Polecane

7 ostatnich wpisów

KOSZYKÓWKA

  1. [podcast] Ósemkę na wschodzie już znamy i siódemkę na zachodzie #NBAPL
  2. [podcast] Wybieramy 12 dla Mike`a Taylora na mecz z Izraelem i Hiszpanią
  3. Śląsk basket #22: siedem trafionych trójek w drugiej kwarcie, czyli Śląsk zaczyna rundę rewanżową od zwycięstwa w Radomiu #plkpl
  4. [podcast] Podsumowanie 2019 roku w NBA

PIŁKA NOŻNA

  1. Boniek vs Rokuszewski, czyli starcie w #stanfutbolu zainspirowało mnie do refleksji na temat stanu polskiej piłki
  2. Quique Setién za Ernesto Valverde, czyli jak porażka w najmniej ważnym Pucharze zmienia wszystko

POZOSTAŁE

  1. [historia] styczniowe rozkminy.blog 2018 i 2019

Boniek vs Rokuszewski, czyli starcie w #stanfutbolu zainspirowało mnie do refleksji na temat stanu polskiej piłki

Sobotni odcinek Stanu Futbolu był jednym z najciekawszych tego typu programów w ostatnich latach. Samo zaproszenie do programu Zbigniewa Bońka jest zawsze sporym handicapem, bo Prezes PZPN zwykle dominuje programy i świeci zawsze najmocniej. Ale tym razem zupełnie (dla mnie) nieoczekiwanie trafił na wymagającego rywala. Znane są powszechne sympatię czołowych dziennikarzy z Prezesem PZPN, tym bardziej byłem zaskoczony, że w programie Krzysztofa Stanowskiego, w którym jego goście zwykle otaczani są parasolem ochronnym zaczęło się strzelanie.

Zbigniew Boniek nic nie świadomy odpowiadał na pytania w swoim stylu, nie dawał rozwinąć skrzydeł innym, skakał wielowątkowo, a na trudne pytania odpowiadał celnymi pytaniami. Przyzwyczajony jestem do tego typu scenariuszy, które szczególnie mi nie przeszkadzają. Zawsze mogę przecież wyłączyć. Bonka nie wyłączam, bo od zawsze był jakiś. Charyzmy miał za kilku, dlatego lubię go słuchać. Choć od pewnego czasu zauważyłem, że Polska piłka idzie w bardzo złym kierunku.

W programie znalazł się w końcu ktoś, kto potrafił zapytać i odpowiedzieć. Czekałem na taki scenariusz od dawna, ale szczególnie w Cafe Futbol, częściej mieliśmy poklepywanie Bonka po plecach. Ze najlepszy, że zmienił postrzeganie, że zarabia. Tylko, że te argumenty można było mówić już po roku, dwóch pierwszej kadencji, a nie w ostatnim. Nie przesadzajmy, że w czasach dużej transparentności w mediach, prowadzenie największego sportowego związku lepiej od Grzegorza Laty to sukces. To nie jest sukces, to normalność.

I właśnie Mateusz Rokuszewski, redaktor naczelny weszlo.com był tym, który nie szczypie się w język. Który punktuje i odpowiada. I to bardzo skutecznie, bo wymiana zdań przeniosła się po programie do Twittera via weszlo.com, dzięki wpisowi Jakuba Olkiewicza. Jeśli kilka dni później temat dalej grzeje, musiało się stać coś wyjątkowego.

Roki już na początku poprosił o nieprzerywanie, co było sygnałem, że ktoś chce coś powiedzieć będąc przy jednej scenie z Bońkiem. Potem formowanie tezy o kondycji polskiej piłki, również nie spotkała się z zadowoleniem. Żonglowanie Prezesa nazewnictwem polska piłka i PZPN okazała się mało skuteczna, bo o ile nie mam wątpliwości odnoście sprawnego prowadzenia wielkiej korporacji, to jednak pewne rzeczy zostały ewidentnie zlekceważone, zamiecione pod dywan. I te zganianie na ekstraklasę także jest mało eleganckie, bo jeśli mówimy o liczbie drużyn, reformie ESA37 to chętnie się Zibi wypowiada, ale w kwestii wyników w pucharach to on nic nie może. Pewnie, bezpośrednio nie, ale poziom jest dramatycznie słaby, odpadamy w przedbiegach z piłkarskimi ogórkami i nie gramy w europejskich pucharach. Dudelange wyprzedziło nas o długość, a wszyscy zdolni są wyprzedawani do przeróżnych lig.

Poszło też o MLS, że piłkarze (Przemysław Frankowski, Kacper Przybyłko, Przemysław Tytoń, Adam Buksa, a za chwilę także Jarosław Niezgoda) wybierają Stany Zjednoczone, a nie Europę. Na pewno mając propozycje jak Boniek z Juventusu wybraliby Serię A. Takowych nie mają, więc jadą gdzie lepiej płacą. Skończmy się okłamywać, że piłkarze grają z pasji. Grają dla pieniędzy. A jeśli przy okazji będzie sprawnie działający klub i liga, to chętnie mówią o rozwoju. Dzisiaj pozostawanie w ekstraklasie to cofanie się, co wynika z rezultatów w eliminacjach europejskich pucharów i rankingów.

