Polecane

10 ostatnich wpisów

PIŁKA NOŻNA

  1. Ansu Fati pobił wszystkie rekordy Barcelony, a dzisiaj zmienił go sam Leo Messi
  2. Wraca Liga Mistrzów od razu od wielkiego uderzenia – w pierwszej kolejce wielkie hity
  3. Polska przegrywa ze Słowenią – 7 rzeczy do naprawy

KOSZYKÓWKA

  1. Koszykarski Śląsk – meldunek 3: dwa sparingi z Pardubicami i trzech debiutantów
  2. Argentyna za mocna – pierwsza porażka Polaków na mistrzostwach
  3. Koszykarski Śląsk – meldunek 2: sparingi ze Spójnią i Stalą
  4. Giannis przegrywa z USA
  5. Polska wygrywa z Rosją. Polska w ósemce mundialu!
  6. Podsumowanie pierwszej fazy rozgrywek Mistrzostw Świata w koszykówce 2019

MMA

  1. KSW przez 50 gal bardzo urosło – przedstawiam najważniejsze wydarzenia w historii oraz sprawdzam co dalej

KSW przez 50 gal bardzo urosło – przedstawiam najważniejsze wydarzenia w historii oraz sprawdzam co dalej

KSW przez lata promowało hasło, że sprzedaje emocje, bardzo ciekawie podchodząc do tego, co produkują i skutecznie rozpychając się łokciami na trudnym rynku praw telewizyjnych. Polski kibic kocha piłkę nożną, kocha skoki narciarskie, siatkówkę, a jeśli są sukcesy to nie pogardzi choćby biegami narciarskimi kobiet czy piłką ręczną mężczyzn. Pod warunkiem, że za darmo, w porze obiadowej, ewentualnie w piłkarską środę. I nagle wchodzi KSW i burzy ten obraz, pokazując pierw w ringu, potem w klatce coś zupełnie innego. KSW potrafi robić show jak nikt inny i jako pierwsi skutecznie wprowadzili swoje wydarzenia w sprzedaży PPV, choć próby pokazywania boksu były wcześniej. Nikt nie publikuje oficjalnych wyników PPV, można uznać, że tylko KSW oraz gale Mateusza Borka są opłacalne. KSW umie grać w grę – budując zawodników, ich historię, heroizm, a następnie parować niekoniecznie w tej samej wadze. Potrafi przyciągnąć celebrytów na swoją stronę i to nie tylko na pierwszych miejscach, które chętnie zasiadają, ale także w ringu. Dzisiaj więcej osób kojarzy Mariusza Pudzianowskiego z MMA niż ze strongmanami, które też były przed laty ciekawym zjawiskiem w polskiej telewizji. Nie zapominają także o nowych widzach, więc jedna gala w roku pokazywana jest w otwartym Polsacie. To kurtuazyjny ukłon, bo ich cele sięgają wysoko – wypełnić Stadion Narodowy, Wembley, a także sięgnąć po nowe rynki w Irlandii czy Chorwacji. Tak, tak – wczoraj odbyła się trzecia gala na Wembley, a kolejna po raz pierwszy odbędzie się w Zagrzebiu. Potem Lublin, czyli KSW planuje i zaczyna ogłaszać walki z wyprzedzeniem, co kibic skrupulatnie zaznacza w kalendarzu. Na duży plus także odkrywanie kart, bo dzięki temu spekulacje mamy od zakończenia ostatniej gali.

Nie wszystko odbywa się po myśli Martina Lewandowskiego i Macieja Kawulskiego – właścicieli KSW. Jak to przy prowadzeniu biznesu, wychodzą niespodziewane historie i tylko najlepsi potrafią reagować. Budowanie zawodników, w tym się specjalizuje KSW i zawsze ma w swojej stajni ogierów, którzy błyszczą na plakatach i na ringu. Analizując kolejne walki zaczynam od wielkiego KSW 12, w którym walką wieczoru był pojedynek Mariusza Pudzianowskiego z Marcinem Najmanem. Ogromna machina medialna ruszyła, skoczyło zainteresowanie i nagle zawodnicy bijący się w MMA przestali być bandytami, tylko pełnoprawnymi sportowcami. Właściciele nie ukrywają, że tamta gala dała kopa federacji, a zawodnicy patrzący z politowaniem na początku na walki Pudziana, z czasem zrozumieli kto przyciąga kibiców na gale i przez telewizory, a dzięki temu rozwija się rynek, są większe kontakty itp. Jak wspomniałem, Pudzian to dzisiaj pełnoprawny figher, a nie przebieraniec, do czego doszedł swoją ciężką pracą. Etyka pracy tego zawodnika to osobny temat, szkoda, że przyszedł do MMA tak późno, choć przed laty zaczynał od karate i boksu, szkoda też, że urodził się za szybko. Dzisiaj powiedzmy 30 letni Pudzianowski przenosiłby góry na największych galach świata.

