie faulował średnio 3,3 razy a wymuszał zaledwie 1,5 faulu na mecz, na gracza, który (w poprzednim sezonie) fauluje 2,5 razy i wymusza 2,9. A grając w Polpharmie w 29 meczach wymuszał ich aż 5,9! Oczywiście jest ryzyko, że agent nadal będzie mu szukać klubu, bo rok temu w nieprzyjemnych okolicznościach uciekł z Kinga Szczecin, który nie był w stanie go zastąpić. Ryzyko jest tego warte.

Stephen Curry is back

Sześciu meczów potrzebował Stephen Curry do przypomnienia wszystkim, że jest elitarnym zawodnikiem. Przed sezonem opinie o Warriors były podzielone, podobnie jak o statusie Curry`ego w lidze – jak się odnajdzie po kontuzji, czy jest nadal zawodnikiem top5, a może napływ młodych zawodników wyrzuci go z dziesiątki? Warriors z kolei balansowali w prognozach pomiędzy czwartym a dziesiątym miejscem i zaczęli sezon fatalnie od porażki 26 punktami z Nets i 39 punktami z Bucks. Wątpiono w Warriors niejako zapominając, że wszelkie typy opierały się na grze Steph i tego, czy będzie liderem niczym w 2015. Przełom nastąpił w meczu z Bulls, gdy game-winnera trafił szwagier Curry`ego Damion Lee, a wcześniej Curry rzucił 8 z 10 ostatnich punktów Warriors. W sumie 36 punktów było zwiastunem jego dobrej formy, ale więcej się mówiło o tym, że Warriors uciekli od startu 0-3.

I przychodzi rewanżowy mecz z Blazers, z którymi dwa dni wcześniej zdecydowanie przegrali, gdy najlepszy na boisku był Damian Lillard, ale dla Warriors ważniejszy był powrót Draymonda Greena. Bo tylko zdrowy duet Curry/Green wsparty (fatalnymi na starcie sezonu) Kelly Oubre i Andrew Wigginsem może dać play-offy.

W rewanżowym meczu, Steph zdobył najpierw 21 punktów w pierwszej kwarcie w meczu, trafiając na wszystkie sposoby, grając do samego końca mimo zmian krycia – trafiał z dystansu przy Robert Covingtonie, Gary Trent`cie, Lillardzie i C.J. McCollumie, a także chętnie wchodził pod kosz. Zdobył w szóstym meczu 62 punkty, czyli rozegrał o jeden mecz więcej niż w minionym sezonie, a dodatkowo 33letni zawodnik ustanowił rekord kariery. Wspominany Draymond Green zdobył jeden punkt i zaliczył osiem asyst, ale zrobił świetną robotę w obronie, a z nim na boisku drużyna była +22.

Stephen Curry vs Blazers 3 stycznia 2021 – 62 pkt., 10/15 za 2, 8/16 za 3, 18/19 z osobistych, 5 zb., 4 as., +20

Jestem dumny, że dożyłem tych czasów – Robert Lewandowski został wybrany Piłkarzem Roku FIFA

Robert Lewandowski, piłkarz fenomenalny, na którego czekaliśmy pokolenia zdystansował Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, czyli ostatnich zdobywców tej nagrody. Powiedzieć, że czekaliśmy latami na taki sukces to nic nie powiedzieć. Nikomu nie marzyło się, że przed Argentyńczykiem i Portugalczykiem wystąpi Polak, bo 13 lat temu, gdy byli pierwszy raz byli na podium, Lewandowski grał w Zniczu Pruszków. W erze geniuszu Argentyńczyka i Portugalczyka (zdobyli łącznie 11 Złotych Pułek), Lewandowski wygrał w plebiscycie, w którym głosują trenerzy, dziennikarze, zawodnicy i kibice.