Niestety exodus piłkarzy zbiegł się z zastępczą dyskusją o kształcie ligi. ESA taka, czy śmiaka, dodatkowa runda czy nie. Fajnie, że nie mówimy o dzieleniu punktów. Mam wrażenie, że zastanawiając się latami nad piłkarskimi duperelami, uciekła nam Europa. Cala para w gwizdek. Przecież piłkarz ma przede wszystkim grać. Najlepiej, aby sprawiało mu to przyjemność, bo wtedy entuzjazmem zarazi innych, a w dalszej kolejności także kibiców. Dyskusja kiedy mamy rozpoczynać sezon to kolejna ‚dyskusja żart’. Meczów naszej ligi nie da się oglądać, szlagiery zawodzą, a pojedynki zespołów z dołu tabeli nie interesują nawet koneserów. Rozszerzenie o drużyny klasy Chojniczanki, nie da nic polskiej piłce. Do słabych drużyn dołączą słabsi. A dzisiaj trzeba konkurować o widza z najlepszymi i najlepiej pokazywanymi ligami. A my co pół roku dostarczamy wcale nie najlepszym ligom to, co najlepsze, w zamian wzmacniając się słabymi Słowakami czy innymi oldboyami. Przecież za chwilę transferem przerwy zimowej będzie 36 letni Igor Angulo z Górnika Zabrze do Legii Warszawa.

Boniek się pomylił i ESA37 się nie udała. To akurat mi się bardzo podobało, bo dziennikarze rzadko się mylą, a raczej rzadko przyznają rację. Najbardziej znaczącej osobie w polskiej piłce wyciąga się wszystko, to rzeczywiście słabe. Choć z drugiej strony, rozliczajmy za łatwo idące tezy, które każdy może rzucić. Bardzo przydałoby się to wielu dziennikarzom.

Rokuszewski oprócz samej postawy zaimponował mi także tym, ze jasno deklarował nie pompowanie balonika. Bo na fali sukcesu, pod parasolem można przebimbać pół roku potem euro. Może się uda, a może wytrzymamy krytykę. Byle do października. Wtedy zmieni się kadencja i słabe jest to, że żaden z kandydatów jasno nie zadeklarował chęci bycia prezesem. Zakulisowe gierki, to znamy z naszego piekiełka, zamiast przyjść i mieć plan. Reformować. Tym razem nie wizerunek i wynik finansowy, bo Zbigniew Boniek z ekipą wycisnął maksa w tym temacie i za to wielkie brawa. Teraz czas na pracę u podstaw, zrzucenie garniturów, założenie dresów i trenowanie. Pokazywanie. A na koniec wyprowadzenie z czwartej dziesiątki ligi do drugiej. Chorwacja, Serbia, Grecja – właśnie te ligi zamykają dwudziestkę, to nie są dzisiaj ligowe tuzy, a przecież mamy najlepszą infrastrukturę w Europie. Tak powiedział Boniek, na co szybko odpowiedział Roki, że Niemcy na pewno mają lepsza. I brawo, skończmy z rzucaniem populizmów. Poza tym, jeśli za państwowe, czyli podatników pieniądze nie potrafimy wypełnić stadionów, bo kluby prowadzą ludzie w większości bez pomysłu.. Nie wszystkie, czego dowodem było mistrzostwo Piasta Gliwice. A rok wcześniej byli 14 drużyną ligi, czyli podobno lepszą niż trzecia w pierwszej Chojniczanka. Spieranie się, kto by wygrał, kto z pieniędzmi z telewizji by nie zrobił lepiej nie ma sensu. Ale to także mieliśmy na antenie.

Pieniądze są przejadane niczym w najlepszych ligach. Brakuje inwestycji, znowu pomysłu i kierunku. Symbolem jest Artur Jędrzejczak, któremu co jakiś czas wypomina się ogromne pieniądze w kontrakcie. Jakby to była jego wina, jakby ktoś z pistoletem przy skroni kazał Dyrektorowi/Prezesowi podpisywać kontrakty, na które klubów nie stać. A co, stać! Tylko potem trzeba z czegoś ścinać. Tym symbolem jest podpisywanie ugody, aby utrzymać promocje na kolejny sezon. Przepraszam licencje. Kółko sie zamyka, bo brak licencji to upadek, a to z kolei brak kasy dla piłkarzy. Więc piłkarze podpisują, a kluby wydają. Bo telewizja płaci.

Nie płaci za to Lechia Gdańsk, którą dwa/trzy lata temu widzieliśmy jako realnego rywala Legii Warszawa. Do lepszej ligi potrzebujemy silnej Legii, Lecha, Lechii, Wisły itd. Kluby mają wygrywać seryjnie, rywalizować, a potem przekładać to na puchary lub na początku eliminacje do pucharów. Dzisiaj jednak z Lechii ucieka Artur Sobiech, dobry ligowiec, po którym na pewno spodziewano się więcej, ale to zawsze ktoś, kto bywał na większych i mniejszych salonach. Z Lechii do drugiej ligi tureckiej! Niestety nie każdy ma oferty z MLS.

Brzęczek nie spełnił oczekiwań kibiców i pewnie Prezesa. Rozumiem, że nie może on krytykować otwarcie selekcjonera, ale ten najbardziej oberwał za zupełnie nietrafione tezy. Zresztą zupełnie niepotrzebne i jak w przypadku Bońka, chętnie wyciągane. A to Błaszczykowski w wywiadzie dla zagranicznych mediów ma mieć miejsce w kadrze, a to Zielińskiemu musi się coś przestawić. Słabi rywale i słabe wyniki, a pierwszy najlepszy mecz to jednak nienajlepsza ocena selekcjonera. Jeśli Prezes uważa, że Izrael, że chcieliśmy zremisować z Austrią to znaczy, że zadowalamy się byle czym. Bo w tym wieku właśnie meczem wizytówką potrafimy odróżnić sensownego selekcjonera (Engel Norwegia, Janas Włochy, Beenhakker Portugalia, Nawałka Niemcy) od przeciętniaka. Dlatego pompowania balonika przez Rokuszewskiego nie będzie. A mit o analizie jednostek treningowych, aby ocenić jakość selekcjonera będzie wyciągany tak samo chętnie, jak tekst o Zielińskim. Brawo Olkiewicz, analogia z brakiem wiedzy na temat wypieku pysznej bułki zaorał system.

