Kilka pomysłów, aby NBA była (jeszcze bardziej) atrakcyjna

Interesowanie się NBA w sezonie regularnym to zwykle dla mnie rollercoaster. Zaczynam sezon od loterii draftu, który dzieli drużyny tankujące na zwycięzców i przegranych. Potem sam draft, choć czego to wróżenie z fusów. Oczywiście nie zawsze, bo są drużyny, które wybierają lepiej niż inne. Ostatnio jestem pewien, ze wybieranie Knicks czy Suns, skończy się spektakularna klapą. Potem fascynacja 1 lipca i początkiem podpisywania kontraktów przez wolnych agentów. Zwykle to tez z dużej chmury mały deszcz, ale dziennikarze amerykańscy (i coraz częściej także polscy) mocno grzeją nas rożnymi doniesieniami. Trwa to zwykle kilka dni i koniec. Owszem później podpisywani są zawodnicy uzupełniający skład oraz ci, którzy nie potrafią zrezygnować z dużych pieniędzy, do których się przyczaili, ale np. przez kontuzje już ich nie będą mieli. Ale ogólnie nic się nie dzieje. NBA co prawda próbuje coś z tym robić – uruchamia np. ligę letnią, czy mecze przedsezonowe, ale mnie grzeje już tylko sezon. Czekam z niecierpliwością, a temperatura jest największa w pierwszym dniu rozgrywek, bo wtedy mamy wielki szlagier:

2018/19 Celtics – Sixers oraz Warriors – Thunder
2017/18 Kyrie – Lebron i Warriors – Rockets
2016/17 Warriors – Spurs

NBA bardzo fajnie układa terminarz, przez co kibic wchodzi w sezon od razu z grubej rury. Moja ekscytacja trwa zwykle kilka tygodni, po tym przestaje z sprawdzać wyniki od razu po przebudzeniu. Są one dla mnie mniej istotne niż na początku sezonu. W grudniu przychodzą pierwsze zapowiedzi wymian i wtedy na nowo ciekawi mnie liga. Chwile później mamy nominacje do meczu gwiazd i konkursów. Te drugie prześcignęły rywalizacje samego meczu, ale to temat na osobny wpis. W tym momencie mamy pierwszych wygranych i przegranych – drużyny, które mocno zaczęły i te, które szukają wymian z dwóch powodów – aby dobić czołowej 4/8 konferencji lub spisać sezon na straty, Mamy także indywidualne plusy i minusy, bo nowy klub to nowe możliwości ale często to także zsyłka do miejsca, w którym nie chce się grac. Trade deadline zwykle tez grzane jest do czerwoności, bo praktycznie każdy zawodnik może zmienić drużynę, a wzmocnić contendera może praktycznie każdy lider zespołu, który na dany moment jest poza playoff. Potem mamy pierwsze tankowania, grę o wynik lub o być albo nie być. Obecnie jesteśmy w tym momencie sezonu, gdzie niby wszystko jest jasne, ale pojedyncze zwycięstwa zmieniają codziennie drabinkę i podobno na nowo to określa rywalizacje w meczach posezonowych. Rozgrywki play-off- wisienka na torcie, rywalizacja która podsumowuje cały sezon i brutalnie oddziela liderów od legend. Potem finały, a w nich zwycięstwo Golden State i pierwsze przygotowania do.. draftu.

Tak wygląda mój sezon w NBA, oczywiście w uproszczeniu, bo oprócz punktów krytycznych interesują mnie wielkie historie, które sezon buduje – rozwój zawodnika, dramat drużyny lub niezapomniane rywalizacje. NBA dba, aby kibic doświadczył wszystkiego po trochu. Jednak biznes to biznes i nie ma nic za darmo.

Pierwszą rzeczą, z którą mi ciężko są pory spotkań. Oczywiście zadaje sobie sprawę, ze NBA nie zrobi wyjątków dla europy i nie zmieni pory typu 4 rano mecz w San Francisco, ale dla mnie to dramat. Fatalna pora z góry skazuje mnie na powtórki, highlighty i mecze w niedziele, bo te o dziwo są puszczane w atrakcyjnych porach. Oczywiście, są zapaleńcy oglądający końcówki meczów w tygodniu nad ranem lub cale mecze w weekend. Dla mnie takie poświecenie nie wchodzi w grę. Przede wszystkim dlatego, ze mamy mnóstwo meczów o nic. Na co mam wstać? na jeden z czterech meczów pomiędzy Golden State a Los Angeles Lakers? Nie ten, to kolejny. Często dyskutując o koszykówce podkreślam, że pojedynczy występ nic nie znaczy. Są ludzie, którzy się nie zgadzają (i dobrze), ale czy ktoś pamięta jeszcze heroiczny występ Derricka Rose’a 1 listopada 2018 (TUTAJ)? Albo trzy dogrywki w meczy Wizards – Suns 22 grudnia 2018? Nie, bo to nic nie znaczy. Żadna z tych drużyn nie wystąpi w play-off i szybko zapomnieliśmy o tych występach, bo przychodzą nowe i nowe, i jeszcze nowsze. A potem są play-offy, które (na szczęście) pamiętamy. Zatem co zmienić?