Nigdy nie mieliśmy najlepszego piłkarza świata, mieliśmy dwukrotnie trzeciego, ale z całym szacunkiem, ani Kazimierz Deyna, ani Zbigniew Boniek nie mieli takiego statusu na świecie. Byli liderami medalistów Mistrzostw Świata 1974 i 1982, ale do rangi absolutnie najlepszych piłkarzy trochę im brakowało. Lewandowski z roku na rok staje się lepszy, to nie są już pojedyncze mecze z Realem czy z Wolfsburgiem. To już nie jest tylko opinia polskich dziennikarzy, że jest najlepszą dziewiątką świata, gdy na świecie mówiono tak o Sergio Aguero, Luisie Suarezie, Edinsonie Cavanim czy Zlatanie Ibrahimoviciu. Świat piłki docenia dokonania Lewandowskiego zarówno na boisku, gablocie i widzi rekordy. Zdobycie Ligi Mistrzów było stemplem do triumfu piłkarza roku, ale przecież rundę jesienną także zakończył jako król strzelców Bundesligi. Bundesligi, która z roku na rok jest silniejsza – w edycji 2020/21 Bayern Monachium był lepszy od Atletico Madryt, Lipsk od Manchesteru United, Borussia Dortmund od Lazio Rzym, a Borussia Monchengladbach od Interu Mediolan. To już nie jest strzelanie Augsburgowi, co często podnoszono przy okazji rekordów króla strzelców. W poprzednim sezonie Ligi Mistrzów także strzelił najwięcej bramek i jest pierwszym piłkarzem od 2008, który to osiągnął i nie gra w Realu i Barcelonie. Poprzednim był.. Cristiano Ronaldo z Manchesteru United.
Lewandowski w wieku 32 lat osiągnął piłkarskie Himalaje, a patrząc na to, jak długowieczni są obecnie piłkarze – kosmici jak się przez lata nazywano Leo Messiego i Cristiano Ronaldo są od niego starsi, 38-letni Ibrahimović prowadzi z Milanem w Serie A, a Luis Suarez ma być brakującym elementem Atletico w mistrzostwie Hiszpanii, czyli zdystansowaniu gigantów. Zbigniew Boniek w jego wieku skończył karierę, a Lewandowski wykręca rekordy w Niemczech i Lidze Mistrzów, gdzie jest trzecim strzelcem w historii, wiadomo za kim. Już nikt nie wspomina o Realu Madryt, tylko zastanawiamy się czy przerósł Bońka będąc najlepszym piłkarzem świata. Zwolennicy Prezesa PZPN zawsze mieli argument o medalu Mistrzostw Świata, ale w Juventusie Turyn, z którym triumfował w Lidze Mistrzów gwiazdą był Michael Platini, a Lewy ma króla strzelców Ligi Mistrzów, zdobył te trofeum i jeszcze najlepszego piłkarza świata.
Niestety w Polsce sukcesy Lewandowskiego tak nam spowszedniały, że wolimy pasjonować się nowymi nazwiskami, choćby młodymi piłkarzami z Championship lub graczem „One season Wonder” w Serie A. Bramka czy dwie Lewandowskiego na nikim nie robi wrażenia, nawet jej brak, bo przecież, zaraz Lewy strzeli. Jego regularność jest kosmiczna. Po sobotnim meczu z Bayernem Leverkusen o lidera rundy jesiennej zmienia się w maszynkę do strzelania goli, trafia najpierw wyrównującego gola, a w doliczonym czasie drugiego, na lidera Bundesligi.
Osiągniecia Lewandowskiego to nie tylko boisko, on zmienił postawę polskich piłkarzym. Pokolenie RL9 pracuje nad talentem, rozwojem, nie spoczywa na laurach, uczy się. Młodzi piłkarze w kadrze są wpatrzeni w Lewandowskiego, który jest dla nich autorytetem, w świecie, w którym nie ma autorytetów. Chcą być jak on, chcą więcej i nie zadawalają się byle czym. Zanim wyjadą znają język, chcą być jak jeden z najlepszych polskich sportowców wszechczasów, który realizuje krok po kroku kolejne cele i stawia kolejne marzenia. To nie był niczym Messi, Neymar czy Kylian Mbappe czysty talent, wszystko zostało wypracowane, wyszarpane, do tego słynna dieta. Gołym okiem wydać, że rok po roku rosną bicepsy, jest szerszy w barkach. Gladiator. Być może dlatego Lewandowski nie ma kontuzji, bo świadomie prowadzi własne ciało. Co ciekawe, piłkarz z podwarszawskiego Leszna nigdy nie zagrał w juniorskich reprezentacjach Polski, nielicząc trzech spotkań w U-21, po których przeszedł do pierwszej reprezentacji gdzie został najlepszym strzelcem w historii.
Lewandowski miał świetnie poprowadzoną karierę – najpierw że Znicza do Lecha Poznań,a nie do słabego klubu, potem do BVB gdzie jedynką był Lucas Barrios, potem wybiera Bayern nad innymi opcjami. Nie Real, nie Manchester United, którego chciał sam Alex Ferguson. Wydawało się, że z Bayernem Monachium trudno mu będzie wygrać Ligę Mistrzów, miał po to iść do Pepa Guardioli. To Cezary Kucharski wytworzył tego piłkarza i właściwie pokierował karierą. To, co wydarzyło się w 2020 – nagrania, otwarty konflikt i sprawa w sądzie, to jedyna rysa na karierze najlepszego piłkarza świata 2020.