Jeszcze ten młodzieżowiec. Dla mnie dobry kierunek, ale słabe rozwiązanie. Prywatnym klubom każemy wystawiać piłkarzy, bo taki regulamin. A potem się dziwimy, że jest jak jest. Ja bym wrzucił połowę kasy z kontraktu telewizyjnego w program typu pro junior system. Połowę! I wtedy panowie prezesi nic nie musicie, ale na starcie dostaniecie połowę. A czy jeden czy dwóch, przecież to niewiele zmieni. Tutaj brawa znowu dla Rokiego, który uważa, że przez to najlepsi juniorzy zamiast być wypożyczani, to kiszą się na ławce, na wypadek, gdyby ten z jedenastki miał kontuzje. Prawdą jest też stwierdzenie, że wystawianie młodzieżowca to okno wystawowe i docelowo właśnie ci piłkarze będą wyjeżdżać regularnie, bo dla wielu klubów na świecie dwa czy trzy miliony to nic w kontekście młodego zdolnego piłkarza. A MLS płaci cztery-pięć milionów euro.

A na koniec o licencji. Upieranie się Prezesa, że Raków Częstochowa zdąży do kolejnego sezonu, a jak nie zdąży to nie będzie grać, było rzeczywiście słabe. Wyrzucenie klubu, który ma pomysł i trenera za brak stadionu vs dopuszczanie klubów, którym się nie płaci, jest dziwne. Raków ma karę za brak prawdziwych dni meczowych, nie może budować w pełni swojej marki w swoim mieście. Wrzućmy po prostu do podziału pieniędzy z telewizji milion za posiadanie stadionu. I tyle. Dużo lepiej to będzie wyglądać niż grożenie palcem jak z procesem licencyjnym, a potem szukanie wymówek. Przez lata przymykanie oczu na pewne rzeczy skutkuje słabym rankingiem i słabym poziomem. Nie wszystko można przykryć na razie średnią reprezentacją.

Quique Setién za Ernesto Valverde, czyli jak porażka w najmniej ważnym Pucharze zmienia wszystko

Superpuchar Hiszpanii 2020 w Arabii Saudyjskiej okazał się dobrym kierunkiem, choć razi oczywiście dodawanie meczów w trakcie sezonu, bo dotychczas grano o to trofeum przed sezonem, gdzie nie zawsze były pełne składy i pełna motywacja. Fajnie, że w małym turnieju występuje Real z Barceloną, do tego Atletico i w uzupełnieniu Valencia, bo przecież ten ostatni klub obok Blaugrany wygrał grupę Ligi Mistrzów (drużyny z Madrytu były drugie). Niefajnie, że pomiędzy olbrzymią dawką spotkań w weekend, także w tygodniu mamy dodatkowe rozgrywki, przez co trzeba wybierać pomiędzy szlagierami.

Pierwszy mecz Barcelony z Atletico zakończył się zaskakująco, przede wszystkim dlatego, że najważniejsze rozegrało się po końcowym gwizdku sędziego. Barcelona dominowała praktycznie całe spotkanie, w pewnym momencie sędzia nie uznał bramki na 3-1 i stało się coś dziwnego. Nie po raz pierwszy Barcelona oddała wygrany mecz, przeciwnicy wyrównali po faulu Neto w polu karnym na Vitolo, a chwilę później w akcji sam na sam Ángel Correa pokonał Neto. Mistrz za burtą! Co ciekawe, mimo, że mamy do czynienia z najmniej ważnym z pucharów, to jednak porażka w półfinale wywołała piekło nad trenerem Barcelony. Mimo, że po meczu bronili go Leo Messi i Luis Suarez, mówiąc, że to oni przegrali, ale dla szefów klubu to było za dużo. Przypominano dwie porażki w Lidze Mistrzów w dość dziwnym stylu z Roma (4-1 i 0-3) oraz z Liverpoolem (3-0 i 0-4), które na nowo bolały, jak zerwanie strupa z głębokiej rany. Barcelona nie potrafi wygrywać ważnych, zwycięskich meczów, uchodzi z niej powietrze, a stracone gole wytrącają z równowagi. A przecież w nieco ponad dwa sezony Valverde poprowadził klub do zwycięstwa:
– dwa razy w La Liga (100%),
– Pucharze Króla,
– superpucharze.
Nieźle jak na przegranego trenera. Ale przecież nie wygrał Ligi Mistrzów. Zaskakująco podobnie wygląda porównanie z Pepem Guardiolą w Manchesterze City, który przez 3,5 roku wygrał:
– dwa razy w Premier League (66% ale za chwilę 50%),
– FA Cup,
– EFL Cup (2x),
– Tarczę dobroczynności.

Dlatego też, aby nie tracić kolejnego sezonu Barcelona po raz pierwszy od 17 lat zmienia trenera w trakcie (wtedy Louisa van Gaala zmienił Radomir Antić głównie dlatego, że Barca była 12sta w tabeli). Ma skończyć przegrywać w dziwny sposób, a przede wszystkim gra ma cieszyć oko. Bo brak stylu też był problemem Ernesto Valverde. Piękna gra jest ponad zwycięstwami, a przecież były one osiągane w czasach Zinedine Zidane’a. Francuski trener trzykrotnie triumfował w Lidze Mistrzów i zaledwie raz wygrał Mistrzostwo Hiszpanii. Motywował drużynę tylko na najważniejsze mecze, które były zwycięskie, czasem w samej końcówce.