  • Iść krok dalej z meczami w weekend, przesuwając termin rozpoczęcia do 20-21 w europie, aby rozszerzyć dostępność. Przecież ogłaszając terminarz, można założyć jeden taki mecz w sobotę i jeden w niedziele, czyli przy dobrym dobrze spotkań, można przez dwa miesiące Europa może zobaczyć wszystkie drużyny.
  • Skrócić sezon do 58 meczów. Radykalny pomysł, który na pewno nie wejdzie w życie, ale podoba mi się idea meczu u siebie i na wyjeździe, pierwszego meczu i rewanżu. Zawodnicy i tak nie wytrzymują trudów sezonu, mnożą się kontuzje, a pod koniec wiele drużyn gra o nic.
  • Uzależnić podpisywane pensje od występów danego zawodnika. Nie może być tak, ze lokomotywy ligi np. Anthony Davis, Kawhi Lenard czy LeBron James graja limitowane minuty lub nie graja meczów back2back. To tez wniosek do punktu drugiego, bo mniej meczów oznaczać będzie (przynajmniej w założeniu) większa dostępność gwiazd.
  • Znieść play-off konferencyjne i zrobić klasyczną drabinkę 1-16, 2-15.. ten pomysł co jakiś czas wraca (TUTAJ), jednak bez zmiany terminarza jego wejście jest absurdalnym pomysłem. Nie bardzo rozumiem, jak można porównywać bilans Bucks i Nuggets, jeśli graja rożną ilość meczów z rywalami. Wschód jest slaby, wiec często bilans najlepszych drużyn jest nabijany o zwycięstwa z Knicks, Bulls czy Hawks.
  • Znieść loterie draftu i zrobić 30 letnia prognozę dla drużyn. Czyli jedyny logiczny pomysł na walkę za tankowaniem, która wypacza rywalizacje. Jak to możliwe, że zwycięstwo z listopada jest tak samo ważne, jak te z kwietnia, kiedy naprzeciw staja rywale, których liderzy są celowo przetrzymywani na ławce? W dodatku, premiuje się przegrywanie wysokimi wyborami i możliwością budowania za stosunkowo niewielkie pieniądze contendera. Albo w druga strunę – lepsze organizacje, są pokrzywdzone, bo nie nie maja możliwości wybierania wysokich picków, chyba, ze przechytrza te słabe (casus Dannego Ainge (TUTAJ).
  • Playoff w serii best of three. Obecnie po rozegraniu 82 meczów drużyny, aby awansować dalej graja ze sobą minimum cztery razy. Spójrzmy na tabele i obecne rozstawienie. Po co Bucks będą grali aż cztery razy z Heat czy Magic? Przecież po to Bucks osiągnęli najlepszy bilans w lidze, aby nie grac już meczów o nic. Podobnie jak każdy potencjalny przeciwnik Warriors. Zróbmy grę do dwóch zwycięstw, zwiększmy rywalizacje i możliwość niespodzianki. Oszczędzajmy gwiazdy i wskazujmy, że w tym momencie każdy mecz jest ważny, a ewentualnej przegranej nie odrobisz. W innych dyscyplinach – piłce nożnej czy boksie, mamy decydujący finał i koniec. NBA tymczasem męczy nas rywalizacją dwóch drużyn, często zmęczonych i kontuzjowanych. Oczywiście, zdarzają się świetne/historyczne serie jak Cavs-Warrios 2016, ale ta sama seria byłaby świetna do dwóch, trzech, a także do pięciu zwycięstw.
  • Wyeliminować preseason. Nikogo to nie interesuje.

Oczywiście, często słyszymy, że NBA to biznes. Że NBA musi dostarczyć odpowiednia liczbę meczów, aby sprzedać prawa itd. Otóż nie zgadzam się, bo np. w NFL gra się 16 (!) spotkań sezonu regularnego, potem jeden mecz półfinału konferencji (czasem jeszcze drużyny 3-6 i 4-5 graja ze sobą jeden mecz pierwszej rundy), jeden finał konferencji i Super Bowl. Przypominają mi się wtedy Boston Celtics 2008, którzy w play-offs zagrali 26 meczów..

Categories NBA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s