Rudy Gobert rozbił bank i zarobi 205 milionów dolarów

Rudy Robert podpisał przedłużenie kontraktu warte 205 milionów dolarów. Taka informacja króluje dzisiaj w NBA, a wysokość kontraktu jest trzecia w historii NBA:

1.Giannis Antetokounmpo 228 mln $
2.Russell Westbrook 207 mln $
3.Rudy Gobert 205 mln $
4.Steph Curry 201 mln $
5.Anthony Davis 190 mln $
5.Klay Thompson 190 mln $
I tutaj należy się zastanowić, co się właśnie wydarzyło. Czy niewymienialne kontrakty Johna Walla, Chrisa Paula i Russella Westbrooka to nie były wystarczającą nauczka dla GM, który oferują nieadekwatne pierwsze zawodnikom, który na to nie zasługują? Obciążają budżet plac, a jak pokazała historia, nie są liderami na miarę mistrzowskiej drużyny po ofensywnej stronie parkietu. Trójki Wall, Paul i Westbrook nie ma już w swoich organizacjach, bo okazało się, że nie współpracują prawidłowo z innymi liderami. A z roli franchise playerów stali się balastem, który chętnie jest wymieniany: cała trójka zmieniła klub w lecie, a dodatkowo dla Cp3 i Russa to trzeci klub w trzy lata. A Wall tylko dlatego, że prawie dwa lata nie grał, ma drugi.
Rudy Gobert jest znakomitym rim protectorem, zawodnikiem nieocenionym pod koszem, który wsadza piłkę, dużo zbiera i jest fantastycznym blokującym. Jego kontrakt pokazuje, że Jazz wiążą nim przyszłość, a wcześniejsze przedłużenie z Donovan Mitchell daje im stabilizację w najbliższych latach. Jazz zakończyli rozgrywki w pierwszej rundzie, po fenomenalnym pojedynku i najlepszej serii play-offs 2020 z Nuggets. Postawili mocniejsze warunki finalistom konferencji niż Clippers w kolejnej rundzie, a grali bez Bojana Bogdanovicia – drugiej opcji w ataku, wingmana rzucającego za trzy punkty. Całość zabezpiecza Gobert, a Jazz chętnie grali systemem 4-1 z Mikem Conley’em i Joe Inglesem.
Rudy Gobert przydałby się wielu drużynom, ale nie za ponad 40 mln dolarów rocznie. To najgorszy kontrakt w NBA, a trudno było przebić Walla, Westbrooka, kontuzjowanego Klaya Thompsona czy Gordona Haywarda. Były zawodnik Jazz podpisał nową umowę w Hornets zachęcony ogromnymi pieniędzmi (120 mln $ w cztery lata), w zamian godząc się na mały rynek i przegrywanie. Gobert związał się z Jazz, gdzie debiutował na parkiecie siedem lat temu. Wchodzi w prime, ma 28 lat, dwie nagrody najlepszego obrońcy ligi, trzy udziały w meczu gwiazd, cztery razy wybory w piątkach obrońców roku. Jego słabością są umiejętności ofensywne – nie ma rzutu za trzy, z wolnych trafia zaledwie 63%, za dwa 69%, średnio rzucając 15,1 pkt. Raczej wynika to z wykańczania akcji wsadem niż manewrów plecami. Bliżej mu do Dikembe Mutombo niż Patricka Ewinga czy Alonzo Mourninga.
Jazz nie chcieli powtórzyć sprawy z Harwardem kilka lat temu i dali swojemu zawodnikowi co zechciał. To zdecydowanie za dużo, bo uniemożliwi to ruchy w przyszłości na rynku wolnych agentów. Bliżej mi było do pomysłu wymiany Goberta za drugi wybór Warriors, aby rozwijać organizacje z Mitchellem jako liderem. Jazz nie chcieli jednak czekać, ale należy pamiętać, że wpis Erica Bledsoe „I Dont wanna be here” trzy lata temu na Twitterze, pokazał, że nie trzeba wiele, aby wymusić wymianę. Dzisiaj Jazz podpisaniem Goberta zapewniają sobie kilka lat stabilizacji w gronie sześciu najlepszych drużyn zachodu. Utah Jazz miesiąc temu podpisali z Mitchellem przedłużenie za 163 mln dolarów plus opcja gracza 32 miliony. Razem z Gobertem, który otrzymał jeszcze większy kontrakt, ale dla dobra drużyny z niej zrezygnował (228 mln $), na tę dwójkę wydadzą łącznie 400 milionów dolarów! Gdzie jest granica?