Właśnie Zidane był trenerem, który w trakcie sezonu został zatrudniony w Realu w miejsce Rafy Beniteza 4 stycznia 2016. Już w pierwszym niepełnym sezonie wygrał najważniejsze z europejskich pucharów i właśnie takim bodźcem ma być dla piłkarzy nowy trener Quique Setién. Grający pięknie, nie zawsze wygrywający, ale wierny za wszelką cenę filozofii Johana Cruijffa, prawdziwy Barcelonista. W dodatku wielbi obecnych piłkarzy jak Busquetsa (poprosił rok temu o koszulkę z autografem) czy Messiego:

Powiedziałem Messiemu, by nie przechodził na emeryturę, dopóki będę żyć. Niesamowicie się go ogląda. Dałbym sobie uciąć palec, by grać w Barcy Cruyffa. Ten zespół zdefiniował mnie jako trenera. Dzięki Johanowi zrozumiałem, o co chodzi w futbolu i co mi się podoba.

To wszystko mówił, gdy był trenerem Betisu Sevilli. Tam było ofensywnie, co pamiętają także kibice… Barcelony. Setién w listopadzie 2018 wygrał na Camp Nou 4-3. Zawodnikom Barcy pod jego rządami będzie się grało lepiej i ofensywniej, Oczywiście istnieje zagrożenie, że trener, który wcześniej trenował co najwyżej w Las Palmas i właśnie Betis nie prowadzi sobie z wielkimi: gwiazdami, oczekiwaniami i presją. Ale czy tak nie mówiono, gdy ster przejmował Guardiola albo Zidane? Dzisiaj debiutuje z Granadą – rywalem niezbyt wymagającym, idealnym na przetarcie. Ale za tydzień na Estadio Mestalla będzie pierwszy test. Valverde zostawił drużynę na pierwszym miejscu i jak widać, nie będzie tolerancji na przegrane. Kontrakt z nowym trenerem został podpisany na 2,5 roku i wydaje się, że to optymalny czas przekonać się, czy najładniej grający trener w La Liga podoła zadaniu. Szczęścia od początku nie ma, bo kilka dni po przegranej z Atletico gruchnęła wiadomość, że Luis Suarez nie zagra do końca sezonu. Taki jest efekt pierwszego z półfinałów Superpucharu Hiszpanii.

Śląsk basket #22: siedem trafionych trójek w drugiej kwarcie, czyli Śląsk zaczyna rundę rewanżową od zwycięstwa w Radomiu #plkpl

Opis pierwszego meczu (TUTAJ).

Pierwszy mecz rundy rewanżowej z Hydrotruckiem Radom zaczynamy piątką: Kamil Łączyński, Devoe Joseph, Maciej Wojciechowski, Michał Gabiński, Michael Humphrey, co oznacza, że po dwóch spotkaniach nieobecności od razu do piątki wraca Wojciechowski.

W pierwszej akcji Gabiński nie trafił za trzy punkty, odpowiedział Trotter, a po zmianie krycia nie nadążył chwalony ostatnio (TUTAJ) Humphrey. Amerykanin nie trafił trójki, zebrał na nim Adrian Bogucki i szybko usiadł na ławce. W jego miejsce wszedł Aleksander Dziewa, który od razu zdobył punkty po asyście Wojciechowskiego. Śląsk nie trafiał rzutów za trzy, zmienił więc zagrywkę i najpierw Wojciechowski wszedł pod kosz, a następnie ponownie trafił Dziewa po asyście Łączyńskiego. Dziewa od kiedy pojawił się na boisku toczył walkę z Boguckim, to nowy pojedynek zdolnych podkoszowych, o których kibice upominają się nawet w kontekście kadry. Gdy dwóch kolejnych akcjach Gabiński nie trafia spod kosza i za trzy punkty, musi zejść i w jego miejsce melduje się Andrew Chrabascz. W tym momencie Łączyński notuje drugi przechwyt, ale zupełnie nie radzimy sobie z rzutami z dystansu. Carl Lindbom za trzy ma trzy trafione rzuty na pięć prób, Śląsk ma 0/4. Fajnie pod koszem wygląda Dziewa, który radzi sobie sobie z Boguckim w pojedynczych akcjach. Notujemy jednak kolejną stratę, a po akcji ‚and one’ Roda Camphora, Radom prowadzi 20-10. Na szczęście pod koniec Śląsk trochę lepiej zagrał i po pierwszej kwarcie przegrywał tylko 18-20 za sprawą nietrafionych rzutów za trzy Radomia i dobrej gry Humphrey`a, który po czasie trenera Olivera Vidina zanotował sześć punktów i dwie zbiórki.

W drugiej kwarcie, po sześciu kolejnych nietrafionych trójkach wrocławian. pierwszą trafił Joseph. W kolejnej akcji nie trafił Torin Dorn i przyznam szczerze, że nie wiem dlaczego wykonuje on rzuty z dystansu z nieprzygotowanych pozycji, skoro w sezonie notuje skuteczność 29% za trzy punkty. Co innego Danny Gibson, który ostatnio zaczął trafiać za trzy (trzy trafione z Legią i cztery z Enea Astorią), który trafił w pierwszym rzucie. Na szczęście Radom cały czas nie trafia za trzy punkty (po 3/5 w szóstej minucie pierwszej kwarcie, nie trafili kolejnych 13 rzutów za trzy punkty). Dwie kolejne trójki Łączyńskiego i ponownie Gibsona dało prowadzenie 32-27 wrocławian, którzy przejmują grę, a Radom cały czas nie trafia z dystansu. W tym momencie trener Vidin sporo gra Jakubem Musiałem – w pierwszych 15 minach zagrał on pięć minut, mimo pełnego składu Ślaska. W kolejnych akcjach Joseph znowu trafi za trzy punkty, w sumie w drugiej kwarcie zespół trafił siedem trójek (na osiem prób) i umiejętnie rozbijał obronę strefową Hydrutrucka. Na koniec kwarty po osobistym Dziewy Śląsk prowadził 48-34, a drugą kwarte wygrał 30-14 przy skuteczności 78% z gry. W pojedynku młodych – Bogucki wygrywa z Dziewą 13 – 7. Warto dodać, że do przerwy Gibson zanotował pięć asyst, a cztery Łączyński.