To właśnie Mariusz Pudzianowski był pierwszym motorem, a także Mamed Chalidow i Jan Błachowicz. To oni zamykali walki, a w pierwszych (licząc od KSW 12) występowali Michał Materla, Karol Bedorf, Artur Sowiński i Marcin Różalski, którzy wraz z rozwojem KSW oraz sportowym, po latach bywali w main eventach. KSW 20 to był kolejny wielki skok – pierwsza gala na Wembley, a na końcu najpierw Błachowicz, a potem Pudzianowski. Wtedy walką wieczoru była Borys Mańkowski – Rafał Moks, co dało sporą popularność wtedy 23-latkowi. W kolejnym roku do federacji doszła Karolina Kowalkiewicz i Paweł Nastula, który na tronie popularności zastąpił z miejsca Jana Błachowicza, który odszedł do UFC. Perfekcyjnie rozegrane zastępstwo swojego drugiego najlepszego zawodnika, wielkim mistrzem olimpijskim. W walkach wieczoru nadal występowali Chalidow, Pudzianowski, a nawet razem zamykali gale w main i co-main evencie. Gala KSW 26 to zamknięcie trylogii Michała Materli z Jay’em Silvą, jednej z najlepszych historii (kon)federacji. Materla dołączył tą walką do koni pociągowych KSW, bo wiadomo było, że co galę Pudzian z Mamedem nie mogą walczyć, a Cipao zostawiał na galach serce i zdrowie, dając doskonałe walki. Zwykle zwyciężali Polacy, co było po myśli KSW, która od początku budowała rodzime twarze – w końcu jak inwestować, to w naszych. Gdy podczas KSW 28 Karol Bedorf zwyciężył Rollesa Gracie, KSW mogła mieć kłopot bogactwa na który czekali. Po pierwsze – mogli zwiększyć liczbę gal, z uwagi na wzrost liczby rozpoznawalnych zawodników, a także mogli parować swoich fighterów, tworząc historie. Po za tym marzyła im się kolejna saga Materla&Silva, bo dobry sport sprzedawał się najlepiej. Najpierw Pudzianowski z Nastulą, po której mieliśmy chyba szczyt w rankingach Pudziana, a dwie gale później zwycięstwo Materli nad zakontraktowanym byłym zawodnikiem UFC Tomaszem Drwalem to były historie. Ta druga wydarzyła się miesiąc po pierwszej gali UFC w Krakowie i była swoistym prężeniem muskuł z najlepszymi na świecie. Jak widać udanie, bo UFC zrobiło u nas dwie gale i na razie nie planują kolejnych. Gdy na KSW 33, naprzeciw wyszli Michał Materla z Mamed Chalidow mieliśmy przede wszystkim sportowo niesamowitą historię. Przyznam, że będąc pod wrażeniem walk Materli z Silvą i Drwalem liczyłem na detronizację mistrza. Niestety zaledwie 30 sekund trwała walka wieczoru, która była pierwszą rysą dla KSW – budowany przez lata zawodnik uległ w sposób tak jednostronny, że prawdopodobny rewanż w jednej z kolejnych gal nie miał sensu. Dwie walki później, podczas gali z udziałem Mameda i Pudziana, czyli głównych postaci, ten drugi zaskakująco uległ Marcinowi Różalskiemu. Na pewno liczono, że Pudzianowski ponownie zwycięży, co każdy chętnie oglądał, tymczasem zwyciężył wielki wojownik Różal, co w perfekcyjny sposób wykorzystali właściciele KSW. Skoro nie mogła się odbyć wymarzona walka Pudzianowski vs Bedorf, to może zestawimy go z jego pogromcą? w kolejnych galach publiczności po zwycięstwie nad rozpoznawalnym Rameau Sokoudjou (1-1 z Błachowiczem) objawił się Tomasz Narkun, bardzo dobre walki dawał Mateusz Gamrot, a Michał Materla zwyciężył drugi raz z rzędu i nokaut z Chalidowem wyglądał na wypadek przy pracy. Do KSW przyszli w jednym czasie Paweł Mikołajuw czyli Popek oraz Roman Szymański, były mistrz FEN.

Pozyskanie Popka, znanego z Gangu Albanii było kolejnym strzałem w dziesiątkę. Popularność KSW w mediach wśród młodzieży, która chętnie chciała zobaczyć, komu ich idol „da w mordę” skoczyła kilkukrotnie. Popek zapewnił wielkie show podczas ważenia, przed i po walce, był lokomotywą federacji. Z kolei Szymański, bym prztyczkiem w nos dla Pawła Jóźwiaka i FEN – pokazaniem, że mogą sięgnąć po każdego ich zawodnika, co po czasie nie było prawdą, gdyż żaden z byłych lub aktualnych mistrzów nie zmienił FEN na KSW, a przecież pojawienie się Andrzej Grzebyka czy Mateusz Rębeckiego mogłoby zamieszać w rankingach wewnętrznych. Ostatecznie Pudzianowski szybko zwyciężył, pokazując różnicę pomiędzy ciężkim treningiem, a rozpoznawalnością w mediach i kiedyś tam zawodnika walczącego w Anglii. Walkę wieczoru dal ponownie Borys Mańkowski, który w umownej kategorii do 82 kg na kolejnej gali na Stadionie Narodowym miał stanąć przeciwko Mamedowi Chalidowi, a skoro Karol Bedorf przegrał Fernando Rodriguesem, to Brazylijczyk powalczy z Różalskim. KSW robiło co mogło, aby uatrakcyjnić galę – Popka zestawiono z Robertem Burneiką, sięgnięto po Tyberiusza Kowalczyka dla Pudzianowskiego, mieliśmy debiut Damiana Janikowskiego, wtedy też po sześciu latach do klatki przy Śnie o Warszawie ponownie wyszedł Łukasz Jurkowski, który wystąpił przeciwko.. Sokoudjou. Najlepsze możliwe gwiazdy na Narodowym – tam KSW udało się wszystko, przede wszystkim walka Chalidowa z Mańkowskim oraz niesamowity nokaut Różalskiego. W obwodzie pojawili się Narkun, Janikowski i Michał Andryszak, którzy szybko zwyciężyli w swoich pojedynkach. Mieliśmy także debiut Normana Parke’a, który dał bardzo dobrą walkę z Mateuszem Gamrotem i od razu, na kolejnej gali mieliśmy rewanż. Sprawdzenie na Narodowy Irlandczyka, przed galą w Dublinie to była świetna strategiczna decyzja KSW. W Irlandii wystąpili także zwycięscy Pudzianowski oraz Materla, ale wszyscy mówili o awanturze po walce (ostatecznie nieodbytej) Gamrot – Parke, w której polak wsadził palec w oko rywalowi. W kolejnej gali zadebiutowali, jak się okaże przyszli mistrzowie Roberto Soldić i Salahdine Parnasse, ten pierwszy niestety dla federacji zwyciężył z Mańkowskim. W mojej ocenie to druga rysa, bo planowano jego rewanż z Mamedem, do którego nie doszło. Do klatki wszedł także aktor Tomasz Oświeciński, który niespodziewanie pokonał Popka, co pokazało, że dla rapera docelowo nie ma miejsca w oktagonie. W innych walkach zwyciężył Michał Andryszak z Fernando Rodriguesem oraz Damian Janikowski, których trzeba było sprawdzić docelowo z najlepszymi. Kolejna gala KSW 42 była bardzo istotna dla historii KSW, bo kończy pewne rozdziały. Przegrał zarówno Chalidow (z Narkunem) oraz Michał Materla (ze Scottem Ashkamem), co jest trzecią rysą. Lewandowski z Kawulskim zapewne wtedy wiedzieli, że trudno będzie budować silne KSW w oparciu o obcokrajowców, bo przeciętny kibic lubi oglądać polaków, o czym pisałem w pierwszym akapicie, ale nie mieli niestety wyjścia.

