o Borucu będę synowi opowiadać

W piątek, ostatni mecz w reprezentacji Polski rozegrał Artur Boruc. I na reprezentacji się skupię, bo Boruc to piłkarz w kadrze absolutnie wybitny. W kilku ostatnich dniach o Borucu napisali wszyscy, wszystko. Ja mogę napisać tylko, czym występy reprezentacyjne były dla mnie.

Należę do pokolenia, którego ojcowie mieli przyjemność i szczęście oklaskiwać Włodzimierza Lubańskiego, Grzegorza Latę, Kazimierza Deynę czy Zbigniewa Bońka. Ja zaczynałem od kadry z Romanem Koseckim i Janem Furtokiem (pamiętny mecz z Polska – Anglia 1993 na czarno-białym telewizorze i wyrównanie pod koniec meczu Iana Wrighta), wielokrotnie przegranej, przez 16 lat marząc o nawiązaniu do sukcesów, które oglądali nasi ojcowie. Pamiętam jak pojawił się Jerzy Engel, dla mnie wtedy odpowiedni człowiek w odpowiednim miejscu, ale była to dla mnie tylko iskierka, w dodatku bardzo pompowana (pamiętne: „jedziemy po złoto”), która szybko zgasła.

Artur Boruc debiutował w kadrze Pawła Janasa w 2004; do bramki na stałe trafił wskutek najpierw kontuzji i następnie utraty miejsca w składzie Liverpoolu Jerzego Dudka, a następnie po kontrowersyjnych powołaniach (ogłoszonych w stacji Polsat na żywo) stał się numerem jeden.

Wreszcie 2006 rok – mundial w Niemczech, sporo mniejsze oczekiwania wobec kadry niż w 2002 i nieco mniejsze rozczarowanie turniejem, dla mnie było zasługują jednego człowieka. To oczywiście bardzo krzywdzące porównanie, ale to, co wyprawiał w bramce (np. Niemcy strzelili jedyną bramkę dopiero w doliczonym czasie gry) i wielka charyzma sprawiła, że jako kibic pokochałem Boruca po raz pierwszy. Ostateczne wyniki znamy wszyscy, jestem pewien, że bez Artura, stracilibyśmy nie cztery, a co najmniej siedem bramek w trzech meczach. Czyli tyle, co straciła cztery lata wcześniej drużyna Engela.

Pierwszym bramkarzem nie został długo, w kolejnych eliminacjach, pod wodzą Leo Beenhakkera bronili na zmianę Dudek i Wojciech Kowalewski. Tym razem kontuzja tego drugiego sprawiła, że Boruc awansował z kadrą do Mistrzostw Europy 2008 w Austrii i Szwajcarii jako „jedynka”. Tam znowu trzy mecze i znowu stracone cztery bramki. Dla mnie osobiście, występ na tamtym turnieju był najlepszym występem na dużej imprezie polskiego piłkarza w XXI wieku. Arturem zachwycali się wszyscy, bronił fenomenalnie akcje sam na sam, a do historii piłki przeszło określenie Jana Tomaszewskiego:

Reprezentacja Polski to Artur Boruc i 10 koszulek

Turniej w Austrii to absolutny szczyt „Króla Artura”. Po nim, mimo pozostaniu na stanowisku Beenhakkera, szybko na własne życzenie wypadł z kadry. Lata 2008-2010 to najgorszy okres Boruca w kadrze, kreowanego na lidera reprezentacji – najpierw na skutek „afery Lwowskiej”, a następnie kiksów w meczu z Irlandią, sprawiły, że nigdy nie wrócił do kadry z rolą pierwszego bramkarza.

Z Franciszkiem Smudą się nie dogadywał, czego szczytem było wykorzystanie picia wina (dość błahy powód, zwłaszcza, że zawieszony Michał Żewłakow potem do kadry wrócił) w samolocie powrotnym z Tournee, z USA i wyrzucenie z drużyny. Gdy w wywiadach nazywał Smudę „Dyzmą”, widomym było, że u tego selekcjonera nie zagra. Euro 2012 ominęło naszego bohatera i chyba dobrze, bo w mojej ocenie to był najsłabszy występ naszych piłkarzy na turniejach XXI wieku, szczególnie biorąc pod uwagę, że zagrali u siebie.

Kolejny selekcjoner, Waldemar Fornalik w eliminacjach mistrzostw świata 2014 postawił na Artura Boruca, jednak tamte eliminacje zapamiętamy jako bezbarwne i przegrane.

Adam Nawałka był piątym selekcjonerem, u którego zagrał Artur Boruc. Grał głównie w meczach towarzyskich, co akurat mnie bardzo cieszyło, bo pozwoliło mi zobaczyć Artura z bliska. Kadra Nawałki grała we Wrocławiu pięciokrotnie, za każdym razem w bramce z Borucem. Z tych meczów, zapamiętałem przede wszystkim wielkie brawa i skandowanie „Artur Boruc”. Kibice go kochają, bo zawsze występował z wielkim zaangażowaniem i oddaniem. Być może nawet wielbią, z uwagi na ludzką twarz i wiele zakrętów, także tych reprezentacyjnych. Był jednym z nas.

W piątek zakończyła się kariera reprezentacyjna, jednego z najwybitniejszych bramkarzy w historii, na pewno najlepszego za moich czasów. „Króla Artura” który przed pojawieniem się Roberta Lewandowskiego, był jedynym klasowym piłkarzem w europie, ratując nam tyłek na wielkich imprezach. Artura Boruca oklaskiwałem na żywo, i w piątek, we Wrocławskim The Winners Pub, w 44 minucie wszyscy wstaliśmy i biliśmy brawo, dziękując za wszystko. I właśnie o tym będę opowiadać synowi, przeglądając zdjęcia z reprezentacji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s