W trzeciej kwarcie zaczynamy z Musiałem, który wchodzi zamiast Wojciechowskiego aby męczyć Obie Trottera. Jest to ciekawa transformacja zawodnika, który w 1 lidze znany był głównie jako strzelec z dystansu. Gdy Gabiński trafił swoja pierwsza trójkę w trzecim rzucie, Śląsk prowadził 15 punktami. Głównie dzięki ławce rezerwowych, bo po 22 minutach jest 19-0 w punktach zamienników. Od tego momentu przebudzili się Trotter i Lindbom, ale Śląsk kontroluje grę trafiając trojką Gibsona. Linbom gra znakomity moment – punktuje i asystuje, a przewaga Sląska wynosi tylko sześc punktów. Goście stracili tempo gry, przestali grac swoich zagrywek, a kolejne trafione rzuty gospodarzy nakręcały Hydrotruck do wyniku na koniec kwarty 62-59 dla WKS. Warto zauważyć, że wypadł zupełnie z rotacji Torin Dorn który przez trzy kwarty zagrał zaledwie pięć minut, a na początku sezonu u trenera Adamka dawał on ogromny impuls będąc momentami nawet najlepszym graczem zespołu. Ogólnie bardzo udana kwarta dla radomian wygrana 27-16.

W czwartej kwarcie po trójce byłego zawodnika Sląska Artura Mielczarka i akcji ‚and one’ Josehpa utrzymywało się trzy punktowe prowadzenie. Na szczęście mamy przewagę pod koszem – zbieramy w obronie i w ataku, dobijamy i zaskakująco szybko wychodzimy na dziesięciopunktową przewagę. Niestety po stracie Łączyńskiego, od razu za trzy trafia Trotter i już siedem punktów straty. W odpowiedzi Joseph zalicza bardzo ważną zbiórkę w ataku i zdobywa punkty, a w całej czwartej kwarcie bierze trudne rzuty na siebie i trafia, a chwilę później po zbiórce w ataku Chrabascza trafia tym razem za trzy punkty. Śląsk na dwie minuty przed końcem zbiera dwie piłki w dwóch kolejnych posiadaniach – tego nie było w całym sezonie, gdzie często przez przegraną walkę na tablicach przygrywaliśmy mecze. Warto dodać, że Musiał wchodzi za Łączyńskiego, który zszedł po drobnej kontuzji, a nie Dorn (w całym meczu zagrał 10,5 minuty – trzeci najniższy wynik w sezonie, a drugi u Vidina). W kontrataku mieliśmy przewagę trzy/jeden, ale Chrabaszcz podaje za plecy Gibsona przy siedmiopunktowym prowadzeniu. W opowiedzi Mielczarek trafia za trzy i na minutę przed końcem jest już 78-82. Czas dla trenera Vidina został znakomicie rozegrany – po zasłonie Chrabascza przy wybijaniu piłki z boku Joseph trafia za trzy punkty. Takich akcji też nie widzieliśmy u trenera Adamka, gdzie wiele razy zawodnik wybijający nie miał komu podać. Gra jednak toczy się dalej, bo mamy duży błąd Humphrey`a, który wypychał Camphora przy rzucie z dystansu, co wykorzystuje Amerykanin trafiając 3/3. Zaskakujące było to, że Hydrotruck przez 15 sek nie potrafił sfaulować przeciwnika, a wrocławianie umiejętnie rozrzucali piłkę mając na boisku samych niskich zawodników i Humphrey`a, a gdy w ostatniej akcji podanie przechwytuje Chrabascz – Śląsk wygrywa 83-87. Brawo!

HydroTruck Radom – Śląsk Wrocław 83:87

Śląsk: Devoe Joseph 23 (5), Michael Humphrey 17, Danny Gibson 13 (3), Kamil Łączyński 9 (2), Aleksander Dziewa 9, Torin Dorn 6, Mathieu Wojciechowski 4, Michał Gabiński 3 (1), Andrew Chrabascz 3, Jakub Musiał 0.

Najlepszy zawodnik Śląska:

Devoe Joseph – 23 punkty, 5/9 za trzy, 6 zbiórki., 4 asysty.

Relacje z pozostałych spotkań Śląska:

Śląsk basket #21: Połówka Śląska za nami

Śląsk basket #20: popis ataku i obrony Śląska, z Warszawy z tarczą #plkpl

Śląsk basket #19: Śląsk z Legią po prostu musi wygrać – krótka zapowiedź

Śląsk basket #18: Dwie statystyki Danny Gibsona, czyli dajmy szansę Musiałowi

Śląsk basket #17: Gabiński z Dziewą, Chrabascz z Humphreyem czy może small ball z Wojciechowskim w roli silnego skrzydłowego, czyli jak zestawić podkoszowych #plkpl

Śląsk basket #21: Połówka Śląska za nami

Po rozegraniu 15 spotkań w Energa Basket Lidze mamy pełny przegląd drużyn – wiemy kto będzie grał o najwyższe lokaty, kto zawodzi i mamy gotowy materiał do analiz. Śląsk po powrocie do ekstraklasy grał nierówno, po pierwszym meczu zwycięskim u siebie trzy raz przegrał, gdy wreszcie zwycięży (i to dwa razy), nastąpiła passa czterech porażek z rzędu i zmiana trenera. Bilans 6-9 dla beniaminka, który nie wszedł sportowo do ekstraklasy jest dobry, ale potencjał miasta Wrocław oraz kadrowicze sprawiają, że pozycja powinna być wyższa.