Gala KSWA 43 zakończyła się po raz pierwszy pojedynkiem obcokrajowców Roberto Soldić vs Dricus Du Plessis (notabene była to bardzo dobra walka),  zwyciężył także Damian Janikowski, a na gali zadebiutował Philip de Fries pokonując Michała Andryszaka w eliminatorze do walki o pas wadze ciężkiej. KSW nie było pewne, czy brak znanej twarzy KSW w main evencie przyciągnie odpowiednią publiczność, dlatego nie zdecydowała się na PPV. W mojej ocenie sportowo, była to bardzo dobra gala i KSW wygrało pokazując szerszej publiczności Soldicia, Janikowskiego i de Friesa. Na kolejnej gali doczekaliśmy sie w końcu pojedynku Karol Bedorf vs Mariusz Pudzianowski, który zakończył się zgodnie z przewidywaniami, zwycięstwem byłego mistrza. Finał miał się odbywać na Wembley, oknie wystawowym federacji. KSW organizowało tam gale po raz drugi, tym razem nie martwiło się o to, czy zapełnił trybuny, jechali po swoje, jako wielka organizacja. Rewanż Du Plessis vs Soldić, Materla vs Janikowski, finał ciężkiej i Popek – KSW zapewniało, że ma się dobrze bez obecności Chalidowa i Pudzianowskiego. Gala była udana i wykreowała nowych bohaterów – wspomnianego de Friesa, Scotta Askhama, który w półfinale pokonał Marcina Wójcika, świetną walkę znowu dali Soldić i Du Plessis, a Michał Materla zdominował Damiana Janikowskiego i pewnie zwyciężył w drugim półfinale o pas. Dodam, że w pojedynku celebrytów zwyciężył bośniacki kulturysta Erko Jun z Popkiem, który po trzeciej porażce w czterech pojedynkach nie wrócił jak się okaże później do oktagonu. W kolejnej gali mieliśmy znowu umowną kategorię i rewanż Narkun vs Chalidow, który nie chciał skończyć kariery porażką w ostatniej swojej walce. W dodatku pojedynek jedynki i dwójki w KSW zawsze się zgadzał i reklamował ostatnią galę w minionym roku. W walce wieczoru ponownie zwyciężył Żyrafa stając się niepodważalnym numerem jeden i to bez podziału na wagę. Pas mistrzowski KSW ponownie obronił Mateusz Gamrot w walce z Koike Erbstem, w tej samej wadze Salahdine Parnasse pokonał Marcina Wrzoska, stając się pretendentem. Odnotuję także, że nagrody za nokauty wieczoru otrzymali Roberto Soldić oraz Krystian Kaszubowski i bardzo słusznie federacja zaproponowała im bezpośrednie starcie. Była to piąta gala w roku, co było rekordem KSW i jasnym kierunkiem rozwoju.

Bieżący rok jak wiadomo po wczorajszej gali KSW 50 przyniesie aż sześć gal, w tym pierwszą w Zagrzebiu, za co wielkie gratulacje dla KSW. Rok zaczął się od zimnego prysznica dla znanych mistrzów, co na pewno jest i będzie problemem, że w jednej gali KSW 47 przegrali Narkun (z de Friesem), Pudzianowski (kontuzja, z Szymonem Kołeckim), Mańkowski (z Parke), Fernando Rodrigues Jr. (z Satoshi Ishii) i Damian Janikowski (z Aleksandarem Ilićei). Wiadomo, że najlepsi nie będą wygrywać zawsze, ale Janikowski uległ zdecydowanie prowadząc, Mańkowski demolował w pierwszej rundzie Parke’a, a Narkun stracił miano najlepszego zawodnika bez podziału na wagę. Wydaje mi się, że po raz pierwszy w historii gala w Atlasie Arena się KSW nie udała. Oczywiście robiono dobrą minę, podkreślając niespodzianki w zawodowym sporcie, ale lepiej oglądać i sprzedawać walki zwycięzców. Borys Mańkowski przegrał trzeci raz z rzędu, Pudzianowski drugi ale można go tłumaczyć kontuzją. Starcie mistrza strongmenów ze złotym medalistą olimpijskim w podnoszeniu ciężarów budowano pojedynkiem najsilniejszych ludzi. Fernando Rodrigues po zwycięstwie na KSW 37 z Karol Bedorfem przegrał po raz trzeci w czterech walkach, a Damian Jankowski brutalnie znokautowany przegrał drugi raz z rzędu. Kolejne KSW to raczej pojedynek zawodników drugiego planu, gale pokazano w otwartym Polsacie, warto odnotować niesamotne zwycięstwo w walce o tymczasowy pas mistrzowski KSW w kategorii piórkowej Salahdine Parnasse nad Roman Szymańskim oraz wygraną Łukasza Jurkowskiego. z Stjepanem Bekavacem. Francuz wyrasta na najlepszego zawodnika bez podziału wagi, szkoda, że możliwe hitowe starcie z Mateuszem Gamrotem się nie odbędzie, z uwagi na chęć odejścia polaka do UFC. Ma on jednak ważny kontrakt i właściciele słusznie nie chcą pozbywać się zawodnika, który uchodzi za najlepszego grapplera w KSW, tłumacząc budowaniem zawodnika i włożeniem sporej kasy nie tylko w promocje. Gala KSW 49 zostanie zapamiętana przede wszystkim z nieudanego rewanżu Michała Materli ze Scottem Askhamem, który dominował cały pojedynek i pewnie znokautował Polaka. Do oktagonu wszedł Damian Grabowski i od razu otrzymał pojedynek z jedną z twarzy – Karolem Bedorfem, który wygrał. Dla Coco to trzecia przegrana w czterech ostatnich pojedynkach, a jedyny zwycięski był z Mariuszem Pudzianowskim. Coś poszło nie tak z jego karierą i pod koniec roku zapewne otrzyma szansę na odbudowę. Odnotuję także porażkę Artura Sowińskiego z Normanem Parke oraz kolejne zwycięstwo Erko Juna w pojedynku celebrytów, tym razem szybko rozprawił się z Akopem Szostakiem. Przegrał także Michał Andryszak (z Luisem Henrique), a przecież pojedynek wcześniej walczył o pas z de Friesem. Wczorajsza gala KSW 50 miała być podsumowaniem wielu lat pracy, organizowana po raz trzeci na Wembley, w mojej ocenie brakowało historii dla zestawianych pojedynków. W pięciu ostatnich walkach wieczoru wygrywali faworyci – Philip De Fries niejednogłośnie z Luis Henrique i Norman Parke niejednogłośnie z Marcinem  Wrzoskiem i mówi się o rewanżu w tej drugiej walki. Zdecydowanie za to zwyciężyli Tomasz Narkun z Przemysław Mysiala i Damian Janikowski z Tony Gilesem. KSW zależało (chyba) na podbudowaniu swoich zawodników po ostatnich porażkach, zestawiając ich ze słabszymi rywalami. Wygrał także Roberto Soldić przez jednogłośną decyzję sędziów, co świetnie zapowiada się przed kolejną galą w Zagrzebiu.