Analizując mecze u siebie i na wyjeździe mamy sporą różnice – u siebie Śląsk zwyciężył dwukrotnie, notując pomiędzy pierwszym i ostatnim zwycięstwem serię sześciu kolejnych porażek. Po pierwszym jak się okaże popisowym meczu sezonu z Hydrotruckiem Radom, Śląsk przegrywał nie tylko z potentatami, ale także z GTK Gliwice. Dodatkowo właśnie mecz z GTK powinien być zwycięski, a przez trzy kwarty był to najsłabszy mecz sezonu, w pewnym momencie goście prowadzili 62-80 (TUTAJ). W ostatniej akcji był przegrany mecz z Asseco Arką Gdynia (TUTAJ) i jedynie ostatni mecz u siebie z Enea Astorią Bydgoszcz był wygrany w ostatniej akcji i zaraz przerwał fatalną serię. Z kolei na wyjeździe wyglądaliśmy dużo lepiej (4-3), wygrywaliśmy przekonywająco z Polpharmą Starogard Gdański, BM Stalą Ostrów Wielkopolski i Legią Warszawa, chociaż te zespoły są niżej w tabeli. Szkoda przegranej w drugiej kolejce z MKS Dąbrowa Górnicza, bo porażki czterema punktami można było uniknąć i wejść w sezon od dwóch zwycięstw.

Pozytywnie należy ocenić pracę nowego trenera, który sporo zmienił w grze Śląska i notuje bilans 3-3. Przede wszystkim więcej oddajemy rzutów za trzy punkty, uwolnił talent Devoe Josepha i w ostatnim meczu Danny Gibsona. Nieporównywalnie lepiej gra także Michael Humphrey`a, który gra dwa razy więcej minut u trenera Olivera Vidina i jest pod każdym względem lepszy, co pokazuje wskaźnik PER-36:

Humphrey u Vidina per 36 – 18 pkt., 9,7 zb., 61% z gry, 50% za trzy, 2 bl., 0,9 prz.
Humphrey u Adamka per 36 – 13,1 pkt., 6,5 zb., 50% z gry, 25% za trzy, 1,3 bl., 0,7 prz.

Śląsk ma potencjał bycia w ósemce, ale musi zacząć wygrywać także z wyżej rozstawionymi zespołami – ponownie z Hydrotruckiem oraz powalczyć z Kingiem, Treflem czy Asseco. Z dwoma ostatnimi gra na wyjeździe, ale skoro w ostatnim meczu pierwszej rundy bez Macieja Wojciechowskiego walczył do końca z najlepszą drużyną rozgrywek Stelmetem Zielona Góra, to także w trójmieście powinien choć raz przyjechać z tarczą. Trzeba odrabiać straty z pierwszej rundy, bo skoro przeciwnicy sześć na osiem spotkań wygrywali w hali Orbita, należy odrobić stratę na wyjeździe. Podobnie mają się mecze z GTK i MKS, które także należy wygrać. Trudne zadanie przed Śląskiem, ale dziewiąte miejsce i zaledwie jeden mecz straty do ósmego Kinga Szczecin, wcale nie oznacza zadania niemożliwego.

Relacje z pozostałych spotkań Śląska:

Śląsk basket #20: popis ataku i obrony Śląska, z Warszawy z tarczą #plkpl

Śląsk basket #19: Śląsk z Legią po prostu musi wygrać – krótka zapowiedź

Śląsk basket #18: Dwie statystyki Danny Gibsona, czyli dajmy szansę Musiałowi

Śląsk basket #17: Gabiński z Dziewą, Chrabascz z Humphreyem czy może small ball z Wojciechowskim w roli silnego skrzydłowego, czyli jak zestawić podkoszowych #plkpl

Śląsk basket #16: Jak Łączka wypada z obecnymi kolegami na parkiecie #plkpl

 

Zmarzlik czy Lewandowski sportowcem roku 2019? A może.. Fajdek?

Bartosz Zmarzlik został sportowcem roku 2019 i.. rozpętała się gównoburza. Obozy są dwa:

  1. Przecież Zmarzlik to mistrz świata, a Lewandowski zaledwie mistrz Niemiec.
  2. Lewandowski jest czołowym piłkarzem świata w najpopularniejszej dyscyplinie, a nie w takiej, która interesują się cztery kraje.

Nie jest łatwo porównywać sportowców z zupełnie innej bajki, ba nawet z tej samej jest trudno, przecież od lat mamy dylemat kto w bramce Szczęsny czy Fabiański. Ale dzisiejszy wybór uznaję za nietrafiony. Oczywiście przyjmuję argumentację, że:

  • trzeci raz w historii Polski żużlowiec jest mistrzem świata (wcześniej Szczakiel i Gollob),
  • kibice żużlowi maja większą frekwencje na meczach ligowych (na stadionach i w tv) niż piłkarscy,
  • mistrz to mistrz i doceniamy najlepszych.

Ale wyjdźmy z glinianych domów jak mawiał Leo Beenhakker i nie wstydźmy się tego, co mamy najlepsze. A piłkarza mamy tak wybitnego, że kilka tygodni wcześniej wpychaliśmy go na podium Złotej Piłki. To jest dobry czy nie jest? Parafrazując, czy Messi też przegrałby z żużlowcem?