Powrót po kontuzji Pudzianowskiego i zestawienie go z Erko Junem oraz walka Roberto Soldicia będzie znakomicie wyglądać na plakatach gali KSW 51. Na KSW zadebiutuje Damian Sasiak, który ma za sobą sześć walk w UFC, zawalczy także Borys Mańkowski oraz pogromca Damiana Janikowskiego Aleksandar Ilić (może z Janikowskim?). A pod koniec roku, ponownie w Gliwicach zobaczymy walkę Scotta Askhama z Mamed Chalidowem. Gala się sprzeda znakomicie, ale dzisiaj sportowo Askham wygląda lepiej. Chciałbym na dwóch ostatnich galach zobaczyć Salahdine Parnasse z Filipem Pejićiem, Karola Bedorfa z Szymonem Kołeckim i Philipa De Fries z Damian Grabowskim.

 

Argentyna za mocna – pierwsza porażka Polaków na mistrzostwach

W dzisiejszym meczu z Argentyną zabrakło nam doświadczenia, nie grywamy meczów o stawkę, ze sprytnym i inteligentnym przeciwnikiem, który łamie zagrywki i gra nieszablonowo. Od pierwszych minut było nerwowo – mieliśmy problem z wymianą kilku podań, a przeciwnicy błyskawicznie przechodzili do kontrataków. Zwykle sprytnie jeden z zawodników Argentyny stał wysoko w ataku i po przechwycie otrzymywał podanie otwierające kosz. Denerwujące było to oglądać w telewizji, więc nieporównywalnie czuli się zawodnicy, co było widać po gestach tych, do których podanie nie doszło. Akcje napędzał Facundo Campazzo, MVP ostatnich finałów ACB, który był dla naszych zawodników za szybki. W dodatku, od początku meczu mieliśmy problem z trafianiem z łatwych pozycji. Argentyna nie zatrzymała się ani na chwile, co widać w każdej trzech kwart. Pierwsza przegrana 6, druga 9, trzecia 14 punktami. Pogrom, a zarazem zimny prysznic, Polacy w całym meczu zanotowali 23 straty, co nie mogło się dobrze skończyć – Argentyna wygrała w punktach po stracie 32-10. Przeciwnicy byli zdecydowanie lepsi i zagrali na poziomie nieosiągalnym obecnie dla naszej reprezentacji, szczególnie w defensywie, nie tylko wyprzedzając przy podaniach naszych, ale także wybijając piłkę przy koźle i ciągle tworząc presję. Jedyną zaleta to skorzystanie z rezerwowych (np. Aleksander Balcerowski zagrał najdłużej – 24 minut), co z takim przeciwnikiem i na tym etapie mistrzostw przyda się na kolejnych imprezach.

Należy przeanalizować błędy, wyciągnąć wnioski, wypocząć i szykować się na ćwierćfinał, bo ten mecz wyjątkowo był bez znaczenia. Teoretycznie wygrany unikał w kolejnym spotkaniu Serbii, co bardzo chcieli osiągnąć Argentyńczycy, ale wygrana Hiszpanów i tak połączy Argentynę z Serbią, a nas z Hiszpanią. Dla większości zawodników to będzie rewanż za 2015 rok, kiedy w 1/8 po trzech kwartach był remis 55-55 i naprawdę było blisko. Wynik 66-80 nie odzwierciedlał naszej dobrej gry. Zadecydowały indywidualne umiejętności Pau Gasola, choć niektórzy winili Marcina Gortata za pasywna postawę przy rzutach z dystansu (Gasol trafił 6 trojek). Dzisiaj nie ma Pau Gasola, nie ma Gortata, a zwycięzca awansuje do półfinału. Przy korzystnym układzie, wygrana da także awans na Igrzyska w Tokio, gdzie wystąpią dwie najlepsze drużyny z Europy.

Najlepsi (punkty zdobywali głównie w 4 kwarcie):
A.J. Slaughter – 16 punktów, 3 zbiorki, 3 asysty
Karol Gruszecki – 11 punktów, 5 zbiorek.

Koszykarski Śląsk – meldunek 2: sparingi ze Spójnią i Stalą

Śląsk Wrocław, który nie wszedł sportowo do EBL, chciałby walczyć w najbliższym sezonie o play-off, bo Śląsk zawsze walczy o play-off nawet, gdy nie pozwala na to kadra i budżety. W tym sezonie w drużynie ma być sporo obcokrajowców, kilka młodych twarzy z pierwszej ligi oraz dwie gwiazdy Kamil Łączyński i Maciej Wojciechowski. W pierwszych otwartych dla kibiców sparingach można było zobaczyć, jak wyglądają zagraniczne gwiazdy oraz jak prezentują się na tle Spójni Stargard i Stali Ostrów Wielkopolski młodzi zawodnicy, którzy pod nieobecność polskich kadrowiczów, dostali sporo minut.

W pierwszym meczu objawiło się dwóch liderów – Torin Dorn zdobył 23 punkty (9/13 z gry), a Clayton Custer 19 punktów (7/9) i pięć asyst. Custer potwierdził to, co o nim pisano przy zakontraktowaniu – ma niesamowitą „klepkę”, a także warunki nie są jego silna strona i ciężko będzie mu w obronie. Z kolei Torin Dorn gra na wysokiej skuteczności bliżej kosza, ma dynamiczne wejścia, dobrze zbiera i jest silny fizycznie (jego ojciec grał w NFL). O miano najlepszego zawodnika rywalizował z Mateuszem Kostrzewskim ze Spójni, który był liderem gości szczególnie w czwartej kwarcie, w której nieoczekiwanie goście mieli zryw i walczyli do końca o zwycięstwo.