Robert Lewandowski nigdy nie będzie mistrzem świata, ale nie był nim także Zbigniew Boniek, Włodzimierz Lubański czy Kazimierz Deyna. Czy oni także nie powinni być nigdy piłkarzami roku? Dwaj ostatni triumfowali na olimpiadzie, ale przecież obecny Prezes PZPN był „zaledwie” trzeci w mistrzostwach globu. Nie rozumiem takiej argumentacji, z tego klucza powinniśmy odrzucić Lewandowskiego zupełnie z grona sportowców roku, podobnie jak Mateusza Ponitkę, który poprowadził koszykarzy do historycznego ósmego miejsca na świecie. Jak porównywać ósme miejsce do mistrza świata? Oczywiście nijak, dlatego zwolennicy Bartosza Zmarzlika powinni mieć Lewandowskiego poza najlepszą 20-tką. W pierwszej kolejności mistrzowie świata, potem wicemistrzowie, ewentualnie mistrzowie europy i dalej kolejni medaliści. A na szarym końcu mistrzowie… Niemiec.

Dość absurdalne argumenty jednych i drugich pokazało tzw. polskie piekiełko, gdzie nikomu nie dogodzisz. Wiele komentarzy kibiców odnosiło się także do tego, że to konkurs na najlepszego polskiego sportowca a nie najpopularniejszego. Ja doceniam sukces naszego żużlowca, ale go nie wyciągam na wyżyny polskiego sportu. W niszowym sporcie, gdzie ustawienie i dobór silnika decyduje na równi z umiejętnościami kierowcy, nie możemy szukać tego najlepszego. Po prostu nie.

Na świecie popularnych jest wiele dyscyplin, nie tylko piłka nożna, w których osiągamy sukcesy: koszykówka, siatkówka, lekkoatletyka, tenis, boks, kolarstwo. Ba, nawet MMA to globalna rywalizacja, w której trzy lata temu sukcesy odnosiła Joanna Jędrzejczyk. Mieliśmy wcześniej także Agnieszkę Radwańską, którą podziwiał cały świat, ale u nas w kraju nigdy nie wygrała – takie to polskie. Wygrywali Ci, co walczą w niszowych konkurencjach, które Polak ogląda do kotleta.

Żużel przed telewizorami śledzi średnio 105 tysięcy kibiców. To mało, ale pewnie dlatego, że jest w dwóch płatnych telewizjach. Zapewne też, mnóstwo z tych kibiców wysyła kupony z Przeglądu Sportowego, bo się identyfikują ze swoją dyscypliną. Kibice piłkarscy, Ci najbardziej wyrywni, nie wycinają kuponów z gazet i nie wysyłają smsów na Lewandowskiego. To pewnie część prawdy, ale przecież jeszcze jest mistrz świata w skokach narciarskich Dawid Kubacki, który za chwilę wygra Turniej Czterech Skoczni, a co weekend przyciąga przez tv nieporównywalną z żużlem publikę. Bo to nie jest tak, że żużel jest tak popularny – Polacy kochają głównie piłkę nożną i skoki (notabene też niszową), a za nimi siatkówkę.

Z tylnego siedzenia gównoburze oglądają lekkoatleci, na czele z trzecim w plebiscycie Pawłem Fajdkiem. Nasz mistrz świata, zresztą po raz czwarty z rzędu, także startuje w niszowej dyscyplinie jaką jest rzut młotem, ale jest uznany w gronie lekkoatletów i mam wrażenie, że przeciętny Niemiec czy Francuz prędzej zna Fajdka niż Zmarzlika, o Lewandowskim nie wspominając. Z lekkoatletów należy docenić doskonałą sztafetę kobiecą 4x400m i Marcina Lewandowskiego na 1500m, którzy w popularnych konkurencjach sięgają po medale mistrzostw świata, ściągając się z gigantami z USA (polki) i afryki (Lewy). A 602 cm o tyczce Piotra Liska to osiągnięcie bardziej kosmiczne niż pięć strzelonych bramek Wolfsburgowi..

Dlatego nie jest łatwo porównać różne sporty i ich rezultat, tym bardziej, że w pewnych dyscyplinach są dominatorzy. Zmarzlik takowym nie jest, Fajdek jest, a wyżej od żużlowca oceniam Lewandowskiego i nasze biegaczki. Zmarzlik nie jest indywidualnym mistrzem Polski (był drugi), drużynowym (był siódmy na osiem zespołów) i na dwa turnieje przed końcem cyklu zasiadł na fotelu lidera cyklu. Dominatorem żużla w przeciwieństwie do dawnych mistrzów Jasona Crumpa i Tony Rickardsona nie jest.

Żużel to nie jest rzut beretem, czy wyścig na wielbłądach, ale daleko mu do popularności innych dyscyplin. Oczywiście, to nie jest konkurs popularności, ale żużlowców na świecie jest pewnie 300 i łatwiej jest zostać mistrzem w tej dyscyplinie niż w globalnej. W globalnej sukcesy miał także Wilfredo Leon, trzeci na mistrzostwach Europy i drugi w Pucharze Świata, od kilku lat najlepszy siatkarz świata, a przecież rok temu wygrał inny przedstawiciel tej dyscypliny Bartosz Kurek. Dlatego śladem wyboru z 2016 (Anita Włodarczyk), po przeanalizowaniu wszystkich argumentów za i przeciw, przyznałbym te wyróżnienie Pawłowi Fajdkowi. Cztery z rzędu mistrzostwa świata i mistrzostwo Polski 2019 (wcześniej także). Dominuje w swojej dyscyplinie, co prawda nie globalnej, bo nikt na podwórkach nie rzuca młotem, ale będącej częścią globalnej lekkoatletyki.