WKS Śląsk Wrocław – PGE Spójnia Stargard 80:76
Śląsk: Dorn 23, Custer 19, Dziewa 8, Bats 7, Gabiński 7, Musiał 7, Kulon 6, Jodłowski 3, Leńczuk 0, Zagórski 0.

Następnego dnia do Orbity przyjechała Stal Ostrów i od pierwszej akcji widać było, że Stal w ostatnich sezonach gra o najwyższe cele. Zupełnie inna intensywność akcji w ataku i obronie, latający Przemysław Żołnierewicz, dobrze dzielił się piłką Daniel Szymkiewicz, a z ławki energię wniósł Jarosław Mokros. Stal miała więcej jakości, miała tez najlepszego zawodnika meczu Nikole Jevtovica (21 punktów w 20 minut) i podopieczni Jacka Winnickiego pewnie zwyciężyli 87-62. W Śląsku liderem był ponownie Clayton Custer, z ławki dobrą zmianę dal Michał Gabiński, w obronie niezle radził sobie utalentowany Aleksander Dziewa. Jakub Musiał pudlował za trzy punkty, a Kadeem Batts nic nie wniósł w obu meczach, szczególnie w ataku widać było nieporadność i brak rzutu z dystansu. Moim zdaniem jest na wylocie z drużyny, ale decyzja pewnie zostanie podjęta po powrocie kontuzjowanego Michaela Humphrey’a. Czekamy także na pierwszy mecz Macieja Wojciechowskiego, który w dresach siedział na ławce podczas spotkania ze Stalą.

WKS Śląsk Wrocław – BM Slam Stal Ostrów Wielkopolski 62:87
WKS Śląsk: Custer 22, Dorn 12, Gabiński 9, Dziewa 8, Musiał 4, Kulon 3, Jodłowski 2, Zagórski 2, Batts 0, Tomczak 0, Leńczuk 0.

Koszykarski Śląsk – meldunek 1: nowy trener, nowy lider i pierwsi Amerykanie

Giannis przegrywa z USA

W dniu wczorajszym podopieczni trenera Gregga Popovicha zwyciężyli po raz czwarty i wydaje się, że największy kryzys, który widzieliśmy w meczu z Turcją minął. Od początku meczu Amerykanie grali strefą, a gdy tylko piłkę otrzymywał Giannis Antetokounmpo natychmiast pojawiało się przy nim dwóch/trzech zawodników. W pierwszych minutach to się udawało, trafił trojkę, w kolejnych częściej oddawał piłkę partnerom którzy straszliwie pudłowali. Jeśli MVP ostatniego sezonu regularnego w takim meczu oddaje 11 rzutów, to nie świadczy dobrze o taktyce, a także o samym Giannisie, który powinien wziąć na siebie grę, nawet pudłując. Wybrał oddawanie piłki partnerom, ale nie zaliczył żadnej asysty. Grecy trafili z gry 14/55, przegrali deskę 40-50, przegrali trójkę. Jeśli żaden z zawodników występujących powyżej 7 minut nie ma dodatniego +/-, to nawet słabsza postawa Amerykanów w ataku, oznacza, ze Grecy przegrali mecz w szatni.
69 punktów Amerykanów przez cały mecz to szok (ostatni raz poniżej 70 punktow mieli w 1998 w półfinale z Rosją, grając zawodnikami z CBA), bo poprzednicy potrafili zdobywać tyle punktów w dwie kwarty. USA także w tym meczu nie siedziało – Khris Middleton trafił 1/8, Jaylen Brown spudłował spektakularny wsad, a jedynym zawodnikiem 50%+ w tym meczu dla Amerykanów był krytykowany Derrick White. Po meczu, najwięcej mówiono o brutalnym faulu Kostasa Antetokounmpo na Harrisonie Barnesie (biegł sam na kosz), po którym nie było faulu umyślnego oraz zdecydowanej reakcji Jaylena Browna na ten faul po meczu.. w takich sytuacjach powstaje drużyną. I na to pewnie liczy Gregg Popovich.

Polska przegrywa ze Słowenią – 7 rzeczy do naprawy

Przed meczem ze Słowenią fachowcy głosili zdobycie rekordowych 30 punktów. Zaczęło się od Wojciecha Kowalczyka, który w Weszło przed pierwszym meczem z Austria wypalił, że jeśli zagrają na swoim poziomie, Polacy powinni wygrać wszystko. Nikt nie brał tych słów na poważnie aż do czwartego meczu, kiedy Polacy wygrali po raz.. czwarty. Jeśli potrafimy zwyciężać na boisku najtrudniejszego rywala (Wiedeń), jak nam nie idzie (Macedonia w Warszawie) i pewnie zwyciężamy wicelidera (Izrael) 4-0, to dlaczego nie? Gdzieś nieśmiało mówiło się o braku stylu, męczeniu się z rywalami i problemami z selekcją. Kto ma wystąpić na lewej stronie obrony, jaka jest aktualna forma Grzegorza Krychowiaka, czy grać dwoma napastnikami – tym żyliśmy na początku eliminacji. Selekcjonera bronił wynik – 12 punktów i zero straconych bramek. Niestety zaczęliśmy też powielać bzdury typu „co tam styl, liczą się punkty!”, moim zdaniem, aby rywalizować z najlepszymi, powinniśmy ustawiać i czasem kolokwialnie sklepać słabszych. Porażka 0-2 po słabej grze, powinna być impulsem do zastanawiania się – co dalej. Owszem to może być jednorazowa wpadka, ale słabym występem „śmierdziało” od dawna – w zasadzie od początku eliminacji po fatalnej jesieni 2018. Niestety regularne punktowanie sprawiło, że Selekcjoner zajął się objawami, a nie przyczynami. Optymiści powiedzą, że przy lepszej postawie bramkarza i uznaniu prawidłowego gola Kamila Grosickiego mecz powinien zakończyć się wynikiem 1-1, w końcu mieliśmy 63% posiadania piłki, czyli nie zagraliśmy źle. W piłce przyjęło się, ze zwycięża drużyna, przegrywa trener. To bardzo niesprawiedliwa ocena, bo przecież grają zawodnicy, a nie selekcjoner. Czy jednak Jerzy Brzeczek zrobił wszystko, co mógł?

Po pierwsze – ze słabeuszami powinniśmy wygrywać zawsze.
Jerzy Brzeczek ma trudna robotę, to nie jest do końca tak, że bierzemy z Serie A 17 naszych piłkarzy, których uzupełniamy Fabiańskim, Lewandowskim i Krychowiakiem i mamy kadrę. We Włoszech większość rodaków jedynie terminuje, a mając słabą ligę, sięgamy wzorkiem na Europę i sprawdzamy, ilu Polskich piłkarzy gra w fazie grupowej europejskich pucharów:

W Ligi Mistrzów zobaczymy ich tylko dziewięciu – Roberta Lewandowskiego (Bayern), Wojciecha Szczęsnego (Juventus), Łukasza Piszczka (Borussia), Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego (Napoli), Jakuba Piotrowskiego (Genk), Damian Kądziora (Dinamo), Macieja Rybusa oraz Grzegorza Krychowiaka (Lokomotiw).

Z kolei w Lidze Europy zobaczymy tylko trzech – Jacka Góralski, Jakuba Świerczoka (Łudogorec) i Karola Świderskiego (PAOK Saloniki).

To żelazny argument nie tylko wyznawców Selekcjonera Jerzego Brzęczka, co realistów polskiej piłki. Zwykle przy gorszych wynikach jest mowa, o tym, że nie ma w kim wybierać. Problem jednak w tym, że przeciwnikiem nie były Niemcy czy Holandia, a mała Słowenia posiadająca dwa miliony mieszkańców, która w eliminacjach mundialu 2018 była czwarta w grupie za Anglią, Słowacją i Szkocją, a w Lidze Narodów 2018/2019 w trzeciej dywizji była ostatnia w grupie z Norwegią, Bułgarią i Cyprem spadając na dno europy. Mając w składzie kilku zawodników z czołowych klubów Europy (Bayern, Napoli, Milan, Southampton), nawet ze swoimi problemami powinniśmy wygrać.

Po drugie – święte krowy
Jerzy Brzęczek nadal selekcjonuje kadrę Adama Nawałki. Niewiele się zmieniło przez dwa lata, na początku mówiło się o nowym otwarciu, a graja znani i lubiani. A może najpopularniejsi? Nawałce udawało się wszystko do meczu z Danią, który obnażył problemy, z którymi sobie nie poradził. Podobno się pogubił, ale może po ludzku nie znalazł rozwiązania. Może to jest moment, aby Krystian Bielik, Szymon Zurkowski i Dawid Kowacki jeżdżąc na dupie zamieszali w kotle? zmienili hierarchię? Kadra miała być odmłodzona, a za Łukasza Piszczka mamy Tomasza Kędziorę, plus Mateusz Klich, a Krzysztof Piątek jest starszy od Arkadiusza Milika. Ponadto w dniu meczu ze Słowenią historyczny sukces osiągnęli koszykarze, którzy wygrali z Rosją. Porównywać Rosję w kosza i Słowenii w nogę nie sposób – po jednej stronie zawodnicy doświadczeni grą w Eurolidze, po drugiej wybitny bramkarz Jan Oblak (Atletico Madryt), solidny ligowiec z Serie A Josip Illić (Atalanta Bergamo) i wielu przeciętnych zawodników. Polacy odwrotnie – koszykarze maja tylko jednego zawodnika grającego w Eurolidze, a piłkarze kilku (zgodnie z powyższym). W dodatku Piotr Zieliński, nasz x-factor jest regularnie oceniany za to jak powinien grac, a nie jak prezentuje, co wzbudza frustrację. A jego partnerzy Grzegorz Krychowiak i Mateusz Klich regularnie zawodzą, często będąc najsłabszymi na boisku. To kolejny mecz, kolejny rok, w którym nie wykorzystujemy potencjału Zielińskiego, z którego chętnie korzysta Carlo Ancelotti.

Po trzecie – w cieniu Lewandowskiego
Gdy nie idzie, podaj do Lewego. Wygrywaliśmy w ten sposób wiele meczów, Lewandowski rozgrywał, grał na skrzydle i wykańczał akcje. Czasem mam wrażenie, że nasi zawodnicy zapominają jak się gra, mając obok siebie kapitana. Być może dlatego grają ostatnio gorzej w kadrze niż w klubie? Zaskakująco, że gdy karierę zakończył Marcin Gortat, koszykarze osiągnęli szczyt. Może dlatego, że nie mieli lidera, który zrobi za nich wszystko? Mówienie, że gdyby nie było Lewandowskiego, byśmy zobaczyli gdzie jesteśmy, jest bez sensu. Przecież gdyby nie było Cristiano Ronaldo nie byłoby sukcesów Portugalii i Realu Madryt.

Po czwarte – chcemy selekcje nieoczywistą
Raków Częstochowa, Lechia Gdańsk, GKS Katowice, Wisła Płock – takie kluby przed objęciem kadry trenował Jerzy Brzęczek, który nie ma doświadczenia międzynarodowego. Często, gdy pada taki wniosek zwolennicy Selekcjonera odpowiadają o spędzeniu wielu lat w Austrii i kapitanowaniu reprezentacji. Po jedenastu meczach można na nowo podnieść ten argument, jeśli na zwycięstwo czekaliśmy do siódmego meczu, następnie wygraliśmy cztery i teraz przegraliśmy. Co jakiś czas mamy w piłce sukcesy mniejszych – 15 lat temu wygrała Grecja, 3 lata temu zwyciężał Leicester, w tym roku wygrał Piast Gliwice. W żadnym z tych miejsc nie pytano, kim mają grać. Osiągano wynik ponad stan – czekamy na takiego selekcjonera i przez ten pryzmat będziemy go oceniać. Nie takiego, który wystawi oczekiwany skład, tylko takiego, który jak Adam Nawałka wystawi Krzysztofa Mączyńskiego i Sebastiana Milę. Mam wrażenie, że kadra Adama Nawałki z okresu 2014-17 pyknęłaby Słowenię do zera. Selekcjonerze! jeśli kontuzjowany jest jedyny lewy obrońca – należy go znaleźć, ale jeśli już się wyleczył (Maciej Rybus), grajmy nim, a nie szukajmy unikalnych rozwiązań na siłę. Nawałka od pierwszego spotkania zaczął pracować, powołał przez pięć lat aż 80 zawodników, zaczynając już w debiucie ze Słowacją nieoczywistymi wyborami, a do niektórych już nie wrócił:

Artur Boruc – Paweł Olkowski, Artur Jędrzejczyk, Marcin Kamiński, Rafał Kosznik (87. Adam Marciniak) – Jakub Błaszczykowski, Grzegorz Krychowiak (87. Michał Pazdan), Tomasz Jodłowiec (76. Krzysztof Mączyński), Adrian Mierzejewski (67. Tomasz Brzyski), Waldemar Sobota (76. Marcin Robak) – Robert Lewandowski.