Na koniec moja dziesiątka (w nawiasie miejsce w plebiscycie Przeglądu Sportowego):

  1. Paweł Fajdek (3)
  2. Robert Lewandowski (2)
  3. Piotr Lisek (8)
  4. Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik, Justyna Święty-Ersetic, Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka (4)
  5. Bartosz Zmarzlik (1)
  6. Marcin Lewandowski (9)
  7. Wilfredo Leon (7)
  8. Łukasz Kubot (-)
  9. Dawid Kubacki (5)
  10. Mateusz Ponitka (10)

Zaskakujące jest pomijanie Łukasza Kubota, który w deblu jest numer dwa na świecie. Nie było go w 20-tce nominowanych, ale jeśli Radwańska tylko raz była w trójce (trzecie miejsce w 2015r.), to nie ma co się dziwić. Bo tenis w przeciwieństwie do żużla i skoków narciarskich nie zajmuje polaków.

Wczesne wybory do All-Star 2020

Jak co roku rozpoczęły się wybory do meczu gwiazd, przykładem poprzedniego sezonu (TUTAJ) moje składy All Star zaczynam od bilansu drużyn, bez podziału na konferencje:

Milwaukee Bucks 85,3%
Los Angeles Lakers 78,8%
Miami Heat 75,0%
Boston Celtics 73,3%
Denver Nuggets 71,9%
LA Clippers 67,6%
Houston Rockets 66,7%
Toronto Raptors 66,7%
Philadelphia 76ers 65,7%
Dallas Mavericks 65,6%
Indiana Pacers 63,6%
Utah Jazz 62,5%

Z tych drużyn powinniśmy wybrać po jednym zawodniku, którzy z uwagi na bilans powinien wystąpić w hali United Center w Chicago. Mi wychodzi kolejno: Giannis Antetokounmpo, LeBron James, Jimmy Butler, Jason Tatum, Nikola Jokić, Kawhi Leonard, James Harden, Pascal Siakam, Joel Embiid, Luka Doncic, Domatas Sabonis i Donovan Mitchell. Po prostu uważam, że na pewnym poziomie powinniśmy docenić zawodników za liderowanie drużynom, które mają dobry bilans. Stąd nieoczywiste wybory Tatuma, Jokicia (dużo słabiej niż sezon temu) i Sabonisa. Dopiero później powinniśmy wziąć pod uwagi inne aspekty, także kwestie marketingowe. Bo wielka scena koszykówki jaką jest NBA to przede wszystkim marketing na poziomie TOP.

Na wschodzie więcej mamy dobrych wysokich, albo jak kto woli słabość niskich zawodników. Ale dzisiaj, jeśli liderem drużyny wschodu jest guard, to najczęściej jest to drużyna poza play-off. Niemniej jednak, za postawę zespołów nominuję Jaylena Browna, Spencera Dinwiddie i Kyle’a Lowry. Celtics, Nets i Raptors to czołowe drużyny konferencji i Ci zawodnicy wyróżniają się na tyle, że dwójka z nich powinna zadebiutować w meczu gwiazd. Skład w przypadku guardów uzupełniam dwójką Bradley Beal i Trae Young, ale bynajmniej nie są to końcowe wybory. Raczej wychodzi to z przyjętej metodyki. Przy wysokich wskazałem Antetokounmpo, Butlera, Siakama, Embiida, Sabonisa i dodatkowo dołączam Andre Drummonda, który dominuje strefę podkoszową na poziomie 17 pkt. i 16 zb., choć plotki z nocy mówią, że wkrótce zmieni on klub. Skład na wschodzie mam następujący:

Trae Young, Jimmy Butler, Pascal Siakam, Giannis Antetokounmpo, Joel Embiid + Spencer Dinwiddie, Kyle Lowry, Bradley Beal, Jason Tatum, Jaylen Brown, Domatas Sabonis i Andre Drummond.

Sporo debiutantów, ale układ na wschodzie się zmienia, dochodzą młodzi zawodnicy, a duet Kyrie Irving / Kevin Durant jest kontuzjowany. Nie widzę drugiego zawodnika z Bucks i Sixers, najlepszych drużyn, które są drużynami swoich liderów, a nominowani rok wcześniej Khris Middleton i Ben Simmons grają w tym roku słabiej. Choć w ich przypadku zadecydować może marketing.

Na zachodzie najważniejsi zawodnicy zostali nominowani z klucza, oprócz Anthonego Davisa (to już siedmiu graczy), ale dobrać do nich zamienników jest bardzo trudno. Ogromna rywalizacja na wszystkich pozycjach sprawia, że szukamy zawodników, którzy na wschodzie graliby w pierwszej piątce. Takimi zawodnikami byliby z pewnością Damian Lillard i Paul George. Myślę, że już czas powołać do meczu gwiazd Rudy Goberta, który mimo wielu wyróżnień jako defensor, nigdy nie zagrał nigdy w takim meczu. A skład uzupełniają dwa kontrowersyjne wybory – Russell Westbrook, który w ostatnich tygodniach gra na wysokim poziomie oraz Karol-Anthony Towns, wykręcający znakomite cyferki (26 pkt., 12 as.) w słabej Minnesocie. Podobnie jak w przypadku Drummonda, także z nim mamy transferowe doniesienia i niewykluczone, że tutaj także dojdzie do wymiany. Skład mam następujący:

Luka Doncić, James Harden, Kawhi Leonard, LeBron James, Anthony Davis + Donovan Mitchell, Damian Lillard, Russell Westbrook, Paul George, Rudy Gobert, Karl-Anthony Towns i Nikola Jokić.

Dużo więcej marketingu, czyli wybory uznanych zawodników, debiutantami byłaby dwójka z Utah, KAT oraz oczywiście Luka Doncić. W przeciwieństwie do wschodu, najlepsze kluby (Lakers, Clippers, Rockets, Jazz) mają po dwóch zawodników, a drużyn poza ósemką mam tylko Townsa.