Po piąte – najlepsi stałe poszukują
W lipcu 2018 ogłoszono, kto zostanie nowym Selekcjonerem o czym pisałem (TUTAJ)

Dzisiaj okazało się, że będzie nim Jerzy Brzęczek, dotychczasowy trener Wisły Płock, wcześniej kadrowicz, uczestnik (w roli kapitana) srebrnych igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Ruch zaskakujący, gdyż mówiło się o wariancie z Włoch – Gianni De Biasi, który z reprezentacją Albanii (!) Zakwalifikował się do mistrzostw Europy lub Cezare Prandeli, wicemistrz Europy z 2012. Oba warianty były ciekawe, mnie szczególnie podobała się ta druga kandydatura ‚ala’ Leo Beenhakker, czyli trenujący kiedyś najlepszych piłkarzy, obecnie nieco na uboczu wielkiego futbolu. Wydawało się, że były to kandydatury wcale nie z gatunku since fiction, w końcu wielu trenerów chciałoby współpracować z Robertem Lewandowskim.

PZPN to bogaty związek i poradziłby sobie z pensją trenera obcokrajowca. Decydował jednoosobowo Prezes Zbigniew Boniek, który z wyborem swojego kolegi Adamem Nawałką trafił doskonałe i mogliśmy przypuszczać, że szczęście (i nos) Prezesa nie opuści. Z meczu na mecz, coraz trudniej jest bronić selekcjonera, choć wiadomo – mamy 12 punktów w pięciu meczach i zmierzamy do finałów. Zawsze gdy nie idzie, albo bronimy trenera, bo słaby materiał ludzki, albo zmieniamy, marząc o najlepszych. Niestety Ci od materiału ludzkiego, uważają, że zmiana Selekcjonera nic nie da. Oczywiście, Jürgen Klopp nie zabiega o posadę selekcjonera reprezentacji Polski i to nie stanie także dlatego, że szukamy selekcjonera, a nie trenera. Na końcu zamykasz się w gronie 40 zawodników, a potem wybierasz, rozmawiasz, ustawiasz.
Vicente del Bosque, jeden z najwybitniejszych selekcjonerów w historii zrobił to samo w kadrze, co jego poprzednik. I to samo, co następca. Zadecydowały detale, bo Hiszpania przez lata uchodziła za mistrzów eliminacji, ale zawodziła w finałach. Kluby wygrywały w Lidze Mistrzów (choćby Real z Raulem, Fernando Morientesem i Fernando Hierro), a w kadrze nie mogły powtórzyć sukcesów. Jürgen Klopp tez potrzebował czasu na osiągnięcie sukcesu z Liverpoolem, z kolei Pep Guardiola ciągle udoskonala swoja drużynę, dodając nowe elementy w trosce, aby nie stać w miejscu. Możliwości wyboru oczywiście inne, ale czy Brzęczek poszukuje?

Po szóste – myślmy długofalowo
Niestety to nie jest tylko jeden mecz. Brak stylu kadry widoczny jest od drugiego spotkania, bo pierwsze z Włochami dla wielu było najlepsze pod wodzą obecnego selekcjonera. Jeśli zwyciężymy w kolejnych spotkaniach, stworzymy jedynie pozory drużyny. Obecnie mamy zebrane indywidualności, które w wyjątkowo słabej grupie eliminacyjnej wygrywają najczęściej w tunelu przed meczem. Przecież nasze cele są inne i sięgają finałów mistrzostw europy. A w nich wyjście z grupy, czyli awans do 1/8 będzie absolutnym celem minimum, a im bliżej imprezy, tym częściej będziemy wspominać karne z Portugalią. Zacznijmy więc grać jak tamta drużyna. W przeciwnym razie, czeka nas wstydliwy powrót do domu, jak po ostatnim mundialu.

Po siódme – wpływ mediów
Jeśli topowy dziennikarz, w najpopularniejszym programie sportowym chwali się, że wysyła smsy z selekcjonerem, to mamy problem. Wpływ mediów jest za duży i gdy kurtuazyjnie słyszymy, że Selekcjoner sam decyduje o kadrze, to jednak trzeba się zastanowić, co mówią media i co następnie robi selekcjoner. Bramkarz na stałe – jest, Krzysztof Piątek – jest, gra na dwóch napastników – jest. Na koniec dnia media mogą wypominać obecna formę klubowa reprezentantów (Piątek stracił chwilowo pierwszy skład) czy ligę, w której się rywalizuje (Mateusz Klich – Championship). Tutaj widzę przewagę selekcjonera obcokrajowca, który będzie spoza układu koleżeńskiego.

Weryfikacja tej kadry nastąpi podczas euro. Jeśli jednak Jerzy Brzęczek nie zacznie odważnie stawiać na nowych zawodników, nazwałem to wyżej wyborami nieoczywistymi, dalej będziemy kisić się w znanym sosie. Może to czas na powołanie kilku zawodników z młodzieżówki (TUTAJ)? Może jest ktoś w gazie w ekstraklasie? Dzisiaj stawiam 30% szans na awans do 1/8 finału, bo rywale będą bardziej wymagający niż Słowenia.

Polska wygrywa z Rosją. Polska w ósemce mundialu!

Wygraliśmy kolejne trudne spotkanie, kolejne w którym nie byliśmy faworytami, w którym źle zaczęliśmy – mieliśmy straty, nie walczyliśmy o zbiórki i nie trafialiśmy z prostych pozycji. Rosja potrafiła odcinać naszych od podań, przede wszystkim najlepszego zawodnika Mateusza Ponitkę. Stawką meczu był awans do ćwierćfinału i Rosjanie ani przez moment o tym nie zapomnieli. Słaby początek to niestety wizytówka naszej kadry, owszem potem potrafimy się dostosować do przeciwnika, zmienić taktykę i zawodników na boisku. Liderem strzelców był Adam Waczyński, jednak punkty z gry przychodziły nam ciężko. Trzymaliśmy wynik w pierwszej połowie głównie dzięki fantastycznie wykonywanymi osobistymi (w całym meczu 35/38 – 92%) oraz buzer-beatera Ponitki. 34-40 wyglądało lepiej na tablicy niż na boisku, gdzie problemem było trafianie z dystansu. Taki stan mieliśmy niemal całą trzecią kwartę do momentu zmiany Łukasza Koszarka. Koszar najpierw trafił trójkę pod koniec kwarty i asystował do faulowanego przy rzucie za trzy Damiana Kuliga, co zupełnie odmieniło mecz. Kulig trafił wszystkie trzy osobiste i wygraliśmy trzecia kwartę 19-17. Polacy potrzebowali tego impulsu, bo oprócz zaangażowania nie mieli nic do przeciwstawienia się Rosjanom.

Czwarta kwarta zaczęła się od drugiej trojki Koszarka, jego podania alley-oop do Aarona Cela i trafionej trójki Adama Waczyńskiego. Od tego momentu, objęliśmy prowadzenie 61-58, którego nie oddaliśmy jak się okazało do końca. Oczywiście były nerwy, były głupie faule i trudna sytuacja Mateusza Ponitki, który po zderzeniu z.. Adamem Waczyńskim mial zakrwawiona twarz i stracił kilka decydujących minut. Gdy wszedł, w pierwszej akcji heroicznie upadając na parkiet, oddał piłkę do Aarona Cela, który trafił najważniejszą trójkę tego meczu. W osttaniej minucie grając plecami do tablicy trafił Adam Hrycaniuk, wtedy eksplodowaliśmy! Wygraliśmy zespołem, każdy zawodnik mial swoje pięć minut z przeciwnikiem, którego większość zawodników regularnie występuje w Eurolidze. Ponownie nie decydowało doświadczenie, a zmiany, energia z ławki i team-spirit.

Ćwierćfinał mistrzostw świata to największy sukces od ponad 20 lat naszej kadry, choć tamtej turniej w Hiszpanii powinnismy oceniać niżej z uwagi na rangę. Pomyślmy co by się działo w kraju, gdyby to piłkarze osiągneli taki sukces? Drużyna bez zawodnika z NBA, tylko jeden występujący w Eurolidze zagra w ćwierćfinale przeciwko miedzynarodowym gwiazdom z Serbii i Hiszpanii. Przeciwnika poznamy jutro, ale niewątpliwie nie będziemy faworytami. Nasi kadrowicze przeżywają imprezę życia wygrywając cztery kolejne mecze na mundialu, wiec pojedynek z
Nikoli Jokiciem czy Marciem Gasol będzie jej dopełnieniem. A może kontynuacją?

Najlepsi:
Adam Waczyński – 18 punktów, +7
Mateusz Ponitka – 14 punktów, 9 zbiorek, 3 przechwyty, +8
Damian Kulig – 10 punktów, 7 zbiorek, 2 bloki,

Najsłabsi:
A.J. Slaughter – 8 punktów, 3/15 z gry

Podsumowanie pierwszej fazy rozgrywek Mistrzostw Świata w koszykówce 2019

Zakończona faza grupowa nie przyniosła wielu niespodzianek. Rozbudowanie rozgrywek do 32 drużyn sprawia, że poziom się obniża i dochodzi do wielu blamażów:

Serbia – Filipiny + 59
Litwa – Senegal +54
USA – Japonia +53
Serbia – Angola +46
Włochy – Filipiny + 46

W których przerywają drużyny z Afryki i Azji, ostatecznie nie posiadając drużyny w najlepszej szesnastce mistrzostw. Faworyci do tytułu mistrzostw: USA, Serbia, Australia zgodne wygrały po trzy spotkania, podobnie jak ekipy Francji, Hiszpanii i Argentyny – do niedawna najlepsze drużyny świata. Tam zaszły spore zmiany pokoleniowe, aczkolwiek patrząc na nieobecnych:

Francja:
Thomas Heurtel
Joffrey Lauvergne

Hiszpania:
Pau Gasol
Sergio Rodriguez
Alex Abrines
Nikola Mirotic
Serge Ibaka

Można by było skompletować mocniejszy zestaw. Zresztą oprócz Argentyny, każda z drużyn posiada swoja listę zawodników, których brakuje. USA – wiadomo, przyjechał trzeci garnitur, Serbia – Milos Teodosic, Australia – Ben Simmons, Grecja – Kosta Koufos, Rosja – Alexey Shved. Mimo tych przeszkód, słabsza postawa amerykanów w meczu przedsezonowym z Australią oraz Turcją w meczu grupowym daje nadzieje innym na ewentualny sukces.

Na minus po fazie grupowej na pewno Niemcy i Nigeria dysponujący kilkoma zawodnikami NBA oraz gospodarze i Turcja, która była o krok od zwycięstwa z USA, po porażce z Czechami odpadła z Turnieju. Tamten mecz był najbardziej dramatyczny – pod koniec meczu Turcja prowadziła 81-79 po dobitce Ersana Ilyasovy, ale Cedi Osman sfaulował Jaysona Tatuma przy rzucie za trzy. Tatum nie trafił w trzeciej próbie i doszło do dogrywki, pod koniec której Turcja prowadziła jednym punktem, jednak Dogus Balbay i Cedi Osman spudłowali w sumie cztery wolne i dali szansę USA, wśród których Khris Middleton trafił oba osobiste wyrywając mecz. Przy okazji minusów, warto dać go również Grecji, która posiadając najlepszego zawodnika grającego na mistrzostwach (Giannis Antetokounmpo), nie potrafiła sobie poradzić z Brazylia i ma małe szanse na awans do ćwierćfinału, chyba że pokona USA. Indywidualnie najlepszym zawodnikiem fazy grupowej był Bogdan Bogdanovic (Serbia), a pierwsza piątkę turnieju powinni stworzyć:

Facuno Campazzo (3-0) – średnie 15,3 pkt., 7 as., 2 prz., 42,1% za 3
Patty Mills (3-0) – średnie 20 pkt., 3 as., 46% z gry
Bogdan Bogdanovic (3-0) – średnie 19,3 pkt., 4,5 as., 2,3 prz., 65% za 3
Nikola Jokic (3-0) – średnie 13,5 pkt., 7 zb., 87% z gry w tym 4/4 za 3
Rudy Gobert (3-0) – średnie 12,7 pkt., 10 zb., 2,7 bl., 72% z gry

Na koniec power ranking FIBA na tym etapie rozgrywek:

  1. Serbia
  2. Australia
  3. USA
  4. Francja
  5. Hiszpania
  6. Brazylia
  7. Argentyna
  8. Litwa
  9. Grecja
  10. Włochy
  11. Polska
  12. Rosja